niedziela, 21 lutego 2016

Chapter 11 ,,Self Defence"

Znowu muszę przeprosić za długi czas oczekiwania, ale mam ostatnio dużo zajęć dodatkowych, kursów i wyjazdów. Niemniej jednak postaram się z następnym rozdzialem wyrobic tak, by wstawić go w okolicach weekendu :D
I uprzedzam, już niedługo pojawi się Jeff.
Btw Zawsze jak gdzies pojawia się jakiś Azjata to ma na imię Lee. Zawsze. Why? XD

****
- Szach-mat! – Lee, jeden z żołnierzy przydzielonych do pilnowania mnie, przesuwa małą, czarną figurę szachową na to samo miejsce już od kilku partii z rzędu. Zamieram i unoszę ręce w poddańczym geście, prawie warcząc z frustracji.
- Niemożliwe! Twój pionek nie był na tym polu, zanim nie poszłam po coś do picia!
            Lee tylko głośno się śmieje i kręci głową, kiedy zastrzega, że nic nie zrobił. Mimo to, jestem pewna, że mam rację, on oszukiwał, jego figura była wcześniej w innym miejscu na szachownicy.
- Po prostu nie możesz znieść faktu, że wygrałem! Dobra, teraz ty zaczynasz tę partię.
            Krzyżuję ramiona w proteście, sygnalizując, że nie zamierzam dłużej grać, póki nie przyzna się, że oszukiwał. Czego się prawdopodobnie nigdy nie doczekam.
            Przez to, że nie mam właściwie niczego czym mogłabym zabić czas, odkąd wszystkie urządzenia elektryczne zostały zabrane z mojego pokoju, paru  agentów FBI grywa ze mną w szachy. Jednym z nich jest Lee. Grałam już w to kiedyś. Było to jednak bardzo dawno temu, więc wyszłam z wprawy.
            Po paru rundach, przypominam sobie wszystkie zasady, jednak nie jestem tak dobra jak moi przeciwnicy. Nie obchodzi mnie to jednak zbytnio. Ważne, że w ogóle mam z kim pogadać. Każdy dzień samotności zaczyna mi ciążyć, w mojej głowie pojawia się coraz częściej pytanie dlaczego spotkało to akurat mnie.
            Mam naprawdę dużo czasu na przemyślenia. Chcę znać odpowiedź na jedno jedyne pytanie ,,dlaczego?”. Ludzie z FBI nie umieli odpowiedzieć, ci zabójcy pewnie też by nie mogli… Mimo tego w mojej głowie formułuje się tysiące alternatywnych wersji odpowiedzi, przyprawiają mnie o ogromny ból głowy.
            Jest pośród nich jedna konkretniejsza myśl, która nie daje mi spać. Jest to świadomość, że ojciec Loli zajmował się szukaniem Creepypast. Co o nich wiedział? Dlaczego się tym zajmował?
- Lee? – pytam ostrożnie, zerkając na mężczyznę, który wpatrywał się w szachownicę, prawdopodobnie obmyślając  następny ruch.
- Co ojciec Loli wie o Creepypastach i dlaczego się nimi zajmował?  - Lee oczywiście wygląda na zaskoczonego tym pytaniem, jego brązowe tęczówki natychmiast kierują się na mnie. Po chwili odwraca powoli wzrok, jakby rozważał czy powiedzieć mi prawdę czy nie.
- Dobra, w porządku. Powiem ci. Ojciec Loli, Dirk, szukał Creepypast przez ostatnie trzy lata. Głównym powodem było poznanie anatomii ich ciał i tajemnicy nieśmiertelności. Wszystkiego czego się dowiedzieliśmy jest to, że eksperymentuje nad stworzeniem jakiegoś rodzaju leku bazując na swoich badaniach i ma nadzieje niedługo wypróbować go w praktyce na organizmach żywych.
            To sporo informacji do przetrawienia, muszę sobie to poukładać w głowie. Tak więc szukali tych Creepypast po to aby stworzyć jakiś lek, który przedłużyłby ludzkie życie? To brzmi sensownie…
- Jednakże… - kontynuuje Lee, przesuwając palcem po swoim policzku – Potrzebowali więcej danych na temat tych stworzeń, przez co odkryli, że były one czymś więcej niż myśleli. To punkt do którego zmierzamy. Wywnioskowali, że wszystkie Creepypasty mają za cel zabijanie ludzi, co wynikało już z samego brzmienia ich imion. Domagaliśmy się by zamiast leku, tworzono broń przeciwko tym istotom. To już wszystko co wiem.
            Tak więc… Tworzą oni broń by walczyć przeciwko Creepypastom. Jeśli zdążą na czas, mogłabym uniknąć niebezpieczeństwa… Kiedy mieliby ją udostępnić?
- Czy stworzenie tej broni powiodło się? – pytam Lee, skupiam na nim swój wzrok w oczekiwaniu na odpowiedz. Szczerze, nie sądzę by odpowiedź była twierdząca. Jeśli by udało się im zrobić ową broń, nie byłoby mnie tu. A skoro niby już praktycznie ją stworzyli to dlaczego wciąż jestem tu zamknięta pod ochroną?
- Nie. Jak na razie mają tylko trochę prototypowych wersji. Nic jeszcze nie jest w pełni skonstruowane.
            Aha! Więc jak na razie mają tylko prototypy! Jest cień prawdopodobieństwa, że zniknięcie moich przyjaciółek ma coś wspólnego z całą tą kampanią. To sprawa, że podświadomie cała kulę się ze strachu.
            Jeśli by to była prawda, to dlaczego chcieli porwać mnie albo moje przyjaciółki? Jaki mają cel by porwać MNIE?

*flashback*

,,-Znalazłeś to już?
- Oczywiście, że nie idioto. Gdybym to znalazł, nie prosiłbym Cię o pomoc.
- Tak więc zasady się zmieniają, musimy je wziąć tak czy inaczej.”

            Te zdania natychmiast przepływają mi przez umysł, kiedy przypominam sobie co mówili ci zabójcy w noc porwania. Czym było ,,to coś”? Czego oni do diabła szukają?
            Zaczynam naprawdę nienawidzić faktu, że cała ta sytuacja wynikła z ,,piwa nawarzonego przez kogoś innego”.
            Pamiętam czas, kiedy moje życie było takie proste… Wyjście na uczelnię, powrót do domu, jedzenie, spanie, jakieś wyjście czy impreza od czasu do czasu. Taki tryb życia był w porządku. Nie miałam pojęcia jak mało to doceniałam, dopóki tego nie straciłam.
- Chcesz żebym wykonał ruch za ciebie? – pyta Lee, a moje ręce automatycznie wracają na planszę szachową. Nie chce się poddać i natychmiast wyrzucam z głowy niepotrzebne w tej chwili rozważania.  Szybko skanuję wzrokiem ułożenie figur i kalkuluję, że mam naprawdę znikomą szansę na wygraną. Chyba że… Lee będzie grał  według moich zadad.
            Jednak to oznacza, ze muszę poświęcić króla. Nikt inny nie powstrzyma wieży lub konia by uderzyć, jeśli tylko nadarzyłaby się okazja.
            Zatrzymuję się na tym toku rozumowania, dłoń wciąż trzymam na gońcu, lecz wzrok skierowany mam na króla.
            Dociera do mnie coś…
            JA jestem królem.
            Jestem kompletnie bezbronna, polegam jedynie na FBI, podczas gdy sama nie mogę zrobić zupełnie nic. A przecież to ja jestem tą, wokół której kręci się cały ten ambaras.
            Lee w jakiś sposób wyczuwa mój niepokój. Wzdycha sprowadzając mnie tym samym na ziemię i zadaje pytanie:
- Co się stało?
            Moja dłoń wędruje do włosów, nie odłożyłam nawet figury na szachownicę.
- Muszę się sama bronić – szepczę, jednak nie na tyle głośno by Lee to usłyszał. Przysuwa się bliżej mnie, obraca głowę i nadstawia ucho, by dowiedzieć się co powiedziałam.
- Co mówiłaś? – pyta, lecz ja jedynie potrząsam głową.
- Muszę sama się chronić, Lee! Nie chcę stać odsunięta na bok, gdy wszyscy wokół mnie walczą! – wstaję z krzesła tak gwałtownie, że prawie przewracam stolik. Dłonie zaciśnięte w pieści lądują z głuchym odgłosem na blacie, a pionki szachowe drżą.
            Lee nie wydaje się być choćby w najmniejszym stopniu dotknięty moją akcją, jakby wiedział, że wybuch niedługo nastąpi.
- Celowo nie uczyliśmy cię niczego w ramach samoobrony. Chcieliśmy cię ukryć przed zabójcami, a nie przyprawiać o większy kłopot…
            Prawie warczę ze złości, jak mogli w ogóle o czymś takim pomyśleć? Nie jestem przecież głupia ani aż tak nieporadna! Tak, oczywiście, łamię zasady jakie surowo nakazali mi spełniać np. odpisywałam na maile itp., ale to nie znaczy, że nie dałabym sobie rady i zrobiłabym cos nieodpowiedniego i głupiego!
- To nie ma żadnego sensu! Muszę umieć się obronić; własnymi rękami lub bronią palną – wciąż patrzę na strażnika, próbując pokazać, że jestem bardziej gotowa niż myśli, by nauczyć się sztuki samoobrony.
- Większość ludzi zdobywa dużo pewności siebie, kiedy się uczą walczyć, czasem nawet aż za dużo, przez co przeceniają swoje możliwości. Stawiam jednak, że chcesz się nauczyć przynajmniej strzelać.  To w sumie będzie w fair w stosunku do ciebie.
            Uśmiecham się do niego, czując jak radość i poczucie zwycięstwa ogarniają mnie całą. Siadam z powrotem przy stoliku.
- No dobra, to gdzie skończyliśmy?
  
****

-Lewy narożnik, Katy! Celuj w lewy narożnik!
            Mocniej ściskam w dłoniach pistolet, przerażona, że mogę stracić nad nim kontrolę i może wyślizgnąć się z moich rąk. Przeładowuję broń. Kule szaleńczo wystrzeliwują z kabury prosto w postać namalowaną na tarczy.
            Nie trafiłam dokładnie tam gdzie chciałam, ale hej! Tym razem kule trafiły przynajmniej w postać. Wykonuję mały taniec radości i zerkam na instruktora, który kiwa głową z aprobatą.
- Dobrze się dziś spisałaś, Katy – mówi, uśmiechając się do mnie.
            Ćwiczę od wielu dni, staję się coraz lepsza w strzelaniu. Tyle dobrego, że pozwolili mi trzymać broń w moim pokoju. Mam jej użyć oczywiście tylko w ostateczności.
            Odwzajemniam uśmiech i zaczynam sprzątać sprzęt po ćwiczeniach przed pójściem do pokoju. Jestem naprawdę wykończona.
            Kiedy już przygotowałam się do snu, szybko wskakuję do łóżka i przykrywam się ciepłą kołdrą, odgradzając się od zimna panującego w pokoju. Wiercę się, szukając najwygodniejszej pozycji i powoli zasypiam.

~~~

,,All around the mulberry bush the monkey
Chased the weasel
The monkey thought it was all in fun
POP goes the weasel”

*,,Dookoła morwy gąszcz
Małpa gania za łasicą
Małpa myśli, że to tylko gra
BANG, łasicy brak”

            Co to do cholery było? Nieoczekiwanie zostaję sprowadzona na powrót w tamto miejsce karnawału ze snu sprzed paru dni.
            Jednak tym razem siedzę w namiocie na jednym z krzesełek na trybunach na wprost pustej sceny. Zanim zdążam zastanowić się o co chodzi, ktoś tuż obok mnie odzywa się.
- Naprawdę przyprawiasz mnie o zawrót głowy, Katy.
            Natychmiast obracam głowę do źródła znajomego głosu i widzę jak Laughing Jack leży obok mnie rozwalony na paru krzesełkach. Głowę opiera na dłoni zakończonej ostrymi szponami i spogląda na mnie ze złowrogim uśmiechem.
            Natomiast ja, błyskawicznie podskakuję, podnosząc się z miejsca i wydając z siebie wrzask zaskoczenia. Próbuję nieco zwiększyć dystans między mną, a czarno-białym klaunem.
            Jednak ponownie mam wrażenie, że jestem jak przytwierdzona do podłoża. Jego lodowato-zimne oczy patrzą w głąb moich, hipnotyzując mnie.
- Ej ej ej, nie tak szybko, słodziaku. Chcę sobie tylko z tobą uciąć małą pogawędkę. Chodź, usiądź tu obok mnie.
            Chcę potrząsnąć  głową, wykrzyczeć mu w twarz, że jest wariatem… Jednak wbrew sobie podchodzę do krzesła, na którym wcześniej siedziałam i tym razem siadam trochę bliżej sylwetki LJ.
            Moje ciało zachowuje się jakby nie było moje. Jakby było poza kontrolą mojej woli. Czy to jakaś moc, której na mnie użył? Jestem przerażona do szpiku kości. On ma nade mną całkowitą kontrolę.
- To po prostu smutne… Robię wszystko co w mojej mocy, by wywołać w tobie jakieś emocje, daję ci możliwość wyboru i nawet więcej czasu do zastanowienia przed podjęciem decyzji! Ale nie, Jack sobie poczeka…. A ty nawet nie myślałaś o tym by do mnie przyjść. Wiesz, nie jestem taki zły… - mruczy, wplatając parę szponiastych palców w moje brązowe włosy, bawiąc się nimi i owijając umiejętnie jedno pasmo wokół palca. - …Jeffrey jednakże jest złą osobą. Z dnia na dzień robi się coraz bardziej niecierpliwy. We dworze robi coraz większe piekło, każdemu każe się odpierdolić, ponieważ jakimś sposobem jesteś jego własnością.  Nie wiem jak on może tak twierdzić, nawet cię nie naznaczył ani nic…
            Słucham tego jednym uchem, bardziej skupiając się na znalezieniu drogi ucieczki.
            Jednak gdy słyszę jak zostaję nazwana czyjąś ,,własnością”, zaczynam się wkurzać. Myśli, że kim on kurwa jest? Nazywać mnie swoją własnością… Ja jestem panem sama sobie! Na pewno nie należę do tego żądającego nie wiadomo czego seryjnego zabójcy, który nie uchyli się przed niczym byle by tylko zadać mi jak największe cierpienie.  
- Tak czy inaczej, kochanie, daję ci ostatnią szanse byś udowodniła, że jesteś tak słodka na jaką wyglądasz. Poddaj się. Pozwól się zabrać do dworu, a nikomu nic się nie stanie. Jeśli wciąż będziesz odmawiać… Hm, powiedzmy, że to nie skończy się zbyt dobrze.
            Przełykam głośno ślinę, mój wzrok jest utkwiony w jego lodowato zimnym spojrzeniu, a jego władcza aura otacza nas niczym koc.
            Jego krzywy uśmiech robi się jeszcze dzikszy, gdy widzi strach wymalowany na mojej twarzy. Jakby wyczuwał to uczucie przerażenia formujące się powoli w moim ciele.
            Jego palce są zajęte molestowaniem kosmyka moich brązowych włosów, lecz w końcu przesuwa dłoń w stronę mojej twarzy i chwyta mocno mój policzek.
 - Czy mamy umowę, Katy? 
            Już samo wypowiedzenie mojego imienia powoduje u niego chichot. Wciąż wpatruje się w moje oczy, żądając odpowiedzi. Otwieram usta by coś powiedzieć, lecz żadne słowa się z nich nie wydobywają.
            Chcę odmówić, powiedzieć, że nigdy nie zawrę umowy z tymi potwornymi kreaturami. Ma moc by wedrzeć się w moje sny, by kontrolować mnie tak jakbym była jakimś tresowanym pieskiem. Dlaczego nie mógłby mieć takiej mocy by wymusić na kimś obietnicę?
            A zresztą.. I tak nie jestem wstanie wypowiedzieć ani słowa.
            Jego spojrzenie wędruje w dół, w stronę moich ust. Poruszam nimi, wciąż próbując coś powiedzieć, lecz wydobywa się z nich jedynie powietrze. Czuję jak jego uścisk na moim policzku się wzmacnia, jego ostre pazury prawie przecinają moją delikatną skórę. Jedynym słyszalnym dźwiękiem opuszczającym moje gardło jest zdławiony jęk, kiedy zbyt mocno naciska paznokciem na mój policzek.
- A więc? – pyta, a ton jego głosu jest o wiele mniej przyjazny niż chwilę temu, wzrok wciąż ma wbity w moje usta.
            Nagle uczucie słabości zaczyna ogarniać mnie jakby ktoś zarzucił na mnie ciężką płachtę, razem z Laughing Jackiem obraz przed moimi oczami lekko  się rozmazuje i zakrzywia. Próbuję potrząsnąć głową, lecz to jedynie powoduje jeszcze większe mdłości.
            Nie wspominając o tym, że Laughing Jack wciąż trzyma mnie w żelaznym uścisku.
            Czuję jak moje ciało słabnie, a mięśnie się powoli rozluźniają. Mogę jedynie dostrzec rozmazane kolorowe plamy, wraz z ciemnym miejscem tuż przed moją twarzą. Słyszę jak warknął niskim głosem i wiem, że coś idzie nie po jego myśli.
- Szkoda, zaczynały mi się naprawdę podobać nasze wspólne chwile. Wygląda jednak na to, że po raz kolejny zostajemy rozdzieleni. Daję ci jeden dzień na podjęcie decyzji, Katy. Inaczej przyjdziemy po ciebie.


~~

- NIEEEE! – głośny krzyk przeszywa cały pokój, ale moje oczy wciąż są zamknięte. Rozbrzmiewa głośniej i głośniej, póki nie dociera do mnie, że to ja sama krzyczę. Siadam prosto na łóżku, moje ciało jest pokryte zimnym potem, a głowa obraca się we wszystkich kierunkach szukając jakiegoś śladu LJ.
- W porządku, Katy? – przenoszę wzrok na miejsce skąd usłyszałam pytanie i widzę jednego ze strażników siedzącego na krześle obok mojego łóżka. Zajmuje mi to moment by dotarło do mnie, że to co przed chwilą się wydarzyło było tylko snem. Nie,  to nie był sen.
            To raczej koszmar senny.
- Co się stało? – pytam, umysł wciąż mam zaćmiony kiedy patrzę w dół na swoje dłonie. Wszystko wydawało się być takie realne… Namiot cyrkowy, jego pazury dotykające mnie, moje ciało…
- Krzyczałaś bardzo głośno i rzucałaś się na łóżku, myśleliśmy, że masz kolejny taki sen jak parę dni temu. Obserwowałem cię przez chwilę i próbowałem wywnioskować co ci się może śnić, ale zaczęłaś się miotać coraz bardziej, więc cię obudziłem.
            Patrzę na tego faceta i przypominam sobie cały sen. Ten klaun znowu znalazł jakiś sposób by wedrzeć się do mojej głowy, tworząc koszmar w którym wszystko wydawało się być rzeczywistością. Jedno zdanie utkwiło mi w pamięci najbardziej: ,,Daję ci jeden dzień na podjęcie decyzji. Inaczej przyjdziemy po ciebie.”
            Co miał na myśli mówiąc, że „przyjdą po mnie”? Jeśli są w stanie przyjść tu i  mnie porwać to dlaczego proszą mnie o jakiś układ i o współpracę? Czuję kulę w gardle, kiedy przełykam ślinę i zbieram się by powiedzieć temu agentowi co widziałam i co się zdarzyło podczas mojego koszmaru.
- To była istna masakra.

6 komentarzy:

  1. Po prostu... Wow...Teraz akcja rozkręca się już na dobre :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od następnego rozdziału się dopiero zacznie na dobre rozkręcać :3

      Usuń
  2. !!!
    To było niezłe. BARDZO NIEZŁE.
    Ale w zasadzie racja, epizodyczni Azjaci bardzo często nazywają się Lee O.o podejrzane XD
    To opowiadanie jest świetne! *.*!
    Taki 'zły' LJ przypadł mi do gustu...
    Już nie mogę się doczekać następnego rozdziału! To będzie MEGA!!!
    Mam nadzieję że się wyrobisz z notką ^^, choć wiadomo, że też masz swoje życie :P więc poczekam, z niecierpliwością, ale poczekam :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tylko epizodyczni :D jak tłumaczyłam ten rozdział ogladalam ,,szklaną pułapkę", stąd mnie naszła taka refleksja :p (ja i moja miłosc do Azjatów i to co azjatyckie, zawsze i wszedzie)
      LJ ma tutaj taki fajny charakterek. Autorka moim zdaniem bardzo dobrze wykreowała postacie, juz niedlugo sie pojawi więcej bohaterow. ^^
      Studia ;_; To głowny powod tego ze sie nie wyrabiam...

      Usuń
  3. Po prostu wow! Rozdział jest genialny i słów mi brakuje by go opisać.
    Chyba każdy z nas ma czasem tak, że nie starcza nam na nic czasu :c Ja na nowy rozdział mogę czekać i miesiąc, bo najważniejsze by był, a nie ważne kiedy =^.^=

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieee, miesiąc to niee. Za bardzo lubię to opowiadanie żeby tak dlugo je tlumaczyć. :p Będę się starała żeby zawsze był w okolicach weekendu ;)

      Usuń