I uprzedzam, już niedługo pojawi się Jeff.
Btw Zawsze jak gdzies pojawia się jakiś Azjata to ma na imię Lee. Zawsze. Why? XD
****
- Szach-mat! – Lee, jeden
z żołnierzy przydzielonych do pilnowania mnie, przesuwa małą, czarną figurę
szachową na to samo miejsce już od kilku partii z rzędu. Zamieram i unoszę ręce
w poddańczym geście, prawie warcząc z frustracji.
- Niemożliwe! Twój pionek
nie był na tym polu, zanim nie poszłam po coś do picia!
Lee tylko głośno się śmieje i kręci głową, kiedy
zastrzega, że nic nie zrobił. Mimo to, jestem pewna, że mam rację, on
oszukiwał, jego figura była wcześniej w innym miejscu na szachownicy.
- Po prostu nie możesz
znieść faktu, że wygrałem! Dobra, teraz ty zaczynasz tę partię.
Krzyżuję ramiona w proteście, sygnalizując, że nie zamierzam
dłużej grać, póki nie przyzna się, że oszukiwał. Czego się prawdopodobnie nigdy
nie doczekam.
Przez to, że nie mam właściwie niczego czym mogłabym
zabić czas, odkąd wszystkie urządzenia elektryczne zostały zabrane z mojego
pokoju, paru agentów FBI grywa ze mną w
szachy. Jednym z nich jest Lee. Grałam już w to kiedyś. Było to jednak bardzo
dawno temu, więc wyszłam z wprawy.
Po paru rundach, przypominam sobie wszystkie zasady,
jednak nie jestem tak dobra jak moi przeciwnicy. Nie obchodzi mnie to jednak
zbytnio. Ważne, że w ogóle mam z kim pogadać. Każdy dzień samotności zaczyna mi
ciążyć, w mojej głowie pojawia się coraz częściej pytanie dlaczego spotkało to
akurat mnie.
Mam naprawdę dużo czasu na przemyślenia. Chcę znać
odpowiedź na jedno jedyne pytanie ,,dlaczego?”. Ludzie z FBI nie umieli
odpowiedzieć, ci zabójcy pewnie też by nie mogli… Mimo tego w mojej głowie
formułuje się tysiące alternatywnych wersji odpowiedzi, przyprawiają mnie o ogromny
ból głowy.
Jest pośród nich jedna konkretniejsza myśl, która nie
daje mi spać. Jest to świadomość, że ojciec Loli zajmował się szukaniem
Creepypast. Co o nich wiedział? Dlaczego się tym zajmował?
- Lee? – pytam ostrożnie,
zerkając na mężczyznę, który wpatrywał się w szachownicę, prawdopodobnie
obmyślając następny ruch.
- Co ojciec Loli wie o
Creepypastach i dlaczego się nimi zajmował? - Lee oczywiście wygląda na zaskoczonego tym
pytaniem, jego brązowe tęczówki natychmiast kierują się na mnie. Po chwili
odwraca powoli wzrok, jakby rozważał czy powiedzieć mi prawdę czy nie.
- Dobra, w porządku.
Powiem ci. Ojciec Loli, Dirk, szukał Creepypast przez ostatnie trzy lata.
Głównym powodem było poznanie anatomii ich ciał i tajemnicy nieśmiertelności.
Wszystkiego czego się dowiedzieliśmy jest to, że eksperymentuje nad stworzeniem
jakiegoś rodzaju leku bazując na swoich badaniach i ma nadzieje niedługo
wypróbować go w praktyce na organizmach żywych.
To sporo informacji do przetrawienia, muszę sobie to
poukładać w głowie. Tak więc szukali tych Creepypast po to aby stworzyć jakiś
lek, który przedłużyłby ludzkie życie? To brzmi sensownie…
- Jednakże… - kontynuuje
Lee, przesuwając palcem po swoim policzku – Potrzebowali więcej danych na temat
tych stworzeń, przez co odkryli, że były one czymś więcej niż myśleli. To punkt
do którego zmierzamy. Wywnioskowali, że wszystkie Creepypasty mają za cel
zabijanie ludzi, co wynikało już z samego brzmienia ich imion. Domagaliśmy się
by zamiast leku, tworzono broń przeciwko tym istotom. To już wszystko co wiem.
Tak więc… Tworzą oni broń by walczyć przeciwko
Creepypastom. Jeśli zdążą na czas, mogłabym uniknąć niebezpieczeństwa… Kiedy
mieliby ją udostępnić?
- Czy stworzenie tej broni
powiodło się? – pytam Lee, skupiam na nim swój wzrok w oczekiwaniu na
odpowiedz. Szczerze, nie sądzę by odpowiedź była twierdząca. Jeśli by udało się
im zrobić ową broń, nie byłoby mnie tu. A skoro niby już praktycznie ją
stworzyli to dlaczego wciąż jestem tu zamknięta pod ochroną?
- Nie. Jak na razie mają
tylko trochę prototypowych wersji. Nic jeszcze nie jest w pełni skonstruowane.
Aha! Więc jak na razie mają tylko prototypy! Jest cień
prawdopodobieństwa, że zniknięcie moich przyjaciółek ma coś wspólnego z całą tą
kampanią. To sprawa, że podświadomie cała kulę się ze strachu.
Jeśli by to była prawda, to dlaczego chcieli porwać mnie
albo moje przyjaciółki? Jaki mają cel by porwać MNIE?
*flashback*
,,-Znalazłeś to już?
- Oczywiście, że nie
idioto. Gdybym to znalazł, nie prosiłbym Cię o pomoc.
- Tak więc zasady się
zmieniają, musimy je wziąć tak czy inaczej.”
Te zdania natychmiast przepływają mi przez umysł, kiedy
przypominam sobie co mówili ci zabójcy w noc porwania. Czym było ,,to coś”?
Czego oni do diabła szukają?
Zaczynam naprawdę nienawidzić faktu, że cała ta sytuacja
wynikła z ,,piwa nawarzonego przez kogoś innego”.
Pamiętam czas, kiedy moje życie było takie proste…
Wyjście na uczelnię, powrót do domu, jedzenie, spanie, jakieś wyjście czy
impreza od czasu do czasu. Taki tryb życia był w porządku. Nie miałam pojęcia
jak mało to doceniałam, dopóki tego nie straciłam.
- Chcesz żebym wykonał
ruch za ciebie? – pyta Lee, a moje ręce automatycznie wracają na planszę
szachową. Nie chce się poddać i natychmiast wyrzucam z głowy niepotrzebne w tej
chwili rozważania. Szybko skanuję
wzrokiem ułożenie figur i kalkuluję, że mam naprawdę znikomą szansę na wygraną.
Chyba że… Lee będzie grał według moich
zadad.
Jednak to oznacza, ze muszę poświęcić króla. Nikt inny
nie powstrzyma wieży lub konia by uderzyć, jeśli tylko nadarzyłaby się okazja.
Zatrzymuję się na tym toku rozumowania, dłoń wciąż
trzymam na gońcu, lecz wzrok skierowany mam na króla.
Dociera do mnie coś…
JA jestem królem.
Jestem kompletnie bezbronna, polegam jedynie na FBI,
podczas gdy sama nie mogę zrobić zupełnie nic. A przecież to ja jestem tą,
wokół której kręci się cały ten ambaras.
Lee w jakiś sposób wyczuwa mój niepokój. Wzdycha
sprowadzając mnie tym samym na ziemię i zadaje pytanie:
- Co się stało?
Moja dłoń wędruje do włosów, nie odłożyłam nawet figury
na szachownicę.
- Muszę się sama bronić –
szepczę, jednak nie na tyle głośno by Lee to usłyszał. Przysuwa się bliżej
mnie, obraca głowę i nadstawia ucho, by dowiedzieć się co powiedziałam.
- Co mówiłaś? – pyta, lecz
ja jedynie potrząsam głową.
- Muszę sama się chronić,
Lee! Nie chcę stać odsunięta na bok, gdy wszyscy wokół mnie walczą! – wstaję z
krzesła tak gwałtownie, że prawie przewracam stolik. Dłonie zaciśnięte w pieści
lądują z głuchym odgłosem na blacie, a pionki szachowe drżą.
Lee nie wydaje się być choćby w najmniejszym stopniu
dotknięty moją akcją, jakby wiedział, że wybuch niedługo nastąpi.
- Celowo nie uczyliśmy cię
niczego w ramach samoobrony. Chcieliśmy cię ukryć przed zabójcami, a nie
przyprawiać o większy kłopot…
Prawie
warczę ze złości, jak mogli w ogóle o czymś takim pomyśleć? Nie jestem przecież
głupia ani aż tak nieporadna! Tak, oczywiście, łamię zasady jakie surowo
nakazali mi spełniać np. odpisywałam na maile itp., ale to nie znaczy, że nie
dałabym sobie rady i zrobiłabym cos nieodpowiedniego i głupiego!
- To nie ma żadnego sensu!
Muszę umieć się obronić; własnymi rękami lub bronią palną – wciąż patrzę na
strażnika, próbując pokazać, że jestem bardziej gotowa niż myśli, by nauczyć
się sztuki samoobrony.
- Większość ludzi zdobywa
dużo pewności siebie, kiedy się uczą walczyć, czasem nawet aż za dużo, przez co
przeceniają swoje możliwości. Stawiam jednak, że chcesz się nauczyć
przynajmniej strzelać. To w sumie będzie
w fair w stosunku do ciebie.
Uśmiecham się do niego, czując jak radość i poczucie
zwycięstwa ogarniają mnie całą. Siadam z powrotem przy stoliku.
- No dobra, to gdzie
skończyliśmy?
****
-Lewy narożnik, Katy!
Celuj w lewy narożnik!
Mocniej ściskam w dłoniach pistolet, przerażona, że mogę
stracić nad nim kontrolę i może wyślizgnąć się z moich rąk. Przeładowuję broń.
Kule szaleńczo wystrzeliwują z kabury prosto w postać namalowaną na tarczy.
Nie trafiłam dokładnie tam gdzie chciałam, ale hej! Tym
razem kule trafiły przynajmniej w postać. Wykonuję mały taniec radości i zerkam
na instruktora, który kiwa głową z aprobatą.
- Dobrze się dziś
spisałaś, Katy – mówi, uśmiechając się do mnie.
Ćwiczę od wielu dni, staję się coraz lepsza w strzelaniu.
Tyle dobrego, że pozwolili mi trzymać broń w moim pokoju. Mam jej użyć
oczywiście tylko w ostateczności.
Odwzajemniam uśmiech i zaczynam sprzątać sprzęt po
ćwiczeniach przed pójściem do pokoju. Jestem naprawdę wykończona.
Kiedy już przygotowałam się do snu, szybko wskakuję do
łóżka i przykrywam się ciepłą kołdrą, odgradzając się od zimna panującego w
pokoju. Wiercę się, szukając najwygodniejszej pozycji i powoli zasypiam.
,,All around the mulberry
bush the monkey
Chased the weasel
The monkey thought it was
all in fun
POP goes the weasel”
*,,Dookoła morwy gąszcz
Małpa gania za łasicą
Małpa myśli, że to tylko gra
BANG, łasicy brak”
Co
to do cholery było? Nieoczekiwanie zostaję sprowadzona na powrót w tamto
miejsce karnawału ze snu sprzed paru dni.
Jednak
tym razem siedzę w namiocie na jednym z krzesełek na trybunach na wprost pustej
sceny. Zanim zdążam zastanowić się o co chodzi, ktoś tuż obok mnie odzywa się.
- Naprawdę przyprawiasz mnie o zawrót głowy, Katy.
Natychmiast
obracam głowę do źródła znajomego głosu i widzę jak Laughing Jack leży obok
mnie rozwalony na paru krzesełkach. Głowę opiera na dłoni zakończonej ostrymi
szponami i spogląda na mnie ze złowrogim uśmiechem.
Natomiast
ja, błyskawicznie podskakuję, podnosząc się z miejsca i wydając z siebie wrzask
zaskoczenia. Próbuję nieco zwiększyć dystans między mną, a czarno-białym
klaunem.
Jednak
ponownie mam wrażenie, że jestem jak przytwierdzona do podłoża. Jego
lodowato-zimne oczy patrzą w głąb moich, hipnotyzując mnie.
- Ej ej ej, nie tak szybko, słodziaku. Chcę sobie
tylko z tobą uciąć małą pogawędkę. Chodź, usiądź tu obok mnie.
Chcę
potrząsnąć głową, wykrzyczeć mu w twarz,
że jest wariatem… Jednak wbrew sobie podchodzę do krzesła, na którym wcześniej
siedziałam i tym razem siadam trochę bliżej sylwetki LJ.
Moje
ciało zachowuje się jakby nie było moje. Jakby było poza kontrolą mojej woli.
Czy to jakaś moc, której na mnie użył? Jestem przerażona do szpiku kości. On ma
nade mną całkowitą kontrolę.
- To po prostu smutne… Robię wszystko co w mojej
mocy, by wywołać w tobie jakieś emocje, daję ci możliwość wyboru i nawet więcej
czasu do zastanowienia przed podjęciem decyzji! Ale nie, Jack sobie poczeka…. A
ty nawet nie myślałaś o tym by do mnie przyjść. Wiesz, nie jestem taki zły… -
mruczy, wplatając parę szponiastych palców w moje brązowe włosy, bawiąc się
nimi i owijając umiejętnie jedno pasmo wokół palca. - …Jeffrey jednakże jest
złą osobą. Z dnia na dzień robi się coraz bardziej niecierpliwy. We dworze robi
coraz większe piekło, każdemu każe się odpierdolić, ponieważ jakimś sposobem
jesteś jego własnością. Nie wiem jak on
może tak twierdzić, nawet cię nie naznaczył ani nic…
Słucham
tego jednym uchem, bardziej skupiając się na znalezieniu drogi ucieczki.
Jednak
gdy słyszę jak zostaję nazwana czyjąś ,,własnością”, zaczynam się wkurzać.
Myśli, że kim on kurwa jest? Nazywać mnie swoją własnością… Ja jestem panem
sama sobie! Na pewno nie należę do tego żądającego nie wiadomo czego seryjnego
zabójcy, który nie uchyli się przed niczym byle by tylko zadać mi jak
największe cierpienie.
- Tak czy inaczej, kochanie, daję ci ostatnią
szanse byś udowodniła, że jesteś tak słodka na jaką wyglądasz. Poddaj się.
Pozwól się zabrać do dworu, a nikomu nic się nie stanie. Jeśli wciąż będziesz
odmawiać… Hm, powiedzmy, że to nie skończy się zbyt dobrze.
Przełykam
głośno ślinę, mój wzrok jest utkwiony w jego lodowato zimnym spojrzeniu, a jego
władcza aura otacza nas niczym koc.
Jego
krzywy uśmiech robi się jeszcze dzikszy, gdy widzi strach wymalowany na mojej
twarzy. Jakby wyczuwał to uczucie przerażenia formujące się powoli w moim
ciele.
Jego
palce są zajęte molestowaniem kosmyka moich brązowych włosów, lecz w końcu
przesuwa dłoń w stronę mojej twarzy i chwyta mocno mój policzek.
- Czy mamy
umowę, Katy?
Już
samo wypowiedzenie mojego imienia powoduje u niego chichot. Wciąż wpatruje się
w moje oczy, żądając odpowiedzi. Otwieram usta by coś powiedzieć, lecz żadne
słowa się z nich nie wydobywają.
Chcę
odmówić, powiedzieć, że nigdy nie zawrę umowy z tymi potwornymi kreaturami. Ma
moc by wedrzeć się w moje sny, by kontrolować mnie tak jakbym była jakimś
tresowanym pieskiem. Dlaczego nie mógłby mieć takiej mocy by wymusić na kimś
obietnicę?
A
zresztą.. I tak nie jestem wstanie wypowiedzieć ani słowa.
Jego
spojrzenie wędruje w dół, w stronę moich ust. Poruszam nimi, wciąż próbując coś
powiedzieć, lecz wydobywa się z nich jedynie powietrze. Czuję jak jego uścisk
na moim policzku się wzmacnia, jego ostre pazury prawie przecinają moją
delikatną skórę. Jedynym słyszalnym dźwiękiem opuszczającym moje gardło jest
zdławiony jęk, kiedy zbyt mocno naciska paznokciem na mój policzek.
- A więc? – pyta, a ton jego głosu jest o wiele
mniej przyjazny niż chwilę temu, wzrok wciąż ma wbity w moje usta.
Nagle
uczucie słabości zaczyna ogarniać mnie jakby ktoś zarzucił na mnie ciężką
płachtę, razem z Laughing Jackiem obraz przed moimi oczami lekko się rozmazuje i zakrzywia. Próbuję potrząsnąć
głową, lecz to jedynie powoduje jeszcze większe mdłości.
Nie
wspominając o tym, że Laughing Jack wciąż trzyma mnie w żelaznym uścisku.
Czuję
jak moje ciało słabnie, a mięśnie się powoli rozluźniają. Mogę jedynie dostrzec
rozmazane kolorowe plamy, wraz z ciemnym miejscem tuż przed moją twarzą. Słyszę
jak warknął niskim głosem i wiem, że coś idzie nie po jego myśli.
- Szkoda, zaczynały mi się naprawdę podobać nasze
wspólne chwile. Wygląda jednak na to, że po raz kolejny zostajemy rozdzieleni.
Daję ci jeden dzień na podjęcie decyzji, Katy. Inaczej przyjdziemy po ciebie.
~~
- NIEEEE! – głośny krzyk
przeszywa cały pokój, ale moje oczy wciąż są zamknięte. Rozbrzmiewa głośniej i
głośniej, póki nie dociera do mnie, że to ja sama krzyczę. Siadam prosto na
łóżku, moje ciało jest pokryte zimnym potem, a głowa obraca się we wszystkich
kierunkach szukając jakiegoś śladu LJ.
- W porządku, Katy? – przenoszę
wzrok na miejsce skąd usłyszałam pytanie i widzę jednego ze strażników
siedzącego na krześle obok mojego łóżka. Zajmuje mi to moment by dotarło do
mnie, że to co przed chwilą się wydarzyło było tylko snem. Nie, to nie był sen.
To raczej koszmar senny.
- Co się stało? – pytam,
umysł wciąż mam zaćmiony kiedy patrzę w dół na swoje dłonie. Wszystko wydawało
się być takie realne… Namiot cyrkowy, jego pazury dotykające mnie, moje ciało…
- Krzyczałaś bardzo głośno
i rzucałaś się na łóżku, myśleliśmy, że masz kolejny taki sen jak parę dni temu.
Obserwowałem cię przez chwilę i próbowałem wywnioskować co ci się może śnić,
ale zaczęłaś się miotać coraz bardziej, więc cię obudziłem.
Patrzę na tego faceta i przypominam sobie cały sen. Ten
klaun znowu znalazł jakiś sposób by wedrzeć się do mojej głowy, tworząc koszmar
w którym wszystko wydawało się być rzeczywistością. Jedno zdanie utkwiło mi w
pamięci najbardziej: ,,Daję ci jeden dzień na podjęcie decyzji. Inaczej
przyjdziemy po ciebie.”
Co miał na myśli mówiąc, że „przyjdą po mnie”? Jeśli są w
stanie przyjść tu i mnie porwać to
dlaczego proszą mnie o jakiś układ i o współpracę? Czuję kulę w gardle, kiedy
przełykam ślinę i zbieram się by powiedzieć temu agentowi co widziałam i co się
zdarzyło podczas mojego koszmaru.
- To była istna masakra.


Po prostu... Wow...Teraz akcja rozkręca się już na dobre :D
OdpowiedzUsuńOd następnego rozdziału się dopiero zacznie na dobre rozkręcać :3
Usuń!!!
OdpowiedzUsuńTo było niezłe. BARDZO NIEZŁE.
Ale w zasadzie racja, epizodyczni Azjaci bardzo często nazywają się Lee O.o podejrzane XD
To opowiadanie jest świetne! *.*!
Taki 'zły' LJ przypadł mi do gustu...
Już nie mogę się doczekać następnego rozdziału! To będzie MEGA!!!
Mam nadzieję że się wyrobisz z notką ^^, choć wiadomo, że też masz swoje życie :P więc poczekam, z niecierpliwością, ale poczekam :3
Nie tylko epizodyczni :D jak tłumaczyłam ten rozdział ogladalam ,,szklaną pułapkę", stąd mnie naszła taka refleksja :p (ja i moja miłosc do Azjatów i to co azjatyckie, zawsze i wszedzie)
UsuńLJ ma tutaj taki fajny charakterek. Autorka moim zdaniem bardzo dobrze wykreowała postacie, juz niedlugo sie pojawi więcej bohaterow. ^^
Studia ;_; To głowny powod tego ze sie nie wyrabiam...
Po prostu wow! Rozdział jest genialny i słów mi brakuje by go opisać.
OdpowiedzUsuńChyba każdy z nas ma czasem tak, że nie starcza nam na nic czasu :c Ja na nowy rozdział mogę czekać i miesiąc, bo najważniejsze by był, a nie ważne kiedy =^.^=
Nieee, miesiąc to niee. Za bardzo lubię to opowiadanie żeby tak dlugo je tlumaczyć. :p Będę się starała żeby zawsze był w okolicach weekendu ;)
Usuń