czwartek, 28 stycznia 2016

Chapter 8 ,,Another Attack!"


UWAGA!!!
Rodział zawiera wulgarny język, bądźcie przygotowani! 

**************
            Moje oczy natychmiast szeroko się otwierają. Siadam prosto i przyciągam nogi do siebie. A przynajmniej chcę... Jednak nie mogę. Odrzucam od siebie kołdrę i widzę czarne i zielone kable oplecione wokół moich kostek jak węże, które mają zamiar zabić swoją ofiarę. Próbuję się oswobodzić i znów przyciągnąć nogi do siebie, lecz kable jedynie mocniej się zaciskają.
            Zaczynam krzyczeć, głośno wzywając pomocy oraz mając nadzieję, że strażnicy z korytarza mnie usłyszą. Jednak nie ważne jak głośno krzyczę, nikt nie przychodzi.
            Moje oczy śledzą kable i próbuję wypatrzeć ich źródło, skąd są, gdzie się zaczynają. Wtedy zauważam, że przewody wychodzą… z telewizora, którego ekran świeci dziwnym blaskiem. Więcej kabli zaczyna stamtąd wychodzić; no dobra jest coraz gorzej.
            Rozglądam się wokół siebie szukając czegoś co pozwoli mi się wyswobodzić z kablowego uścisku, lecz nie mogę nic znaleźć. Przewody zaczynają ściągać mnie powoli z łóżka w kierunku telewizora. Przez ich jedno mocne pociągnięcie spadam na podłogę. 
         Obracam się na brzuch i zatapiam kurczowo paznokcie w stary dywan, desperacko próbując to wszystko zatrzymać. Obracam lekko głowę i zerkając przez ramię dostrzegam, że teraz telewizor jest jakby bliżej mnie. Znowu wydaje z siebie głośny krzyk, jednak wiem ze nadaremno.
            Nikt nie przyjdzie mi na ratunek.
            Osłabionymi dłońmi łapię za nogę stołu i przysuwam mebel bliżej siebie. Pamiętam, że postawiłam na nim szklankę. Nie waham się ani sekundy, gdy już przyciągam stolik do siebie. Zmuszam całe swoje ciało, by unieść się trochę i poszukać na blacie szklanki. Gdy opuszkami palców natrafiam na szklaną powierzchnie, zaciskam na niej dłoń .
            Cofam rękę i rozbijam przedmiot o kant stołu. Biorę jeden większy odłamek, obracam się i wbijam go głęboko w jeden z kabli. Przewód cofa się, a ja znów odzyskuję kontrolę nad własnym ciałem. Szybko wstaję i odsuwam się na chwiejących się nogach.
            Da się usłyszeć skwierczący dźwięk wydobywający się z kabla, a pewien rodzaj cyber-krzyku rozlega się w pokoju. Moja dłoń krwawi - za mocno zacisnęłam palce na szklanym odłamku, jednak nie czuję tego, ból do mnie nie dociera.  Szybko usuwam resztki kabli z mojej nogi i odrzucam je jak najdalej od siebie.
            Ekran telewizora migocze tak, jakby nagle wdała się w niego jakaś usterka. Przewód opada bezwładnie na ziemię, a TV powraca do normalności.
- Nie powinnaś była tego robić.*
            Wypowiada to głos brzmiący jak mechaniczny głos robota, to było coś co na pewno  nie było ludzkie. Nie mam pojęcia skąd dochodzi, jednak jestem pewna, że nie zostanę tu ani chwili dłużej. Chcę wcisnąć przycisk alarmowy, jednak jest on tuż obok telewizora wiec nie byłoby to zbyt bezpieczne posunięcie….
            A może jednak…?


 czy



*************
Ten rozdział pozwala Ci wybrać co wydarzy się później.

Jednak wybierz rozważnie, ponieważ błędna decyzja może przynieść dla ciebie niezbyt
przyjemne zakończenie…

******************
*You shouldn't have done that. - no i już od razu wiadomo kto to :p

Postaram się przetłumaczyć w miarę szybko oba alternatywne rozdziały. 

Plus gwoli ścisłości, przypominam, że to opowiadanie jest +18 :D Nie mówię, że teraz zaraz COŚ będzie, osttzegam tylko tak na przyszłość. ;>

środa, 27 stycznia 2016

Chapter 7 ,,Still unsafe"


Już po egzaminach, został jeden mało ważny :D Psychologia zdana na 4.5, to najwazniejsze :D
No to lecimy, let the hell begin... ^^

UWAGA!!!
Rodział zawiera wulgarny język, bądźcie przygotowani! 
****
            Minęło już 6 dni, odkąd jestem zamknięta w tej dziurze. Mogę jedynie oglądać telewizję i siedzieć na Internecie. Tylko kilka stron jest dostępnych, nie mam pozwolenia na logowanie się na jakieś poza nimi. Jeśli mam potrzebę skorzystania z łazienki, muszę zapukać dwukrotnie w drzwi. Po drugiej stronie czekają strażnicy, którzy mają za zadanie eskortować mnie w drodze tam i z powrotem. 
            Mogę otworzyć drzwi od wewnątrz, jednak z zewnątrz może je otworzyć jedynie osoba, która posiada specjalną kartę. Jest tu także wielki czerwony przycisk na ścianie tuż obok telewizora. To przycisk alarmowy. Niby w jakiej sytuacji miałabym go użyć?
            Jeśli ten zabójca chciałby wejść do tego pokoju, musiałby zabić wszystkich strażników po kolei. Uruchomienie alarmu nie zwróciłoby im życia w jakiś magiczny sposób; nikt by nie przyszedł mi na ratunek, mam rację?
            Wzdycham, przechadzając się po swojej ,,celi”. Przed chwilą brałam prysznic i  wróciłam z łazienki. Desperacko potrzebuję snu. Przez nic nie robienie stałam się jeszcze bardziej leniwa, więc jeszcze szybciej robię się senna.
            Otwieram szafę i wyjmuję jakieś ciuchy do spania. Moja matka pomogła mi się spakować, po tym jak nagle dostałam tamte wytrącające z równowagi wiadomości. No i oczywiście spakowała mi TE ubrania do spania. Koronkowe koszule nocne, które kupiła mi ze słowami ,,to na czas gdy będziesz mieć w końcu chłopaka”. Nie mam nic przeciwko, są bardzo ładne, jednak do spania wolę jak na razie coś luźniejszego.
            Szukam jakiejś zwykłej koszulki, lecz oczywiście nie mogę żadnej znaleźć. No fakt… Tą jedną jedyną, którą wzięłam, zaniosłam do pralni. Wzdycham i wygrzebuję stary, ciemny top. Jest trochę obcisły i sięga mi nieco powyżej pępka.
            Po chwili jednak wzruszam ramionami. Nie zamierzam tu nikomu imponować ani dla kogoś się stroić.
            Szybko pędzę do mojego starego, ale wygodnego łóżka i wsuwam się pod kołdrę. Biorę laptop i uruchamiam go. Decyduję się przejrzeć parę stron i znaleźć jakąś grę albo komedię do obejrzenia.
            Jednakże dociera do mnie, że dawno już nie sprawdzałam swojej skrzynki mailowej. Nawet jeśli nie mam pozwolenia na pisanie do kogokolwiek bez Ich wglądu w każde moje słowo i wiadomość, nie mówili nic o czytaniu czy przejrzeniu maili. Rzucam szybkie spojrzenie na wciąż zamknięte drzwi. Raczej nikt nie wchodziłby bez pukania, prawda?
            Szybko wpisuję adres strony i loguję się. Małe kręcące się kółko, załadowujące stronę, przeciąga logowanie. Pewnie mam pocztę zawaloną wiadomościami, między innymi tymi od znajomych ze szkoły.
            Kiedy w końcu strona się załadowała, dostrzegam, że mam 19 nie przeczytanych e-maili, większość jak się domyślałam jest od ludzi z klasy. Uśmiecham się do siebie, gdy otwieram jedną z pierwszych. Widzę, że jest od Kim, chodzę z nią na niektóre zajęcia.

~~,,Droga, Katy, jak się masz? Nie było cię kilka dni, mam dla ciebie pracę domową. Z książki ,,Historia Ludzkości” musisz przeczytać strony od 103 do 125. A,  nie zapomnij pominąć strony 118!”

            Mój uśmiech poszerza się, gdy widzę jak wysiliła się i podała mi pracę domową bym nie miała dużych zaległości. Wysyłała mi wiadomości każdego dnia, nawet jeśli nie otrzymała żadnej odpowiedzi.
            Przechodzę do następnego e-maila; jest to jakaś reklama szamponu do włosów. Żałuję, że podałam swój email tamtej babce z drogerii. Kasuję wiadomość, więc wyrzuca mnie automatycznie do poprzedniej, tą z pracą domową od Kim. Idę znów do następnej, klikając ,,next”.
            I wtedy mój beztroski nastrój rozpływa się w mgnieniu oka, a zalewa mnie mieszanina dezorientacji i strachu. Mam w skrzynce email z nieznanego adresu. Kolejna reklama? Dostaję je co rusz, jest w nich informacja, że ktoś z listy moich znajomych wygrał ostatnio iphone’a, a ja mogę dostać to samo, wystarczy tylko kliknąć w link. Musieliby być idiotami, jeśli sądzą, że ktokolwiek się na to nabierze. Dla przykładu, mówili, że Sandy wygrała iphone’a jakieś 6 razy, ale gdyby ją o to spytać nic by o tym nie wiedziała.
            Jednak tym razem, tekst wiadomości przedstawiał coś zupełnie innego…

~~,,Czy. Mogłabyś. Na. To. Łaskawie. Spojrzeć? Myślisz, że możesz się chować przede mną, Laleczko? Naprawdę wierzysz w to, że jakaś żałosna ludzka organizacja może cię ochronić? Jeśli masz taką potrzebę to się chowaj! Ukrywaj się tak jak robiły to Twoje przyjaciółki. Nie skończyło się to jednak dla nich dobrze, nieprawdaż? Myślisz, że Cię nie znajdę? To po prostu urocze. Bądź przygotowana, Katy, bo zamierzam sprawić byś płakała i krzyczała głośniej niż Twoje drogie, zaginione przyjaciółki.”

            Oddech zamiera mi w gardle, desperacko wbijając się w płuca i szukając ujścia. Jednak nie mogę się rozluźnić. Nie mogę spokojnie oddychać. To zbyt wiele! Jak on się dowiedział? Czy moi rodzice są bezpieczni? Zaciskam pięści i zagryzam usta, wciąż wgapiając się w ekran.
            Dlaczego to wszystko spada na mnie?
            Decyduję się na coś odważnego, na coś przed czym byłam ostrzegana. Jednak chcę odpowiedzi, odpowiedzi, której tylko on może mi udzielić. O konsekwencjach pomyślę później, teraz chcę jedynie znać odpowiedz na pytanie „dlaczego…?”. Klikam „odpowiedz” i po chwili mam gotową wiadomość:

~~,,Dlaczego to robisz? Czego ode mnie chcesz?”

            Klikam ,,wyślij” i czekam, nie wstrzymując powietrza w płucach, lecz  pozwalając sobie na krótkie urywane oddechy, wciąż wpatrując się w ekran. Nie ośmielam się chociażby mrugnąć, by nie przegapić czegoś ważnego. Czuję jak kropelki potu powoli formują się na moim czole, wzrok wciąż mam wbity w ten przeklęty laptop.
            Nagle rozlega się cichy dźwięk, a moje oczy szerzej się otwierają, gdy widzę nadejście kolejnego maila. Znów z tego nieznanego adresu. Nie obchodzi mnie już czy strażnicy zza drzwi słyszą mnie czy nie; i tak się o tym wszystkim dowiedzą.

~~,,Dlaczego? Czego od Ciebie chcę? Oh, moja droga, czy to nie jest ani trochę oczywiste? Chcę Cię po prostu zaprosić na miłe spotkanie, takie wyjście na przykład  na lody. Myślisz, że jesteś zabawna czy naprawdę jesteś aż tak cholernie głupia? Chcę widzieć Twoje łzy i uniżenie przede mną. Chcę widzieć Twoje żałosne ludzie ciało u mych stóp, obserwować jak strach i szaleństwo powoli ogarniają Twój umysł. Chcę widzieć rozpacz. Czy tyle Ci wystarczy, słodziaku? Czy może chcesz abym dał Ci jeszcze więcej przykładów i szczegółowych opisów co zamierzam z Tobą zrobić?”

            Czuję ucisk w brzuchu, kiedy to czytam. Czy właśnie to stało się z moimi przyjaciółkami? Tak potoczy się mój los? Będę torturowana przez tego psychopatę aż do śmierci, dopóki całkowicie nie zadowoli go mój ból, a śmierć będzie wydawać się jedynym ukojeniem? Czytam wiadomość po raz kolejny… i jeszcze raz, dopóki słowa nie zaczynają wirować w moim umyśle.
            Jestem okropnie przerażona, jednak nie chcę uciekać. Nie będę wzywać znów FBI, nie dam im odebrać sobie także laptopa.
            Nawet jeśli to byłoby dla mnie najlepsze wyjście.
            Nienawidzę go, nienawidzę, nienawidzę tego gościa z całego serca. Chcę wysłać mu wiadomość z informacją gdzie może sobie wsadzić te swoje groźby i jak popieprzony jest, nie ma życia i powinien umrzeć okropną śmiercią. Zamiast tego decyduję się na sfrustrowanie go jeszcze bardziej przez wypomnienie mu faktu, że wciąż skutecznie się przed nim chowam. 

~~,,Pieprzę Cię. Nie znajdziesz mnie, jestem tu bezpieczna. Jeśli spróbujesz zrobić choć jeden krok do wnętrza budynku w którym jestem, Twoja psychiczna głowa zostanie w końcu skutecznie przestrzelona na wylot. Chodź, no dalej, spróbuj tylko!”

            Złość którą wyładowuję na klawiaturze sprawia, że niektóre przyciski aż się zacinają. Chcę pokazać mu, że nie jestem przerażona, że nie potrzebuję FBI by posprzątać po sobie cały ten bałagan. Ponownie czytam swoją wiadomość słowo po słowie i w końcu klikam ,,wyślij”,
            Odpisanie, nie zajęło temu skurwielowi  dużo czasu. Klikam w ikonkę wiadomości. Głowę mam uniesioną jakbym wciąż jeszcze wierzyła w moje zwycięstwo w tej grze. Chcę widzieć jego wkurwioną twarz, gdy będzie czytał tą wiadomość. Jego odpowiedz pewnie jest przesiąknięta wulgaryzmami pod moim adresem.
            Nie mogłam się bardziej pomylić…

~~,,Myślisz, że jesteś naprawdę kurewsko genialna, prawda? Mogę jedynie im powiedzieć niech wypalą w moim kierunku każdą kulę jaką mają, a co do Ciebie… Mogę jedynie orzec jak dobrze leży na Tobie ten obcisły, czarny top, Laleczko. Pasująca kolorem bielizna też nie wygląda źle, jednak wolałbym raczej zobaczyć Cię bez niej. Jesteś naprawdę irytująca, wiesz? I w dodatku mówisz mi ,,pieprzę Cię”… Testujesz moją cierpliwość, słodziaku.”

            Cała euforia ulatuje ze mnie, zostaje momentalnie pochłonięta jakby przez czarną dziurę, na jej miejsce wkracza strach. Unoszę się czujnie i wstaję, rozglądając się dookoła za czymś nienaturalnym co przykuje moją uwagę. On nie mógł nic widzieć! Nie może wiedzieć co aktualnie mam na sobie!
            A może jednak…?
            Nie, niemożliwe! Jednakże…Nie mógł sobie przecież tego ot tak zgadnąć. W jaki sposób mógł się dowiedzieć?
            Obracam głowę w lewo, w prawo, oglądam się za siebie, lustrując wzrokiem każdy zakamarek pokoju. Nikogo nie ma.
            Wtem słyszę kolejny dźwięk sygnalizujący nadejście następnej wiadomości. Nie chcę spojrzeć na ekran, boję się, że to co tam zobaczę przyprawi mnie o atak serca.
            Gęsia skórka pojawia się na moim ciele. Przełykam wolno ślinę i zbliżam się do laptopa zerkając na wyświetlacz. Kładę dłoń na klawiaturze i po chwili znajduję w sobie dość odwagi, by kliknąć ,,next”

~~,,Nie jesteś chyba tym zbytnio dotknięta… W takim razie podzielę się z tobą jeszcze jedną informacją... Widzę Cię.”  

TRZASK!
            Kończe to szaleństwo z chwilą zatrzaśnięcia laptopa. Nie chcę czytać wiadomości od niego, nie chcę dawać mu tej satysfakcji i pokazywać jak bardzo się boję, jak bardzo czuję się pokonana…Chwytam się za głowę i potrząsam nią by wyrzucić z niej cały strach i zbędne myśli.
            Przecież wiedziałam, że muszę robić to co mi powiedzieli. Nie słucham się, nigdy nie słucham. No i teraz mam. Do czego mnie to doprowadziło… Zapędził mnie w kozi róg, teraz tańczę jak mi zagra. Jeśli nie weszłabym na tego maila, nie zobaczyłabym w ogóle tych wiadomości i nie musiałabym na nie odpowiadać.
            Nie, dostarczenie sobie cierpień nie jest dobrym rozwiązaniem.
            Biorę laptop, jednym mocnym szarpnięciem wyciągam wszystkie przewody i unoszę sprzęt w ramionach. Podchodzę do drzwi i pukam w nie kilka razy.  To głośne, ostre walnięcia. Kontynuuję, dopóki drzwi nie otwierają się, ukazując zaalarmowanych strażników FBI.
            Gwałtownie mijają mnie, wdzierają się do pomieszczenia z bronią w gotowości. Rozglądają się po pokoju, a gdy dociera do nich, że wszystko jest w porządku, i że nie ma tu nikogo poza mną, uspokajają się.
- Co się stało? – pyta jeden z nich, szybko podchodząc do mnie, kiedy zauważa mój  zszokowany wyraz twarzy. Ja jedynie wyciągam ku niemu swój laptop i próbuję sklecić jakkolwiek jasno brzmiącą wypowiedź.
- J-j-ja dostałam maile…
            I te słowa wystarczyły by stwierdzić, że sytuacja jest nieciekawa. Jeden z nich szybko bierze ode mnie laptop i kiwa głową w stronę drugiego strażnika, po czym opuszczają mój pokój. Trzeci z nich staje tuż przede mną i kładzie obie dłonie na moich ramionach; potrząsa mną lekko bym otrząsnęła się i wróciła na ziemię.
- Powiedz mi co się stało.

****

            Jestem zaskoczona – agent FBI nie jest na mnie ani trochę zły, kiedy opowiadam mu co się stało. Jedynie słucha uważnie i notuje co poniektóre informacje. Zmniejsza mój strach, mówi mi, że nie jest możliwe by ten zabójca był tutaj, prawdopodobnie włamał się  jakimś sposobem do mojej kamerki internetowej. To by wyjaśniało fakt, że wiedział co akurat mam na sobie.
            Jednak wciąż czuję niepokój…
            Agent mówi mi żebym trochę odpoczęła i zostawia mnie samą w ciemnym pokoju. Słucham się go i wchodzę pod kołdrę. Nie ma jednak mowy bym zasnęła po tym co tu zaszło.
            To już zbyt wiele jak na mnie…
            Trudno mi w to uwierzyć, że on mógłby się jakoś włamać do mojej kamerki internetowej. Pamiętam co powiedział ten gość z FBI na zebraniu. Te stworzenia nie są normalne, plus mają umiejętności, których nie posiadają zwykli ludzie. Co jeśli on wszedł do środka omijając jakoś strażników? Co jeśli umie przechodzić przez ściany?
            To brzmi naprawdę głupio, ale w sumie wszystko jest możliwe.
            Po kilku chwilach głębszych przemyśleń, w końcu znajduję wygodne miejsce i układam się do snu. Już powoli odpływam, jednak momentalnie rozbudzam się, gdy kolejna rzecz przechodzi mi przez myśl. Jednak obija się mi w umyśle coraz słabiej i słabiej, aż w końcu czuję jak znów odlatuję w bardziej przyjemną senną rzeczywistość.
            Lecz nagle… czuję COŚ ocierającego się o moją nogę. 



*********************************************

no i teraz się zacznie... :D

sobota, 23 stycznia 2016

Chapter 6 ,,Protected".


Dzięki za komentarze :D
Jestem zmordowana, więc rozdział może miec parę błędów..
**********

            Wydaję z siebie głośne westchnięcie kiedy wyglądam przez okno. Obok mnie siedzi kierowca; to ten facet z FBI. Zabrał mój telefon, by przebadać go, kiedy już dotrzemy do jego biura. Nie powiedział mi dokąd dokładnie jedziemy. Ani jak długo tam pozostanę. Oznajmił mi tylko, że to wszystko jest dla mojego bezpieczeństwa.       Cieszę się, że rodzice jadą ze mną.
- Już jesteśmy. – słyszę i prawie podskakuję kiedy facet z FBI niespodziewanie się odzywa. Dostrzegam wielki budynek, a przed nim tablicę z napisem ,,centrum dystrybucji”. Unoszę brew i obracam się w stronę kierowcy. Serio? Dlaczego mnie zabrał do jakiegoś magazynu?
            Jedziemy dalej, aż dojeżdżamy do rampy, która prowadzi na ogromny podziemny parking. Zjeżdżamy trzy piętra w dół, gdzie w końcu się zatrzymujemy. Mężczyzna wysiada z samochodu, bierze moją torbę podróżną z bagażnika i otwiera mi drzwi od strony kierowcy.  Wysiadam z samochodu wraz z rodzicami.
- Chodźcie za mną. – to jedyne co powiedział mężczyzna, w międzyczasie lustrując wzrokiem najbliższe otoczenie. 
            Idę za nim; chwilę potem znajdujemy się w windzie. Dostrzegam, że jedziemy dwa piętra w górę. Drzwi otwierają się i zostaję powitana przez tłum ludzi w uniformach z telefonami, jakimiś papierami, teczkami i podkładkami do pisania w rękach. Hm? To naprawdę jest jakiś magazyn… Mężczyzna gdy tylko drzwi windy się otworzyły, ruszył naprzód zapewne oczekując, że pójdę za nim. Kontynuujemy wędrówkę przez korytarze, różne sale i schody oraz przechodzimy przez mnóstwo drzwi. Mam wrażenie, że trwa to wieki, a realnie rzecz biorąc: przynajmniej kilka godzin. W końcu dochodzimy do wielkich drzwi, przy których stoją dwaj uzbrojeni strażnicy.
            Mężczyzna prowadzący nas podchodzi do pilnowanego wejścia i pokazuje swoją wizytówkę. Strażnik kiwa tylko głową i przepuszcza go do drzwi. Podchodzi i kładzie dłoń na czytniku, który po chwili rozświetla się zielonym blaskiem, a wrota otwierają się.
            Cóż, teraz już wiem że to nie jest po prostu jakiś zwykły magazyn. To tylko przykrywka. Tak naprawdę to kwatera główna FBI.
            Gdy drzwi zamykają się za mną, mężczyzna odzywa się:
- Przepraszam, ale te wszystkie środki ostrożności są konieczne, mogliśmy być śledzeni. – mówi i prowadzi mnie przez kolejne drzwi i korytarze. W końcu zatrzymuje się przy jednych i otwiera je. W pokoju znajduje się kilka krzeseł, natomiast z tyłu prawie całą ścianę zajmuje wielki biały ekran.
            Na jednym z krzeseł siedzi Rayne razem ze swoimi rodzicami. Dostrzegam, że jest tu więcej ludzi – rodzice Sandy, Farah, Mandy i Loli. Jestem zszokowana tym, ze ich tu teraz widzę. Wyglądają jakby nie spali od miesięcy. W sumie to normalne; przecież niedawno stracili własne dzieci i nie mają pojęcia co się z nimi aktualnie  dzieje.
            Przed wielkim ekranem staje mężczyzna i gestem nakazuje mi i moim rodzicom byśmy usiedli. Kiedy zajmujemy miejsca, drzwi się zamykają, a zebranie się rozpoczyna.
- Witam, nazywam się Peter. Pracuję w FBI, w szczególności zajmuję się konkretnym przypadkiem. Dotyczy on morderców, którzy porwali państwa dzieci.
            Słyszę jak czyjaś matka wydaje z siebie szloch, jednak mężczyzna ignoruje to i mówi dalej:
- Jak zauważyliście, to nie jest zwykły magazyn, jest to siedziba główna FBI. Centrum dystrybucyjne to tylko ,,przykrywka”.
            Oh, naprawdę, inteligencie? No nie domyśliłabym się, w życiu.
- Przyprowadziłem was tu, ponieważ muszę udzielić wam paru informacji… Oraz uchronić ostatnie dwie osoby które przeżyły, Katy i Rayne, przed porwaniem. – ręką wskazuje najpierw na mnie, potem na moją przyjaciółkę. – Jednakże to może być trudniejsze niż się wydaje. Nie mówimy tutaj o normalnych seryjnych zabójcach. Ci mordercy są na naszym celowniku od lat. Znamy ich nazwiska, opis… Ale nie zdołaliśmy ich nigdy złapać.
            Słyszę jak ktoś coś mruczy za mną. To było naprawdę konfundujące. Wiedzą kim są zabójcy i ich jeszcze nie aresztowali?
- Jeśli wiecie kim są, to czy nie możecie opublikować ich wizerunku? – słyszę jak ktoś zadaje pytanie; to matka Sandy.
            Mężczyzna jedynie kręci przecząco głową, a ja mogę praktycznie wyczuć jego smutek i bezradność.
- Niestety, to nie jest takie łatwe… Pozwólcie mi jednak wyjaśnić z kim mamy do czynienia. – mówi i odsuwa się od ściany.
            Po chwili ekran rozświetla się, a ja mogę zobaczyć na nim kolaż zdjęć bardzo znajomej dla mnie osoby.
            To był On.
            Ten ,,smiley-killer”.
            Po prawej znajdowało się jego największe zdjęcie, gdzie wyraźnie było widać nieludzkie cięcia na jego policzkach. Szkic został prawdopodobnie zrobiony z pomocą  świadków jego zbrodni. Obok znajdowały się różne zdjęcia: z tyłu, z boku; pewnie  zrobione przy jakiejś jego ucieczce. Jako ostatnie wyświetlone zostały zdjęcia z miejsc  przestępstw; każde pokazywało wszystkie szczegóły, obraz przesiąknięty był przemocą i krwią. 
            Na górze widniało nazwisko: „Jeffrey Woods”.
- Ten mężczyzna jest zabójcą, który włamał się wtedy do waszego domu. Jego prawdziwe imię to Jeffrey Woods, jednak on woli sam siebie nazywać Jeffem The Killer.  Stał się szalony, przez co zabił całą swoją rodzinę. Od tamtej pory zabija niewinne osoby. Jednakże nigdy nie spotkałem się z taką sytuacją jak ta…Przez całe 25 lat szukania go.
            W tym momencie zamieram, alarmowe kliknięcie rozbrzmiewa w mojej świadomości. Szukają tego gościa od 25 lat, a nawet nie zbliżyli się choćby o krok do aresztowania lub  zabicia go?! Szokuje mnie jednak bardziej coś innego i nie mogę się powstrzymać żeby się nie odezwać:
- Nie może być! Kiedy go widziałam, on wyglądał na jakieś 19 lub 20 lat! Musicie go szukać od max 10 lat!  - prawie krzyczę, a za chwilę czuję jak moja mama kładzie dłoń na moim ramieniu, próbując mnie uspokoić.
            Wiem, że to nie może być prawda. Nawet jeśli ten gość jest starszy niż wygląda, nie mógłby wymordować całej swojej rodziny kiedy miał trzy lata, prawda?
            Mężczyzna stoi z dłońmi złożonymi za jego plecami, czekając aż skończę.
- Twoja sugestia każe mi przejść do następnego punktu. On nie jest normalnym zabójcą, nie jest też normalnym człowiekiem. Poza ludźmi, na Ziemi żyje jeszcze jedna rasa. Na nich bazowane są legendy i opowieści historyczne; niestety są prawdziwe. Ci osobnicy są nazywani Creepypastami.
            Słyszę jak wszyscy w pokoju gwałtownie wciągają powietrze. Opadam na krzesło. Co to ma być? Jakiś cholerny ,,zmierzch”?! Jakoś ciężko uwierzyć mi w to całe gówno. Nie ma kurwa mowy, żeby z nami na ziemi żył jeszcze ktoś, o kim nie mamy w ogóle pojęcia.
            W tym czasie FBI robili wszystko, żeby odciągnąć każdego od poznania prawdy. Wiem przecież jak łatwo mogliby się włamać do jakiegokolwiek  komputera, telefonu, nawet do domu. Może współpracowali też z kimś kto również musi być na bieżąco z informacjami? Dziennikarz czy ktoś…?
- My, jako FBI, poszukujemy tych stworzeń od lat. Doszliśmy do wniosku, że normalna broń nie może ich zabić. Strzelaliśmy w parę Creepypast, mogliśmy zobaczyć jak pociski przeszywają ich ciało. Jednak oni nie umarli. Mają oni także dodatkowe, nieludzkie umiejętności.
            Cały pokój jest pogrążony w ciszy gdy facet przestaje na chwilę mówić. Ja sama nie mam pomysłu co mogłabym powiedzieć lub nawet co o tym wszystkim myśleć. To całe zebranie dużo wyjaśnia, ale…
- Mamy nawet dowody. Zachęcam, by wszyscy tego posłuchali. Wszystko jest prawdą. Powiedz mi Katy, jak ten klaun wszedł do waszego domu? – oczy mężczyzny lądują na mnie, a ja rozglądam się chwilę wkoło jak zagubiona, spłoszona sarna, zanim biorę się w garść i unoszę głowę.
- O-On wyszedł z… chmury dymu. – odpowiadam, a mężczyzna kiwa głową. Opuszczam wzrok, to brzmiało tak głupio, nie mówiłam o tym nawet swoim rodzicom. Ludzie w pokoju znów wydają z siebie lekkie okrzyk zaskoczenia, a ja wiem, że właśnie próbują sobie zobrazować to co przed chwilą powiedziałam.
            Uwierzyli mi?
- Czy obok były drzwi albo okno, przez które się mógł wślizgnąć niezauważony?
            Myślę nad tym przez chwilę, ale definitywnie nie przypominam sobie niczego takiego. Nie było nic. Kręcę przecząco głową, a mężczyzna wydaje z siebie cichy gwizd.
Pokój znów jest pogrążony w kompletnej ciszy.
            Wierzę w to co opowiada ten facet. To wszystko wyjaśnia  dlaczego ci zabójcy tak szybko znaleźli nasze telefony oraz to jak opuścili nasz dom niezauważeni.
- Dobrze więc… Rozumiem, że wiele się wydarzyło tamtej nocy… Smutek i żałość gdy ktoś drogi nam ginie jest niewyobrażalny… Ale przez to mogłaś widzieć też rzeczy które nie istnieją.
            Zszokowana, odwracam się w kierunku ojca Sandy.
            Czy on powiedział właśnie, że kłamię? Że sobie ubzdurałam to, że widziałam wszystkie te rzeczy? Do diabła! W rzeczy samej było to wydarzenie tragiczne, faktycznie bardzo bolesne, ale nie zaprzeczę temu co widziałam tamtej nocy. To nie jest jakiś głupi figiel jaki spłatał mi mój umysł.
- Też to widziałam, jak my wszystkie. Nazwiesz nas obie, a także swoją córkę, kłamcami? – pyta Rayne, jej oczy są zaczerwienione od płaczu.
            Patrzy na ojca Sandy z niedowierzaniem, lecz on zachowuje kamienną twarz. Wiem, że się tak zachowuje tylko dlatego, że nie chce uwierzyć w to co się dzieje.
- Jeśli nie dowierzasz słowom świadków, to może zapytaj o całą sytuację jedną z osób tu zgromadzonych, która szukała tych kreatur przez pewien okres czasu.
            Cisza ogarnęła całą salę.  Bezdźwięk jest tak przytłaczający, że niemal boleśnie odczuwalny w naszych uszach.
            Podświadomie skupiam uwagę na ojcu jednej z dziewczyn. Mężczyzna niechętnie wysunął się z tłumu i wskazał na siebie drżącymi dłońmi. To był tata Loli.
- D-dokładnie to ja poszukiwałem tych tak zwanych ,, Creepypast” przez jakiś okres czasu. Niestety ale naprawdę są one prawdziwymi istotami. Udało nam się nawet schwytać jednego z nich, martwego. Sądzimy, że zabił go inny Creepypasta. Badaliśmy budowę i teksturę jego ciała, jego organy… Oni są tacy sami jak my, jednakże ich wewnętrzny zegar nie pracuje… Naprawdę nie mogę zdradzić więcej szczegółów bez narażania mojej grupy na niebezpieczeństwo.
            Ojciec Sany całkowicie zaplątuje się w słowach. Gdy kończy, siada i  odchyla się na oparcie krzesła z płonącymi czerwienią policzkami. Jestem w stani jedynie patrzeć na tego mężczyznę w szoku. Nigdy bym nie pomyślała że ojciec Loli pracuje nad tego rodzaju zadaniami, nigdy bym się tego po nim nie spodziewała…
- Mogę zadać jedno pytanie?
            Obracam się, by zobaczyć kto się odezwał. Widzę zawsze spokojną i zorganizowaną matkę Farah z uniesioną do góry ręką, pytającą o pozwolenie by zabrać głos. Mężczyzna w garniturze jedynie kiwa głową i gestem nakazuje jej aby zaczęła mówić.
- Czy to możliwe że zniknięcie naszych córek ma związek z twoją firmą?
            Wszyscy ludzie w  pomieszczeniu zdają się być ogarnięci szokiem, po usłyszeniu pytania. Nawet nie przeszło mi to przez myśl! Czy to naprawdę mogłoby mieć z tym jakiś związek? Ojciec Loli również wygląda na zszokowanego, prawdopodobnie tez o tym wcześniej nie pomyślał.
- To niemożliwe! Moja córka nic o tym nie wiedziała. Myślała, że pracuję nad nowym specyfikiem medycznym. Helen też nie była niczego świadoma, aż to teraz! – mówi, wskazując na swoją żonę siedzącą obok niego. Prawie mogę wyczuć bijące od niego zdenerwowanie.
- Nie możemy dokładnie powiedzieć jakie skutki przyniesie to wszystko, jedyne co teraz wiemy to tylk oto kim są. Przypuszczamy także, że jest więcej Creepypast. To by wyjaśniało te wszystkie tajemnicze zaginięcia ludzi których nigdy nie odnaleziono. – mówi mężczyzna przebiegając wzrokiem po Sali, tak jakby prześwietlał wszystkich samym spojrzeniem.
            Jest zbyt dużo informacji do rozpracowania, próbuję sobie ułożyć w głowie to wszystko co powiedział ten gość. Jednak nawet jeśli odtwarzam w pamięci każde słowo usłyszane od agenta FBI, zdaję sobie sprawę, że wciąż nie otrzymałam odpowiedzi na najważniejsze pytanie.
            Pytanie, które zajmuje mi całą powierzchnię umysłu, rozbrzmiewa w mojej głowie przez każdą sekundę zebrania i każdą minutę dnia po pamiętnym incydencie. Po tym jak moje ciało i umysł zostały ogarnięte przez te monstrualne kreatury.
- Dlaczego? – wyrzucam z siebie, mój głos jest ledwo słyszalny.
            Mężczyzna odwraca się ku mnie i patrzy na mnie przez swoje ciemne okulary.
- Hm? – pyta, co odbieram jako sygnał, że nie zrozumiał o co mi chodziło.
            Zaciskam pięści, moje kostki nadgarstka bieleją. Po chwili unoszę głowę. Kilka kosmyków brązowych włosów opada mi na twarz, lecz teraz nie zwracam na nie kompletnej uwagi. Chcę w tej chwili jedynie odpowiedzi. Patrzę spod opadających włosów na mężycznę i przełykam ślinę by tym razem móg głos był głośniejszy i bardziej wyrazisty niż przedtem.
- Dlaczego?! – w moim głosie da się słyszeć aż namiastkę zwierzęcego warknięcia; brzmi to jak błaganie i alarmująca prośba w jednym.
- Dlaczego my? Dlaczego oni przyszli akurat po nas? Po im taki wyczyn? – pytam ponownie, a mój wzrok staje się rozmyty, gdy słonawy płyn zbiera się w kącikach moich oczu, a chwilę później czuję jak spływa po moich policzkach.  Mężczyzna jedynie stoi w bezruchu, aż nagle przekrzywia lekko głowę i odpowiada:
- Nie wiemy tego. Jak już powiedziałem nie spotkałem się z takim przypadkiem w całej mojej karierze. Mogę jedynie zagwarantować, że doprowadzimy tą sprawę do końca. A teraz otoczymy Cię kwarantanną. W trybie natychmiastowym.

***
- Wszystko będzie dobrze, skarbie – pociesza mnie moja mama, obejmując mnie ramieniem.
            Zostałam umieszczona w czymś w rodzaju bunkra bez okien oraz żadnym kontaktem ze światem zewnętrznym. Stoi tu metalowe łóżko z pościelą, która wyglądała jakby nie była używana od II wojny światowej, niewielki telewizor, bardzo mała komoda, obok niej biurko i nieduży stół znajdujący się na środku pomieszczenia.
            Całe szczęście, że wzięłam ze sobą laptop. Mam przynajmniej to skoro nie mogę mieć z nikim kontaktu przez jakiś czas.  Tak, moi rodzice wprawdzie byli tu teraz, ale niestety niedługo będą musieli się zbierać.  Nie mają zezwolenia na odwiedzenie mnie, ponieważ każda informacja odnosząca się do mnie, przechwycona przez nie pożądane osoby, może mi naprawdę zaszkodzić. Mogę jednak do nich dzwonić lub pisać wiadomości czy e-maile, jeśli tylko były pod ścisłym monitoringiem ludzi z wewnątrz.
            Jeśli wiedzieliby o mojej dokładnej lokalizacji, nie byłabym bezpieczna. Wiem,  że Rayne tez jest gdzie w tym budynku, nie pozwolono mi się jednak z nią zobaczyć.
            Zaczynam już nienawidzić tego miejsca.
             Nagle zdecydowane pukanie do drzwi przerywa ponownie ciszę. Wcześniej jedynym dźwiękiem był mój niespokojny oddech i ledwo słyszalne, pocieszające słowa mojej matki. Teraz jednak dało się jeszcze słyszeć cichy dźwięk alarmu zwiastującego otwieranie się drzwi.  Stanął w nich ten sam mężczyzna w garniturze.
            Światło z pomieszczenia za nim sprawiło, że jego wielki, ciemny cień ogarnął mój pokój tak szybko i skutecznie jak ogromna chmura burzowa.
- Już czas – mówi jedynie zanim odsuwa się od drzwi by przepuścić do pokoju mojego tatę, który czekał na korytarzu. Jego wygląd mówi mi, że jest bardzo zmęczony, może i nawet zagubiony w sytuacji… Ale przede wszystkim wydaje się smutny oraz  zmartwiony.
            Wolno wstaję, czuję jak moje nogi drżą. Idę jednak w kierunku mojego ojca i prawie upadam w jego silne ramiona. Opiekuńczo obejmuje mnie i składa pocałunek na czubku mojej głowy.
- Będę za tobą tęsknić, tato – szepczę, wtulając głowę w jego klatkę piersiową i mocząc  łzami jego białą koszulę.
- Też będę za tobą tęsknił… - mówi cicho, powoli odsuwając się ode mnie i wycierając łzy z mojej twarzy.
            Posyła mi pokrzepiający uśmiech, ten sam który pamiętam z dzieciństwa. Ten którym obdarzył mnie, kiedy spadlam z roweru i zraniłam się w kolano albo wtedy gdy za Chiny nie mogłam dokończyć trudnej pracy domowej.
            Jednak tym razem ten uśmiech który dobrze znałam był nieco inny. Miał w sobie pewne skrzywienie, jakby ojciec wiedział, że tym razem nie ma szans na to żeby było w porządku. Jakby wiedział, że moje przeznaczenie jest już dawno przesądzone…
            Tak, ja sama o tym wiem.
            Obracam się do swojej matki, która obserwowała dotychczasową scenę pożegnania z rękami przytkniętymi do ust. Pojedynczy refleks światła pada na je j mokre od łez policzki kiedy podchodzi do mnie. Przytula mnie mocno do siebie; nie chce zostawiać tu swego dziecka samego.
            Ale musi…
- Przepraszam – słyszę jej szept, co sprawia, że mam ochotę rozpłakać się jeszcze bardziej.
            Nie chcę żeby moi rodzice przepraszali mnie za to co się dzieje; nie chcę by winili się za te wszystkie rzeczy na które tak naprawdę nie mieliśmy wpływu.
            Wysuwam się z objęć swojej matki i macham rodzicom na pożegnanie, mówiąc, że czas już się rozstać. Oboje mówią ,,kocham Cię” i wychodzą zerkając na mnie jeszcze przez ramię ostatni raz, zanim drzwi zamykają się przed moja twarzą.
            Piekło zaczyna się TERAZ... 

*****
Dokładnie, piekło zaczyna się teraz. I w opowiadaniu się trochę podkręci i u mnie, bo jeszce tydzień piekła przede mną przez egzaminy. :P
Obiecuję, że w lutym nadrobimy i rozdziały będą częsciej ^^ 

wtorek, 19 stycznia 2016

~~ INFORMACJA ~~

Rozdział będzie niedługo, jest opóźnienie bo mam akurat egzaminy na studiach...
Niedługo koniec, więc coś dodam, jak się uda to może nawet i w ten weekend :D 

czwartek, 7 stycznia 2016

Chapter 5 ,,Not Again!"

Na wstepie, dziękuję za komentarze ^^ 
Dodaję wcześniej, bo miałam trochę więcej wolnego czasu w ostatnich dniach. 
Enjoy :D



            Budzi mnie donośny dźwięk budzika; wręcz błaga bym w końcu podniosła się i go wyłączyła. Rad  nierad otwieram oczy i siadam na łóżku. Widzę jak promienie słoneczne prześwitują zza moich zasłon tego poranka.
            Powoli przecieram oczy, ziewam i przeciągam się. Chcę być w jak najlepszym stanie tego dnia. Odrzucam kołdrę na bok i idę w kierunku szafy. Otwieram ją, wyciągam wcześniej przemyślany stój na dziś i idę do łazienki.
            Gdy jestem już ogarnięta i przygotowana do wyjścia na uczelnię, schodzę na dół i witam się z tatą, który akurat siedzi przy stole i w kuchni i czyta gazetę.
- Witaj kochanie, dobrze spałaś? – pyta zerkając na mnie znad strony przeglądanego czasopisma.
- Taaak, jasne – kłamię.
            Szybko chwytam parę tostów i wpycham je sobie do ust, szukając w międzyczasie czegoś do picia.
            On nie musi niczego wiedzieć, to go tylko jeszcze bardziej zmartwi.
            Po chwili kręcenia się po kuchni,  zarzucam torbę na ramię i żegnam się z tatą.
            Moja mama czeka już na mnie w samochodzie. Teraz mam przecież znowu naprawdę daleką drogę na uczelnię. Dlatego też musze między innymi wstawać nieludzko wcześnie.
            Moja matka zaoferowała, że będzie mnie odwozić i odbierać dopóki nie będę gotowa by wrócić do tego przeklętego domu gdzie niedawno mieszkałam.
            Kiedy zamykam drzwi wejściowe coś mi się nie zgadza…
            Zapomniałam telefonu! Wciąż leży na nocnej szafce!
            Mam ochotę walnąć się w czoło przez swoją głupotę. Nigdy nie zdarzyło mi się zapomnieć telefonu… No ale cały ten tydzień był przecież dość specyficzny, więc o moje nie ogarnięcie obwiniam tamten cały incydent.
            Przez to, że jestem już prawie spóźniona powstrzymuję się od wbiegnięcia na górę do domu, by zabrać swój telefon. To przecież nie jest w tej chwili najważniejsza rzecz.
            Wsiadam do samochodu, a moja mama rusza z podjazdu.

***

            Nie mogę tego powstrzymać, ale gdy przyjeżdżam do szkoły, napięcie ogarnia całe moje ciało. Wiem, że prawdopodobnie będę zawalana gradem pytań. Nie ma już nikogo kto by nie oglądał wiadomości i nie słyszał o tej sprawie. Nie tak trudno było w końcu o tym nie usłyszeć; historia o ,,trzech zaginionych dziewczynach i trzech ocalałych” była już we wszystkich gazetach i informacyjnych stacjach telewizyjnych.
            Daję mamie szybkiego całusa w policzek i wychodzę z samochodu, mając przed sobą piekielny budynek, zwany ,,szkołą”. Wchodzę przed drzwi frontowe, a gdy już znajduję się wewnątrz, przyspieszam, wyłapując ukradkowe spojrzenia posyłane mi przez wszystkich studentów.
            Przewracam tylko na to oczami, a za chwilę już znajduję się przed moją szafką. Gdy ją otwieram, czuję klepnięcie w ramię, więc odwracam się.
- Hej, widziałam Cię w wiadomościach. Co się stało?
            To Kaitlynn. Stoi i czeka na odpowiedź z rękami umiejscowionymi na biodrach. Nawet jeśli nie ma kłótni między nami, ani jej nie nienawidzę, to nie chcę jej mówić o czymkolwiek. Pyta mnie prawdopodobnie tylko dlatego, że jak zawsze chce wiedzieć wszystko, a potem rozpowiedzieć to innym ludziom.
- Jeśli oglądałaś wiadomości to pewnie aktualnie już wszystko wiesz. Naprawdę nie chcę o tym gadać.  – odpowiadam próbując być tak miła jak to tylko możliwe. Kaitlynn tylko kiwa głową i krzyżuje ręce na piersiach.
- Nie chciałam być złośliwa. Przykro mi przez to co się stało…
            Gdy tylko to mówi, wzdrygam się. Myśli o Farah, Mandy i Loli przeszywają moją głowę. Echo ich krzyków znowu rozlega się w mojej pamięci. Szybkim ruchem z trzaskiem zamykam szafkę by się nie rozproszyć.
- W porządku.  – mówię, przechodząc obok niej. Szybko wchodzę do sali, gdzie mam mieć zajęcia.
            Wtedy dostrzegam Rayne otoczoną grupą ludzi. Kiedy podchodzę bliżej, przestaje mówić i tylko się uśmiecha.
- Dajcie dziewczynom trochę przestrzeni ludzie, wystarczy już wam. – mówi jeden z chłopaków dając Rayne koleżeńskiego kuksańca w bok. Grupa studentów rozchodzi się, zostawiając mnie i Rayne same.
- Też cię już wypytywali? – pytam przeczuwając jaka będzie odpowiedź.
            Wiem, że taki news to coś ekscytującego, ale inni nie maja pojęcia jak męczące i bolesne jest wspominanie tamtej nocy.
            Rayne tylko kiwa głową, bezinteresownie ściskając w dłoniach swoją książkę. Spuszcza wzrok, gdy pyta:
- Widziałaś może Sandy? Mówiła, że nie wie czy przyjdzie dziś już do szkoły czy jeszcze zostanie w domu…
            Wiem że Sandy ma tendencję do spóźnienia się. Nawet w takich okolicznościach jakie ostatnio nas spotkały dalej pozostanie sobą i nie przyjdzie na czas. To sprawia, że niemal zaczynam się cicho śmiać.
- Prawdopodobnie się spóźni albo wcale nie przyjdzie. Stawiam na spóźnienie. – odpowiadam, a Rayne podnosi głowę i uśmiecha się przyznając mi rację.
            Wtedy zostajemy otoczone inną grupą uczniów, każdy chce wiedzieć co się stało tego pamiętnego dnia.
            To będzie ciężki, naprawdę BARDZO ciężki dzień…

***

            Kiedy ostatnia lekcja się kończy, czuję ulgę. Przez cały dzień byłam przepytywana przez różnych ludzi. Nauczyciele próbowali ich upomnieć i uspokoić, ale wiem, że oni sami są również ciekawi tej historii.  Bo kto by nie był? Tylko ja, Rayne i Sandy wiemy co dokładnie się wydarzyło tej nocy, o której wspomina się teraz w każdej gazecie.
- Jedziesz dziś ze mną do domu, tak? – pyta mnie Rayne, gdy idziemy w stronę parkingu.
            Kiwam głową, a ona otwiera samochód i wsiadamy do środka. Jazda mija mi zadziwiająco szybko. Może to przez to, że w końcu wracam do domu po długim dniu? Gdy jesteśmy już na miejscu, wysiadam z samochodu i macham do Rayne, która chwilę później odjeżdża.
            Kiedy odwracam się w kierunku drzwi wejściowych, zauważam COŚ niecodziennego…
            Na podjeździe stoi czarny samochód; tak, to jeden z tych droższych, czarnych samochodów. Marszczę brwi. Jedyne wyjaśnienie jakie pojawia się w mojej głowie jest takie, że mojego ojca odwiedził jakiś facet w sprawach biznesowych. Podchodzę do frontowych drzwi; tym razem jestem wyjątkowo ostrożna.
            Otwieram drzwi swoim kluczem, nasłuchując czy nie ma jakichś podejrzanych dźwięków w domu. Dobiega mnie dźwięk rozmowy mojej matki i ojca. Krzyczę więc:
- Już jestem!
            Głosy raptownie milkną, a ja po chwili dostrzegam jak z kuchni wychodzi moja mama. Podchodzi do mnie szybkim krokiem.
- Oh, słońce! – mówi i przytula mnie mocno, a ja stoję już całkiem zszokowana. Co do diaska się tutaj dzieje? Otwieram usta by zadać pierwsze pytanie, ale zanim zdążam się odezwać, moja mama zaczyna ciągnąć mnie w stronę kuchni.
- Jest tu ktoś do ciebie, Katy.
            Nie łapię. Kto przyszedł do mnie i sprawił, że moja matka zachowuje się tak nerwowo?  Wkraczam do kuchni i widzę mojego ojca siedzącego przy stole. Naprzeciwko niego siedzi nieznany mi facet.
            No, w sumie nie taki zwykły facet.
            Mężczyzna w idealnie skrojonym, dopasowanym czarnym garniturze, na nosie ma okulary z ciemnymi szkłami.  Widząc mnie wstaje i podaje mi dłoń przez stół. Witam się, a moja matka daje mi znać bym usiadła.
- Dobrze cię tu widzieć, Katy.
            Odwracam się w kierunku mojej mamy niewerbalnie pytając o co chodzi i kim jest ten mężczyzna.
- Jestem tu, bo mam do przekazania złe wieści.
            Natychmiast wracam spojrzeniem do naszego gościa. Sięga do jednej z kieszeni garnituru i wyciąga niewielką wizytówkę. Jest z FBI.
            O Boże.         
- Jestem z FBI i przyszedłem żeby ci pomóc. Twoja przyjaciółka, Sany została porwana.
            I w tym momencie cały mój dopiero niedawno odbudowany świat rozbił się na milion  małych kawałków. Równie dobrze on mógłby wyrwać mi serce i deptać dopóki by nie została z niego krwawa plama na ziemi.
- C-co? – praktycznie krzyczę, panika powoli wkrada się do mojego umysłu. Nie miałam pojęcia, że coś takiego mogłoby się wydarzyć. To sprawka tych morderców? Wrócili po nią?
            Zaczynam czuć mdłości, czuję jak na moim żołądku zaciska się niewidzialna pętla, kiedy facet mówi ,,Sandy została porwana”. Wtem, czyjeś ciepłe ręce przesuwają się po moich plecach w geście uspokojenia i pocieszenia. Lecz nic teraz mi raczej nie może pomóc. Nie mogę tego dłużej znieść…
            Nie znowu!
- To ci dwaj zabójcy, którzy wam wcześniej grozili i porwali twoje przyjaciółki, zabrali   Sandy. Wszystko jest tak jak podejrzewaliśmy, nie sądzimy że to może być zbieg okoliczności. Lecz zanim powiem Ci więcej informacji, musimy zabrać cię w bezpieczniejsze miejsce.
            Jego słowa przeszywają mnie na wskroś. Nie słucham, nie, nie mogę go słuchać dłużej. Z tego co usłyszałam, dotarło do mnie to, że zabrali Sandy, a ja muszę opuścić to miejsce i wyjechać.
            I to już zaraz.
- J-ja nie rozumiem! Jak to? – unoszę głos, próbując jednocześnie być chłodna i opanowana. Jest to jednak cholernie trudne. Mężczyzna jedynie siedzi dalej w bezruchu i mierzy mnie wzrokiem. Po chwili kontynuuje:
- Wyjaśnię ci wszystko, gdy już znajdziemy się na miejscu. Twoi rodzice też pojadą z nami, nie martw się.
            Rzucam spojrzenie mojemu tacie, który patrzy się uparcie w dół, na  blat stołu. Wiem, że się boi. Boi się o moje bezpieczeństwo, boi się że ja również mogę zostać porwana pewnego dnia.
- Idź się spakować. Weź tylko te rzeczy których najbardziej będziesz potrzebować. – mówi mężczyzna, a ja jestem zdolna tylko patrzeć na niego wielkimi oczami i przetwarzać w głowie właśnie usłyszaną informację.
- Skarbie… - mówi mama cichym głosem, kładąc dłoń na moim ramieniu.
            Powoli wstaję, czuję się tak jakbym była na jakimś auto-pilocie. Nie mam pojęcia co o tym myśleć, w tym przypadku własne refleksje nie rozjaśnią mi danej sytuacji. Muszę zaufać temu mężczyźnie, wiem że wkrótce dostanę odpowiedzi na wszystkie pytania, które mnie gnębią.
            Powoli wchodzę po schodach do swojego pokoju. Chwytam swoją niewielką torbę podróżną, w którą zapakowałam się gdy przenosiłam się z mojego starego domu, po ,,tej” nocy. A teraz… znowu musze się gdzieś przenosić. Pakuję ubrania, zabieram rzeczy z łazienki, laptop i parę drobiazgów, które są mi potrzebne. Pakuję także zdjęcie mnie i moich przyjaciółek w ramce, a także zdjęcie mnie i mojej rodziny.
            Chcę właśnie włożyć do torby moja bieliznę, gdy nagle przypominam sobie o czymś: telefon. Szybko podchodzę do szafki nocnej i podnoszę komórkę. Odblokowuję ekran, widząc że mam jakieś nowe wiadomości. Widzę parę od mojej koleżanki z klasy; pyta jak się czuję, czy jest dobrze. Jedna jest od Sandy, pisze:

~~  ,,Nie przyjdę dziś do szkoły, wciąż  źle się czuję... Bawcie się dobrze :)”

            Zbiera mi się na płacz po przeczytaniu tej wiadomości, bo wiem, że to prawdopodobnie już jej ostania wiadomość jaką do mnie wysłała.
            Wtedy zauważam, że mam jeszcze inne, nie przeczytane wiadomości. Te były od nieznanego numeru. Szybko otwieram skrzynkę i widzę, że to On mi je wysłał. ,,Słodkich snów”?! Skąd on wiedział kiedy akurat zasnęłam? Zgadywał? A może to naprawdę jakiś żart? Czuję zimno ogarniające całe moje ciało, gdy te dwa słowa odbijają się echem w mojej głowie.
            Ale, ale… Była jeszcze druga wiadomość z tego numeru.

~~ ,,Oj, jaka szkoda…Zapomniałaś telefonu! Nie możesz teraz przeczytać wszystkich słodkich wiadomości które ci wysyłam. Nie bądź jednak smutna, kochanie*, będzie jeszcze dużo czasu by mówić ci jak UROCZA jesteś. To znaczy… jeśli przeżyjesz dość  długo.”

            Wstrzymuję oddech, gdy czytam ponownie wiadomość. Skąd on to wiedział?! Obracam się i patrzę przez okno. To pierwszy raz, gdy nie czuję się bezpiecznie we własnym domu. Wewnątrz domu w którym dorastałam.
            Nagle rozlega się przeciągły sygnał telefonu. Skupiam jednak wzrok na niewielkim oknie w moim pokoju. Nie ośmielam się spojrzeć na ekran, boję się co może zawierać wiadomość. Najgorszy lęk staje się prawdą, kiedy widzę, że On znów do mnie napisał:

~~,,Boisz się, słodziaku?”

- Mamo? MAMO?! – wrzeszczę w panice.  Rozglądam się wokół siebie, a za chwilę słyszę szybkie, ciężkie kroki na schodach. Widzę jak mężczyzna wpada do pokoju, w rękach trzyma broń palną. Moi rodzice są tuż za nim.
- Co się stało, Katy? – pyta moja mama, kiedy nie dostrzega nic strasznego czy podejrzanego w pokoju. Ja tylko patrzę na nich, a chwilę później unoszę telefon do twarzy. Wciąż jest odblokowany, a na ekranie wyświetla się ta jedna rozmowa.

~~,,Oj, nieładnie.”

 **********************************************************
 odnośnie [*] w wiadomości Jeffa... [*zamiast normalnego określnika na ,,kochanie", w oryginale było ,,sugartits” XD]. Jeff jaki stalker. 

 I właśnie dlatego dobrze jest mieć rolety w oknach :D 

wtorek, 5 stycznia 2016

Chapter 4 ,,The Aftershock".

Rozdział dość krótki, już wzięłam się za tlumaczenie następnego. Tak myślę, że rozdziały się będą pojawiać co tydzień w okolicach weekendu (sobota najprawdopodobniej, opcjonalnie piątek). Jeszcze dużo przed nami, jak na razie jest 56 rozdziałów w oryginale, a autorka wciąż dopisuje nowe i powiem, że... robi się coraz ciekawiej ^^ 
Plus, będę dołączać obrazki do każdego rozdziału, mniej więcej pasujące do treści. 
sooo... enjoy it. :D


- W porządku, przeanalizujmy to teraz wszystko na spokojnie. Jak się czujesz?
            Przenoszę wzrok z małej filiżanki kawy, którą trzymam w dłoniach na dwóch mężczyzn w mundurach policyjnych siedzących obok mnie. Chwilę potem, uciekam spojrzeniem w stronę okna obok szpitalnego łóżka, na którym aktualnie siedzę.
            Po tym jak policja mnie znalazła natychmiast odesłano mnie do szpitala by opatrzyć mi rany. Pamiętam jak wtuliłam się kurczowo w policjanta, który mnie znalazł i uwolnił. Nie chciałam go puścić dopóki moja matka mnie od niego nie oderwała.
            Moje obrażenia nie są poważne, lecz przez podejrzenie wdania się infekcji, musze zostać w szpitalu jeszcze przez trzy dni.
- Dziękuję, już jest w porządku. – z powrotem odwracam się ku policjantom.
            Widać biorą tą sprawę na poważnie, w końcu trzy dziewczyny, moje przyjaciółki zostały zaginione, porwane.
            Lola, Farah i Mandy.
            Płakałam, gdy się o tym dowiedziałam; nie znaleziono ich ciał we wnętrzu domu. To wszystko jest chore… Czy one wciąż żyją? Czy zostały uprowadzone, a dopiero potem zabite? A może zabito je i zabrano ciała, bo były im do czegoś potrzebne…?
            Nie mam bladego pojęcia…
            Ale wiem, że źle się to wszystko zapowiada. Policjant z wczorajszej akcji powiedział mi, że ten zabójca którego opisałam zawsze zabija swoje ofiary i bawi się nimi, finalnie  zostawiając po sobie jedną wielką krwawą masę na ziemi.  Lecz teraz.. nie było żadnej.
            Nigdy nie spotkali się też z takim przypadkiem zabójcy, który by odnalazł dosłownie wszystkie telefony ofiar w domu. Wszystko poza tym wyglądało jak normalna napaść, przez co krew się we mnie gotowała, bo wiedziałam, że nie była normalna w ani jednym aspekcie. Dodajmy, że w jakiś cudowny sposób posprzątali cały bałagan po walce w kilka minut.
- Dobrze to słyszeć… Pomówmy więc o wczorajszej nocy – wzdrygam się lekko, gdy o tym wspominają. Ta przeklęta noc, która zostawi pewnie ślad na mojej psychice już na zawsze.
- Co się wydarzyło?
            Wzdycham tylko w odpowiedzi, kiedy mój umysł ogarnia myśl o wczorajszym zdarzeniu. Pytali mnie już o to w ciągu dnia, ale byłam wciąż zbyt roztrzęsiona by jasno cokolwiek powiedzieć.
- Moje przyjaciółki Sandy i Lola wyszły gdzieś na noc, a ja zdecydowałam się zostać w domu. Obudziłam się około północy, bo usłyszałam jakiś hałas na parterze. Zeszłam na dół by to sprawdzić i zobaczyłam… - przerywam, bo obrazy zalewają mój umysł, staje mi przed oczami sytuacja jak ten ,,smiley-killer” grozi nożem mojej przyjaciółce - Loli.
 - Spokojnie, nie spiesz się. – mówi starszy oficer policji, patrząc na mnie uważnie. Drugi w milczeniu siedzi i notuje ważniejsze rzeczy z mojej relacji.
- Miał nóż. Przytknął go do gardła Loli, grożąc, że ją zabije. Impulsywnie chcąc ją uratować, zaatakowałam go pogrzebaczem do kominka. To przez to zarobiłam tą ranę – wskazuję na bandaż owinięty wokół mojego ciała, zakrywający cięcie z boku brzucha.  Starszy mężczyzna kiwa głową, a młody zerka na mnie; chwilę później wraca do swoich notatek.
- Co stało się później?
- Reszta dziewczyn obudziła się, a On… wezwał Drugiego zabójcę – wiem, że dziwnie to brzmi, ale to prawda.
- Wezwał? – pyta starszy oficer, a ja odwracam wzrok w bok.
- Zawołał jego imię, a On… po prostu się pojawił.
            Nie wierzy mi, wiem, że mi nie wierzy.
- Skąd wyszedł?
            Z chmury dymu, którą sam wyczarował.
            No oczywiście, że im tego tak nie powiem!
            Wsadzili by mnie od razu do psychiatryka.
- Nie wiem… - odpowiadam.
            To w sumie nie jest kłamstwo, nie mam pojęcia skąd tak naprawdę wziął się ten mężczyzna.
- W porządku… Mógł być już w domu i tylko czekać na sygnał tego Pierwszego.
            Moje oczy szerzej się otwierają i skupiają na obu policjantach; uwierzyli mi!
- Kontynuuj – mówi mężczyzna, nie tyle wydając mi rozkaz ile delikatnie dając sugestię.
- Powiedzieli, że chcą zagrać w grę… Potem zabrali nam wszystkie telefony. Wtedy dali nam pięć minut na ucieczkę i schowanie się. Nie miałyśmy jak wydostać się stamtąd. Okna i drzwi były zamknięte. – czuję jak łzy zbierają się mi w kącikach oczu. Mężczyzna milczy, a cisza podpowiada mi, że mam kontynuować.
- A później… Przypomniało mi się, że Farah ma dwa telefony. Znalazłam ten jeden, którego nie zabrali i zadzwoniłam na 911, gdy już się przed Nimi schowałam. A wtedy… Oni… - mój głos się załamuje, a oddech staje się urywany. Ukrywam twarz w dłoniach, gdy krzyki prawdopodobnie martwych już osób odzywają się echem w mojej głowie, przypominając o sobie wciąż i wciąż…
- Katy… Chcemy pokazać Ci kilka fotografii, które zrobiliśmy na miejscu zbrodni.
            Unoszę głowę, ale przez łzy dwójka policjantów to teraz dla mnie dwie niebieskie zamazane plamy. Szybkim ruchem przecieram oczy, a gdy odzyskuję ostrość widzenia kiwam głową.
~~PIERWSZE zdjęcie przedstawia rozbite okno, przez które wszedł zabójca.
~~DRUGIE zrobione było w kuchni. Ukazuje krwawe plamy na podłodze; to tam upadłam, gdy morderca dźgnął mnie nożem.
~~OSTATNIE…. A co do ostatniego to…
            To coś upiornego.
            Jest na nim wnętrze mojego pokoju. Obraz obejmuje głównie ścianę na której zwykle przyklejam różne zdjęcia, plakaty i obrazki. Jednak nie wygląda to tak jak zwykle.
            Nie.
            Na każdym zdjęciu namalowane jest serce wokół mojej twarzy. Serce namalowane krwią.
            A to nie wszystko.
            Na każdej fotografii z moimi przyjaciółkami są krzyże. Nie na mojej twarzy… Na twarzach Farah, Mandy i Loli. Postacie Rayne i Sandy są nietknięte.
            Reszta mojej białej ściany w pokoju jest pokryta krwią, kilka plam układa się w słowa ,,UCIEKAJ lub SCHOWAJ SIĘ”.
            Najpierw wytrzeszczam oczy, a za chwile zakrywam je dłońmi upuszczając zdjęcia. To zbyt dużo jak na mnie…
- Masz jakiś pomysł co to może oznaczać? – pyta mnie starszy oficer; chodzi im o te serca.
- O-o-on powiedział, że ma ze mną nierozstrzygniętą partię, bo walnęłam go w głowę kijem a on nie miał czasu zareagować i odpowiedzieć… Może to przez to? – patrzę na nich z nadzieją; modlę się, by już nigdy nie zobaczyć tego świra na oczy. 
            Wycieram łzy, lecz kolejne napływają mi do oczu, przez co znów spływają mi na policzki i łóżko. Nie chcę wyglądać jak jakiś ryczący bachor przed tymi facetami. Ale przecież płacz to w końcu ludzka rzecz. Usłyszałam przecież przed chwilą, że moje przyjaciółki zostały porwane i nie wiadomo czy jeszcze żyją, podczas gdy sama jeszcze nie dawno chowałam się walcząc o przetrwanie. Każda słaba osoba załamała by się psychicznie. Silna osoba by tylko płakała.
- Wystarczy, Katy. Dziękujemy Ci.
            Starszy policjant wstaje, podchodzi do mnie i delikatnie klepie mnie po plecach.
            Wtem drzwi otwierają się, a ja unoszę głowę i widzę moją matkę wchodzącą do pokoju z tacą pełną jedzenia. Dostrzega w jakim jestem stanie i zaczyna mnie pocieszać.
            Dwójka policjantów żegna się i zostawia mnie bezpieczną w rekach bliskich mi osób.
***

            Minął już tydzień od tamtego niefortunnego zdarzenia. Policja wciąż ściga tamtych ludzi, lecz wiem, że nie robią wszystkiego co się da – nie mają nowych potrzebnych wskazówek do śledztwa. Czuję przez to irytację. Nie mogę winić policji za to, że sprawa stoi w miejscu. Powinnam winić raczej siebie i to jaką ignorantką byłam wcześniej. Oczywiście, że tych morderców nie da się złapać; oni nie są nawet ludźmi! Normalny człowiek nie wyszedłby sobie ot tak z chmury dymu. Normalny człowiek nie mógłby beztrosko chodzić sobie z cięciami na twarzy (które wciąż wyglądały jak świeże), ciągnącymi się od kącików ust na policzki.
            To kompletnie powaleni psychopaci.
            Po tym jak wypisano mnie ze szpitala, wróciłam do domu moich rodziców. Stary dom jest teraz traktowany jak miejsce zbrodni. Z resztą nawet jakbym mogła tam wrócić, nie zrobiłabym tego, nie chciałabym. Przynosiłoby to zbyt dużo wspomnień...
            Nagle słyszę znajomy dźwięk opon na podjeździe i odwracam się kierunku okna. Widzę samochód Rayne i wzdycham z ulgą. To pierwszy raz kiedy się zobaczymy od czasu wypadku. Dzwoniły do mnie raz, ale nawał pytań wymęczył nas zbytnio. Za dużo się wydarzyło. Dlatego nie były w stanie odwiedzić mnie w szpitalu.
            Wybaczyłam im to łatwo.
            Biegnę na dół prawie zlatując ze schodów i ruszam do drzwi. Otwieram je i widzę moje dwie przyjaciółki stojące tu, całe i zdrowe. Rayne wygląda jak pusta porcelanowa laleczka i jednocześnie chodzący worek kości; musiała sporo schudnąć w ciągu tygodnia przez ten cały stres.
            Sandy wygląda jak duch przez swoją nienaturalnie bladą cerę i cienie pod oczami, które pokazują jak bardzo wymęczona jest bezsennością i płaczem.
            Krótko ogarniam je wzrokiem, a po chwili skaczę im na szyje i mocno przytulam. Stoimy wszystkie w uścisku przez chwilę, a zaraz potem zapraszam je do środka.
            Gdy jesteśmy już wewnątrz domu, zapada między nami milczenie. Nikt nie chce zacząć.
- Więc… Jak tam? - pyta Rayne, patrząc prosto na kubek herbaty w swoich dłoniach. 
            Oczywiście, że jest nienajlepiej. Jest źle, ale nie sądzę żeby Rayne chodziło o taką oczywistość… 
- To było… takie dziwne… - odpowiada Sandy patrząc to na mnie, to na Rayne.
- Wiadomo…
            Nie mam pomysłu co mogę jeszcze dodać, co w ogóle myśleć o tym wszystkim… potrząsam głową próbując sobie uporządkować myśli w głowie.
- Po prostu… Sama nie wiem. Co mogłybyśmy zrobić? To znaczy… Oni odeszli, ale jaki był sens tego całego zdarzenia? – pytam.
            Wiem, że to pytanie jest głupie. Domyślam się, że obie dziewczyny nie znają odpowiedzi. Nikt nie zna oprócz tych zabójców i trzech porwanych dziewczyn…
- Chciałabym móc coś zrobić… - mówi Rayne – cokolwiek.
            Czuję to samo co ona. W dodatku jedno pytanie mnie jeszcze dręczy…
- Widziałyście te zdjęcia? Te gdzie oni namalowali krzyże na ich twarzach… To wygląda jakby zrobili jakąś listę – wyrzucam z siebie. Zachodzę w głowę co dokładnie to oznaczało.
- Nie zapominaj o sercach – przypomina mi Rayne, patrząc na mnie z troską.
- One prawdopodobnie nic nie znaczą. Ten zabójca również i do mnie mówił ,,księżniczko” albo ,,słoneczko” – mówi niemal nonszalancko Sandy, a ja nie mogę się powstrzymać przed nagłym uczuciem niechęci i nienawiści do niej. To zabrzmiało jakbyśmy właśnie rozmawiały o jakichś chłopakach z którymi gadałyśmy w klubie i licytowały się o nich. Co ja wygaduję… Jedyne kim on jest to cholernym seryjnym zabójcą, nie chce niczego poza widokiem mojej krwi rozpryskującej się na podłodze u jego stóp. Prawdopodobnie zabijając mnie kijem, którym wcześniej go walnęłam w głowę. I to w ramach rewanżu.
- Wręcz przeciwnie, Sandy. Myślę, że to jednak coś znaczy… On się nami bawi. Oni z nami pogrywają. Celowo straszą nas, robiąc takie rzeczy – mówi Randy. Jak widać, jej także nie przypadł do gustu komentarz Sandy.
- Cokolwiek to znaczy, w niczym nam nie pomoże analiza tego. Spójrzmy prawdzie w oczy, mamy to za sobą, oni odeszli…
            I znów straszliwa cisza zapada w niewielkim salonie. Chcę coś jeszcze od siebie dodać, ale powstrzymuję się – mam wrażenie, że każde słowo jest nieodpowiednie oraz że źle, niezręcznie  zabrzmi… Cała ta sytuacja jest niezręczna.  
- Więc… kto idzie jutro do szkoły?
***

            Obserwuję przez okno jak samochód wyjeżdża z podjazdu na ulicę. Macham do moich przyjaciółek, zanim samochód nie znajdzie się poza zasięgiem mojego wzroku.
            Rozmawiałam chwilę z dziewczynami o szkole, życiu, pracy… Wiem, że musimy żyć dalej. Naprawdę chcę wrócić do szkoły, nie byłam w niej cały tydzień. Nie żeby to było jakimś problemem, potrzebuję po prostu trochę zapomnienia, chcę wrócić do normalności. Poza tym… mus to mus. Muszę zaliczyć semestr, a przegapiłam parę prac klasowych, które są dość ważne i decydują o wynikach końcowych.
            Życie toczy się dalej.
            Mam tylko nadzieję, że nikt nie będzie mnie pytał o to niefortunne zdarzenie…
            Odwracam się i podchodzę do szafy. Sięgam po moją nieco za dużą koszulkę w której śpię i przebieram się. Potem wchodzę do łazienki, myję zęby i zmywam makijaż przygotowując się do pójścia spać.
            Prawie już rzucam się na łóżko, bo zmęczenie ogarnia już całe moje ciało, lecz nagle ktoś puka do moich drzwi. Po chwili widzę jak pojawia się w nich mój tata.
- Katy, zrobić ci herbaty?
            Kręcę tylko głową.
- W porządku, no to dobranoc, kochanie.
            Uśmiecham się do niego i odpowiadam ,,dobrej nocy”.  Szybko wchodzę pod kołdrę i nastawiam budzik. Jutro.. zaczyna się znów normalne życie.
            Cichy dźwięk telefonu sygnalizujący nadejście wiadomości odrywa mnie od natłoku myśli.
            To prawdopodobnie Sandy albo Rayne piszą, że bezpiecznie dotarły do domu.
            Uśmiecham się do siebie, gdy sięgam w kierunku szafki nocnej i biorę telefon w dłoń. Dostałam go z powrotem parę dni po tym jak przebadała go policja. Stwierdzili, że nie mam możliwości, by zawierał w sobie coś, co doprowadzi ich do zabójców. Telefony Farah, Mandy i Loli wciąż są na posterunku.
            Odblokowuję ekran i dostrzegam, że wiadomość jest od jakiegoś nieznanego numeru. Gdy otwieram ją, widzę…




            Natychmiast zamieram i czytam wiadomość od początku. Później znowu… i jeszcze kolejny raz… Co to ma znaczyć? I przede wszystkim… kto to napisał?
            Zbieram się na odwagę i decyduję się odpisać:




            Patrzę na ekran czekając na znajomy sygnał zwiastujący nadejście wiadomości. Nic jednak nie przychodzi. Czekam parę minut, które w końcu przeradzają się w godziny.
            Mam dość, więc przyjmuję wersję, że ktoś sobie zwyczajnie zażartował. Pewnie jakiś typ ze szkoły, który chciał mnie nastraszyć. Wkurzona wzdycham głośno i obracam się na drugi bok. Zmarnowałam kilka godzin snu przez jakiegoś idiotę, który robi sobie żarty z tak poważnej sytuacji.

            Wiercę się jeszcze w pościeli i rozmyślam, dopóki w końcu nie morzy mnie sen. A gdy jestem już pogrążona w głębokim śnie, nie domyślam się nawet, że mój telefon się odzywa, a kolejna wiadomość nadeszła.