Dzięki za komentarze :D
Jestem zmordowana, więc rozdział może miec parę błędów..
**********
Wydaję z siebie głośne
westchnięcie kiedy wyglądam przez okno. Obok mnie siedzi kierowca; to ten facet
z FBI. Zabrał mój telefon, by przebadać go, kiedy już dotrzemy do jego biura.
Nie powiedział mi dokąd dokładnie jedziemy. Ani jak długo tam pozostanę.
Oznajmił mi tylko, że to wszystko jest dla mojego bezpieczeństwa. Cieszę się, że rodzice jadą ze mną.
- Już jesteśmy. – słyszę i
prawie podskakuję kiedy facet z FBI niespodziewanie się odzywa. Dostrzegam
wielki budynek, a przed nim tablicę z napisem ,,centrum dystrybucji”. Unoszę
brew i obracam się w stronę kierowcy. Serio? Dlaczego mnie zabrał do jakiegoś
magazynu?
Jedziemy dalej, aż dojeżdżamy do rampy, która prowadzi na
ogromny podziemny parking. Zjeżdżamy trzy piętra w dół, gdzie w końcu się
zatrzymujemy. Mężczyzna wysiada z samochodu, bierze moją torbę podróżną z
bagażnika i otwiera mi drzwi od strony kierowcy. Wysiadam z samochodu wraz z rodzicami.
- Chodźcie za mną. – to
jedyne co powiedział mężczyzna, w międzyczasie lustrując wzrokiem najbliższe
otoczenie.
Idę za nim; chwilę potem znajdujemy się w windzie.
Dostrzegam, że jedziemy dwa piętra w górę. Drzwi otwierają się i zostaję
powitana przez tłum ludzi w uniformach z telefonami, jakimiś papierami,
teczkami i podkładkami do pisania w rękach. Hm? To naprawdę jest jakiś magazyn…
Mężczyzna gdy tylko drzwi windy się otworzyły, ruszył naprzód zapewne
oczekując, że pójdę za nim. Kontynuujemy wędrówkę przez korytarze, różne sale i
schody oraz przechodzimy przez mnóstwo drzwi. Mam wrażenie, że trwa to wieki, a
realnie rzecz biorąc: przynajmniej kilka godzin. W końcu dochodzimy do wielkich
drzwi, przy których stoją dwaj uzbrojeni strażnicy.
Mężczyzna prowadzący nas podchodzi do pilnowanego wejścia
i pokazuje swoją wizytówkę. Strażnik kiwa tylko głową i przepuszcza go do
drzwi. Podchodzi i kładzie dłoń na czytniku, który po chwili rozświetla się
zielonym blaskiem, a wrota otwierają się.
Cóż, teraz już wiem że to nie jest po prostu jakiś zwykły
magazyn. To tylko przykrywka. Tak naprawdę to kwatera główna FBI.
Gdy drzwi zamykają się za mną, mężczyzna odzywa się:
- Przepraszam, ale te
wszystkie środki ostrożności są konieczne, mogliśmy być śledzeni. – mówi i
prowadzi mnie przez kolejne drzwi i korytarze. W końcu zatrzymuje się przy
jednych i otwiera je. W pokoju znajduje się kilka krzeseł, natomiast z tyłu
prawie całą ścianę zajmuje wielki biały ekran.
Na jednym z krzeseł siedzi Rayne razem ze swoimi
rodzicami. Dostrzegam, że jest tu więcej ludzi – rodzice Sandy, Farah, Mandy i
Loli. Jestem zszokowana tym, ze ich tu teraz widzę. Wyglądają jakby nie spali
od miesięcy. W sumie to normalne; przecież niedawno stracili własne dzieci i nie
mają pojęcia co się z nimi aktualnie dzieje.
Przed wielkim ekranem staje mężczyzna i gestem nakazuje
mi i moim rodzicom byśmy usiedli. Kiedy zajmujemy miejsca, drzwi się zamykają,
a zebranie się rozpoczyna.
- Witam, nazywam się
Peter. Pracuję w FBI, w szczególności zajmuję się konkretnym przypadkiem.
Dotyczy on morderców, którzy porwali państwa dzieci.
Słyszę jak czyjaś matka wydaje z siebie szloch, jednak
mężczyzna ignoruje to i mówi dalej:
- Jak zauważyliście, to
nie jest zwykły magazyn, jest to siedziba główna FBI. Centrum dystrybucyjne to
tylko ,,przykrywka”.
Oh, naprawdę, inteligencie? No nie domyśliłabym się, w
życiu.
- Przyprowadziłem was tu,
ponieważ muszę udzielić wam paru informacji… Oraz uchronić ostatnie dwie osoby
które przeżyły, Katy i Rayne, przed porwaniem. – ręką wskazuje najpierw na
mnie, potem na moją przyjaciółkę. – Jednakże to może być trudniejsze niż się
wydaje. Nie mówimy tutaj o normalnych seryjnych zabójcach. Ci mordercy są na
naszym celowniku od lat. Znamy ich nazwiska, opis… Ale nie zdołaliśmy ich nigdy
złapać.
Słyszę jak ktoś coś mruczy za mną. To było naprawdę
konfundujące. Wiedzą kim są zabójcy i ich jeszcze nie aresztowali?
- Jeśli wiecie kim są, to
czy nie możecie opublikować ich wizerunku? – słyszę jak ktoś zadaje pytanie; to
matka Sandy.
Mężczyzna jedynie kręci przecząco głową, a ja mogę
praktycznie wyczuć jego smutek i bezradność.
- Niestety, to nie jest
takie łatwe… Pozwólcie mi jednak wyjaśnić z kim mamy do czynienia. – mówi i
odsuwa się od ściany.
Po chwili ekran rozświetla się, a ja mogę zobaczyć na nim
kolaż zdjęć bardzo znajomej dla mnie osoby.
To był On.
Ten ,,smiley-killer”.
Po prawej znajdowało się jego największe zdjęcie, gdzie
wyraźnie było widać nieludzkie cięcia na jego policzkach. Szkic został
prawdopodobnie zrobiony z pomocą
świadków jego zbrodni. Obok znajdowały się różne zdjęcia: z tyłu, z
boku; pewnie zrobione przy jakiejś jego
ucieczce. Jako ostatnie wyświetlone zostały zdjęcia z miejsc przestępstw; każde pokazywało wszystkie
szczegóły, obraz przesiąknięty był przemocą i krwią.
Na górze widniało nazwisko: „Jeffrey Woods”.
- Ten mężczyzna jest
zabójcą, który włamał się wtedy do waszego domu. Jego prawdziwe imię to Jeffrey
Woods, jednak on woli sam siebie nazywać Jeffem The Killer. Stał się szalony, przez co zabił
całą swoją rodzinę. Od tamtej pory zabija niewinne osoby. Jednakże nigdy nie
spotkałem się z taką sytuacją jak ta…Przez całe 25 lat szukania go.
W tym momencie zamieram, alarmowe kliknięcie rozbrzmiewa
w mojej świadomości. Szukają tego gościa od 25 lat, a nawet nie zbliżyli się
choćby o krok do aresztowania lub
zabicia go?! Szokuje mnie jednak bardziej coś innego i nie mogę się
powstrzymać żeby się nie odezwać:
- Nie może być! Kiedy go
widziałam, on wyglądał na jakieś 19 lub 20 lat! Musicie go szukać od max 10
lat! - prawie krzyczę, a za chwilę czuję
jak moja mama kładzie dłoń na moim ramieniu, próbując mnie uspokoić.
Wiem, że to nie może być prawda. Nawet jeśli ten gość
jest starszy niż wygląda, nie mógłby wymordować całej swojej rodziny kiedy miał
trzy lata, prawda?
Mężczyzna stoi z dłońmi złożonymi za jego plecami,
czekając aż skończę.
- Twoja sugestia każe mi
przejść do następnego punktu. On nie jest normalnym zabójcą, nie jest też
normalnym człowiekiem. Poza ludźmi, na Ziemi żyje jeszcze jedna rasa. Na nich
bazowane są legendy i opowieści historyczne; niestety są prawdziwe. Ci osobnicy
są nazywani Creepypastami.
Słyszę jak wszyscy w pokoju gwałtownie wciągają
powietrze. Opadam na krzesło. Co to ma być? Jakiś cholerny ,,zmierzch”?! Jakoś
ciężko uwierzyć mi w to całe gówno. Nie ma kurwa mowy, żeby z nami na ziemi żył
jeszcze ktoś, o kim nie mamy w ogóle pojęcia.
W tym czasie FBI robili wszystko, żeby odciągnąć każdego
od poznania prawdy. Wiem przecież jak łatwo mogliby się włamać do jakiegokolwiek
komputera, telefonu, nawet do domu. Może
współpracowali też z kimś kto również musi być na bieżąco z informacjami?
Dziennikarz czy ktoś…?
- My, jako FBI,
poszukujemy tych stworzeń od lat. Doszliśmy do wniosku, że normalna broń nie
może ich zabić. Strzelaliśmy w parę Creepypast, mogliśmy zobaczyć jak pociski
przeszywają ich ciało. Jednak oni nie umarli. Mają oni także dodatkowe,
nieludzkie umiejętności.
Cały pokój jest pogrążony w ciszy gdy facet przestaje na
chwilę mówić. Ja sama nie mam pomysłu co mogłabym powiedzieć lub nawet co o tym
wszystkim myśleć. To całe zebranie dużo wyjaśnia, ale…
- Mamy nawet dowody. Zachęcam,
by wszyscy tego posłuchali. Wszystko jest prawdą. Powiedz mi Katy, jak ten
klaun wszedł do waszego domu? – oczy mężczyzny lądują na mnie, a ja rozglądam
się chwilę wkoło jak zagubiona, spłoszona sarna, zanim biorę się w garść i
unoszę głowę.
- O-On wyszedł z… chmury
dymu. – odpowiadam, a mężczyzna kiwa głową. Opuszczam wzrok, to brzmiało tak
głupio, nie mówiłam o tym nawet swoim rodzicom. Ludzie w pokoju znów wydają z
siebie lekkie okrzyk zaskoczenia, a ja wiem, że właśnie próbują sobie
zobrazować to co przed chwilą powiedziałam.
Uwierzyli mi?
- Czy obok były drzwi albo
okno, przez które się mógł wślizgnąć niezauważony?
Myślę nad tym przez chwilę, ale definitywnie nie przypominam
sobie niczego takiego. Nie było nic. Kręcę przecząco głową, a mężczyzna wydaje
z siebie cichy gwizd.
Pokój znów jest pogrążony
w kompletnej ciszy.
Wierzę w to co opowiada ten facet. To wszystko
wyjaśnia dlaczego ci zabójcy tak szybko
znaleźli nasze telefony oraz to jak opuścili nasz dom niezauważeni.
- Dobrze więc… Rozumiem,
że wiele się wydarzyło tamtej nocy… Smutek i żałość gdy ktoś drogi nam ginie
jest niewyobrażalny… Ale przez to mogłaś widzieć też rzeczy które nie istnieją.
Zszokowana, odwracam się w kierunku ojca Sandy.
Czy on powiedział właśnie, że kłamię? Że sobie ubzdurałam
to, że widziałam wszystkie te rzeczy? Do diabła! W rzeczy samej było to
wydarzenie tragiczne, faktycznie bardzo bolesne, ale nie zaprzeczę temu co
widziałam tamtej nocy. To nie jest jakiś głupi figiel jaki spłatał mi mój
umysł.
- Też to widziałam, jak my
wszystkie. Nazwiesz nas obie, a także swoją córkę, kłamcami? – pyta Rayne, jej
oczy są zaczerwienione od płaczu.
Patrzy na ojca Sandy z niedowierzaniem, lecz on zachowuje
kamienną twarz. Wiem, że się tak zachowuje tylko dlatego, że nie chce uwierzyć
w to co się dzieje.
- Jeśli nie dowierzasz
słowom świadków, to może zapytaj o całą sytuację jedną z osób tu zgromadzonych,
która szukała tych kreatur przez pewien okres czasu.
Cisza ogarnęła całą salę. Bezdźwięk jest tak przytłaczający, że niemal
boleśnie odczuwalny w naszych uszach.
Podświadomie skupiam uwagę na ojcu jednej z dziewczyn.
Mężczyzna niechętnie wysunął się z tłumu i wskazał na siebie drżącymi dłońmi.
To był tata Loli.
- D-dokładnie to ja
poszukiwałem tych tak zwanych ,, Creepypast” przez jakiś okres czasu. Niestety
ale naprawdę są one prawdziwymi istotami. Udało nam się nawet schwytać jednego
z nich, martwego. Sądzimy, że zabił go inny Creepypasta. Badaliśmy budowę i
teksturę jego ciała, jego organy… Oni są tacy sami jak my, jednakże ich
wewnętrzny zegar nie pracuje… Naprawdę nie mogę zdradzić więcej szczegółów bez
narażania mojej grupy na niebezpieczeństwo.
Ojciec Sany całkowicie zaplątuje się w słowach. Gdy
kończy, siada i odchyla się na oparcie
krzesła z płonącymi czerwienią policzkami. Jestem w stani jedynie patrzeć na
tego mężczyznę w szoku. Nigdy bym nie pomyślała że ojciec Loli pracuje nad tego
rodzaju zadaniami, nigdy bym się tego po nim nie spodziewała…
- Mogę zadać jedno
pytanie?
Obracam się, by zobaczyć kto się odezwał. Widzę zawsze
spokojną i zorganizowaną matkę Farah z uniesioną do góry ręką, pytającą o
pozwolenie by zabrać głos. Mężczyzna w garniturze jedynie kiwa głową i gestem
nakazuje jej aby zaczęła mówić.
- Czy to możliwe że
zniknięcie naszych córek ma związek z twoją firmą?
Wszyscy ludzie w
pomieszczeniu zdają się być ogarnięci szokiem, po usłyszeniu pytania.
Nawet nie przeszło mi to przez myśl! Czy to naprawdę mogłoby mieć z tym jakiś
związek? Ojciec Loli również wygląda na zszokowanego, prawdopodobnie tez o tym
wcześniej nie pomyślał.
- To niemożliwe! Moja
córka nic o tym nie wiedziała. Myślała, że pracuję nad nowym specyfikiem
medycznym. Helen też nie była niczego świadoma, aż to teraz! – mówi, wskazując
na swoją żonę siedzącą obok niego. Prawie mogę wyczuć bijące od niego
zdenerwowanie.
- Nie możemy dokładnie
powiedzieć jakie skutki przyniesie to wszystko, jedyne co teraz wiemy to tylk
oto kim są. Przypuszczamy także, że jest więcej Creepypast. To by wyjaśniało te
wszystkie tajemnicze zaginięcia ludzi których nigdy nie odnaleziono. – mówi
mężczyzna przebiegając wzrokiem po Sali, tak jakby prześwietlał wszystkich
samym spojrzeniem.
Jest zbyt dużo informacji do rozpracowania, próbuję sobie
ułożyć w głowie to wszystko co powiedział ten gość. Jednak nawet jeśli
odtwarzam w pamięci każde słowo usłyszane od agenta FBI, zdaję sobie sprawę, że
wciąż nie otrzymałam odpowiedzi na najważniejsze pytanie.
Pytanie, które zajmuje mi całą powierzchnię umysłu,
rozbrzmiewa w mojej głowie przez każdą sekundę zebrania i każdą minutę dnia po
pamiętnym incydencie. Po tym jak moje ciało i umysł zostały ogarnięte przez te
monstrualne kreatury.
- Dlaczego? – wyrzucam z
siebie, mój głos jest ledwo słyszalny.
Mężczyzna odwraca się ku mnie i patrzy na mnie przez
swoje ciemne okulary.
- Hm? – pyta, co odbieram
jako sygnał, że nie zrozumiał o co mi chodziło.
Zaciskam pięści, moje kostki nadgarstka bieleją. Po
chwili unoszę głowę. Kilka kosmyków brązowych włosów opada mi na twarz, lecz
teraz nie zwracam na nie kompletnej uwagi. Chcę w tej chwili jedynie
odpowiedzi. Patrzę spod opadających włosów na mężycznę i przełykam ślinę by tym
razem móg głos był głośniejszy i bardziej wyrazisty niż przedtem.
- Dlaczego?! – w moim
głosie da się słyszeć aż namiastkę zwierzęcego warknięcia; brzmi to jak
błaganie i alarmująca prośba w jednym.
- Dlaczego my? Dlaczego
oni przyszli akurat po nas? Po im taki wyczyn? – pytam ponownie, a mój wzrok
staje się rozmyty, gdy słonawy płyn zbiera się w kącikach moich oczu, a chwilę
później czuję jak spływa po moich policzkach.
Mężczyzna jedynie stoi w bezruchu, aż nagle przekrzywia lekko głowę i
odpowiada:
- Nie wiemy tego. Jak już
powiedziałem nie spotkałem się z takim przypadkiem w całej mojej karierze. Mogę
jedynie zagwarantować, że doprowadzimy tą sprawę do końca. A teraz otoczymy Cię
kwarantanną. W trybie natychmiastowym.
***
- Wszystko będzie dobrze,
skarbie – pociesza mnie moja mama, obejmując mnie ramieniem.
Zostałam umieszczona w czymś w rodzaju bunkra bez okien
oraz żadnym kontaktem ze światem zewnętrznym. Stoi tu metalowe łóżko z
pościelą, która wyglądała jakby nie była używana od II wojny światowej,
niewielki telewizor, bardzo mała komoda, obok niej biurko i nieduży stół
znajdujący się na środku pomieszczenia.
Całe szczęście, że wzięłam ze sobą laptop. Mam
przynajmniej to skoro nie mogę mieć z nikim kontaktu przez jakiś czas. Tak, moi rodzice wprawdzie byli tu teraz, ale
niestety niedługo będą musieli się zbierać.
Nie mają zezwolenia na odwiedzenie mnie, ponieważ każda informacja
odnosząca się do mnie, przechwycona przez nie pożądane osoby, może mi naprawdę
zaszkodzić. Mogę jednak do nich dzwonić lub pisać wiadomości czy e-maile, jeśli
tylko były pod ścisłym monitoringiem ludzi z wewnątrz.
Jeśli wiedzieliby o mojej dokładnej lokalizacji, nie
byłabym bezpieczna. Wiem, że Rayne tez
jest gdzie w tym budynku, nie pozwolono mi się jednak z nią zobaczyć.
Zaczynam już nienawidzić tego miejsca.
Nagle zdecydowane
pukanie do drzwi przerywa ponownie ciszę. Wcześniej jedynym dźwiękiem był mój
niespokojny oddech i ledwo słyszalne, pocieszające słowa mojej matki. Teraz
jednak dało się jeszcze słyszeć cichy dźwięk alarmu zwiastującego otwieranie
się drzwi. Stanął w nich ten sam
mężczyzna w garniturze.
Światło z pomieszczenia za nim sprawiło, że jego wielki,
ciemny cień ogarnął mój pokój tak szybko i skutecznie jak ogromna chmura
burzowa.
- Już czas – mówi jedynie
zanim odsuwa się od drzwi by przepuścić do pokoju mojego tatę, który czekał na
korytarzu. Jego wygląd mówi mi, że jest bardzo zmęczony, może i nawet zagubiony
w sytuacji… Ale przede wszystkim wydaje się smutny oraz zmartwiony.
Wolno wstaję, czuję jak moje nogi drżą. Idę jednak w
kierunku mojego ojca i prawie upadam w jego silne ramiona. Opiekuńczo obejmuje
mnie i składa pocałunek na czubku mojej głowy.
- Będę za tobą tęsknić,
tato – szepczę, wtulając głowę w jego klatkę piersiową i mocząc łzami jego białą koszulę.
- Też będę za tobą
tęsknił… - mówi cicho, powoli odsuwając się ode mnie i wycierając łzy z mojej
twarzy.
Posyła mi pokrzepiający uśmiech, ten sam który pamiętam z
dzieciństwa. Ten którym obdarzył mnie, kiedy spadlam z roweru i zraniłam się w
kolano albo wtedy gdy za Chiny nie mogłam dokończyć trudnej pracy domowej.
Jednak tym razem ten uśmiech który dobrze znałam był
nieco inny. Miał w sobie pewne skrzywienie, jakby ojciec wiedział, że tym razem
nie ma szans na to żeby było w porządku. Jakby wiedział, że moje przeznaczenie
jest już dawno przesądzone…
Tak, ja sama o tym wiem.
Obracam się do swojej matki, która obserwowała
dotychczasową scenę pożegnania z rękami przytkniętymi do ust. Pojedynczy
refleks światła pada na je j mokre od łez policzki kiedy podchodzi do mnie.
Przytula mnie mocno do siebie; nie chce zostawiać tu swego dziecka samego.
Ale musi…
- Przepraszam – słyszę jej
szept, co sprawia, że mam ochotę rozpłakać się jeszcze bardziej.
Nie chcę żeby moi rodzice przepraszali mnie za to co się
dzieje; nie chcę by winili się za te wszystkie rzeczy na które tak naprawdę nie
mieliśmy wpływu.
Wysuwam się z objęć swojej matki i macham rodzicom na
pożegnanie, mówiąc, że czas już się rozstać. Oboje mówią ,,kocham Cię” i
wychodzą zerkając na mnie jeszcze przez ramię ostatni raz, zanim drzwi zamykają
się przed moja twarzą.
Piekło
zaczyna się TERAZ...
*****
Dokładnie, piekło zaczyna się teraz. I w opowiadaniu się trochę podkręci i u mnie, bo jeszce tydzień piekła przede mną przez egzaminy. :P
Obiecuję, że w lutym nadrobimy i rozdziały będą częsciej ^^