W tym drugim nie ma nic kluczowego. Streszczając krótko... Bohaterka wychodzi na korytarz, trafia na agenta FBI, Lee oraz innego, który karze jej wracać natychmiast do jej zabezpeiczonego pokoju. Lecz zabójcy dopadają ich przedwcześnie, w ferworze walki bohaterka otrzymuje cios w kark i tętnice, na skutek czego ginie. Z dialogu pod koniec rozdziału można się domyśleć, że odpowiedzialni są za to Hoodie&Masky:
,,-C-c-cholera! Slender będzie naprawdę w-wkurzony!"
.
A teraz... enjoy the show :3 Z góry przepraszam jeśli ktoś zniszczy sobie tym rozdziałem swoje własne wyobrażenie Jeffa :P
***
Decyduję się pozostać w
środku. Jeśli wyszłabym na zewnątrz, kto wie co mogłoby się stać? Może cały
korytarz jest przepełniony trującym gazem czy czymś takim? Nie, jestem
bezpieczna tu, w tym pokoju, tak długo jak drzwi pozostają zamknięte.
Prostuję się i staję twarzą do wejścia. Unoszę rękę, w
której wciąż ściskam broń i celuję nią prosto w drewniane wrota. Czuję jak moje
całe ciało drży w napięciu. Drugiej dłoni używam, by przytrzymać trzęsącą się
rękę trzymającą pistolet.
Wolno zwilżam językiem wargi i nadstawiam ucha, czujna by
wyłapać dodatkowy dźwięk syren i każdy odgłos sygnalizujący, że ktoś zbliża się
do drzwi. Czuję jak mój oddech robi się coraz bardziej przyspieszony, a serce
obija się niekontrolowanie w mojej klatce piersiowej. Mam nadzieję, że nie
połamie mi żeber.
Całą uwagę skupiam na drzwiach, ignoruję małe kropelki
potu pojawiające się na mojej skórze i spływające w dół twarzy.
Nagle, w tej chwili jestem pewna, że klamka wolno się
poruszyła. Zamieram w miejscu, skupiając się na małym, lśniącym uchwycie w
drzwiach. Moje źrenice zwężają się, a mój palec jest teraz tak blisko spustu
broni, że nawet najmniejszy ruch mógłby wypalić pocisk w wymierzonym kierunku.
Nie słyszę krzyków, nie słyszę żadnych huków i łomotów,
nie słyszę strzałów ani odgłosów szamotaniny. Wokół panuje cisza, nie słychać
nic oprócz tego przeklętego alarmu awaryjnego.
Klamka w drzwiach nagle znowu się porusza, przez co mrużę
oczy; mam nadzieję, że to tylko moja wyobraźnia się ze mną zabawia.
Jednakże po tym razie nie poruszyła się już więcej.
Przygryzam usta rozważając czy poczekać cierpliwie na
rozwój wydarzeń, czy kopnąć w drzwi, nie pierdolić się z tym i zacząć strzelać
wszędzie dookoła. Napięte mięśnie zaczynają dawać o sobie znać, stoję w tej
pozycji już zbyt długo. Przenoszę ciężar ciała z prawej nogi na lewą, by pozbyć
się odrętwienia.
- Zamierzasz dalej tak
stać i mnie kusić, bym wykonał pierwszy ruch, czy w końcu dotrze do ciebie, że
stoję tu już od paru minut?
Moje ciało momentalnie zamiera w miejscu, kiedy słyszę
zachrypnięty głos tuż za mną. Czuję jak serce wali mi w nienaturalnie szybkim
tempie, jestem zbyt zszokowana.
Nie mam odwagi, by się obrócić, nie chcę upewniać się do
kogo należy ten głos. Rad nierad MUSZĘ to zrobić. Głośno przełykam ślinę,
przypominając sobie, że muszę oddychać. Urywany
oddech wydobywa się z mojej krtani, kiedy wolno odwracam głowę za siebie
i zerkam przez ramię.
Stoi tam On. Mężczyzna z moich koszmarów, mój najgorszy
strach. Opiera się o ścianę i w przeciwieństwie do mnie wygląda na w pełni
wyluzowanego. Twardymi opuszkami palców przesuwa po ostrym ostrzu lśniącego
noża, a usta ma rozciągnięte w uśmiechu do granic możliwości.
Jeffrey Woods.
Wydaję z siebie cichy dźwięk zaskoczenia i obracam się
całym ciałem w jego stronę. Broń natychmiast kieruję na wciąż uśmiechającego
się zabójcę.
On jednak nie wygląda na ani trochę wytrąconego z
równowagi moją akcją, bo wciąż patrzy się
na mnie swoimi oczami bez powiek; przepełnione są czystą satysfakcją i
ubawieniem.
- Och głupiutka dziewczyno,
co chcesz zrobić? Postrzelić mnie swoją zabaweczką? – w jego głosie wyraźnie
odczuwam kpinę, jego oczy śledzą każdy mój ruch.
Czuję jak wściekłość wypełnia całe moje ciało, kiedy w
końcu mogę stanąć twarzą w twarz z mężczyzną, który przewrócił całe moje życie
do góry nogami; który porwał i prawdopodobnie zabił moje przyjaciółki i to w
jak najbardziej brutalny sposób; który zaatakował nas, śledził i męczył
psychicznie przez wiele dni.
Mocniej ściskam pistolet zimnymi i lekko wilgotnymi
dłońmi; nie spuszczam oczu z postaci chłopaka przede mną.
Nie chcę niczego więcej jak tylko przestrzelić tego
skurwiela przez sam środek jego głowy, lecz najpierw chcę… odpowiedzi. Nie
poprawka – nie ,,chcę” tylko MUSZĘ uzyskać odpowiedzi.
- Jak do cholery się tutaj
dostałeś? – syczę przez zęby i próbuję jednocześnie kontrolować swoje drżące ze
strachu kolana. Mam nadzieję, że on tego nie dostrzeże; nie chcę by zobaczył, że okazuję jakieś
oznaki słabości.
Mam wrażenie, że zabójca lekko się skrzywił na to co
powiedziałam; to znaczy na tyle ile pozwalała mu się skrzywić jego twarz z
wyrytym na niej uśmiechem.
- Uważaj na język,
Laleczko. Takie słowa nie pasują do
ciebie.
Posyłam mu lodowate spojrzenie, wściekła przez to, że
najpierw wpada znikąd wprost do mojego pokoju, a teraz śmie krytykować mój
dobór słów. Prawie warczę na niego. Nie przejawiając już żadnych oznak strachu,
mówię:
- Zadałam ci pytanie! Jak
tu kurwa wszedłeś?!
Zabójca jedynie przewraca oczami, a kilka lekkich,
urywanych, szaleńczych chichotów wydostaje się z jego rozciętych ust, zanim powraca wzrokiem do mojej osoby.
- Naprawdę mnie sobą
zainteresowałaś. Nigdy nie grałem w chowanego na TYM poziomie.
A to skurwiel! Nie odpowiedział na pytanie tylko zbacza z
tematu, unikając jasnej odpowiedzi. Zaciskam zęby ze złości i przełykam ślinę.
- Jeśli nie odpowiesz mi
teraz, strzelę! – krzyczę, a głos przepełniony mam złością i czystą furią.
Nie mam pojęcia czy te pociski go zabiją, ani czy
naprawdę jestem w stanie strzelić i zabić człowieka. Jednak jego nienawidzę
bardziej niż jakąkolwiek osobę…
Na moje słowa on jedynie zaczyna się śmiać, co wkrótce
przeradza się w głośny atak śmiechu. Jest tak intensywny, że chłopak aż chwyta
się za brzuch, a pomiędzy wybuchami śmiechu, łapie z trudem powietrze; widać to
co powiedziałam jest dla niego cholernie zabawne.
Patrzę na niego skonfundowana; nie wiem czy powinnam być
wściekła czy przerażona przez to, że on stoi i skręca się ze śmiechu przeze
mnie. Kiedy ostatnie cienie rozbawienia znikają , mężczyzna prostuje się,
próbując zapanować nad kołtuńskim uśmieszkiem na swojej twarzy.
- Jesteś naprawdę urocza.
A teraz chodźmy już do rezydencji, zanim ktoś nam tu przeszkodzi. Jestem już nieco
zmęczony graniem w tę grę.
Unoszę brwi, zmieszana. Nie wiem o co mu chodzi.
Tymczasem chłopak lekko odpycha się od ściany ze swojej
dotychczasowej pozycji i wtedy dociera do mnie najgorsza prawda o tym co
zamierza zrobić.
*krok*
On próbuje wziąć mnie ze sobą.
*krok*
Natychmiast się cofam, aż plecami uderzam w drzwi. Nie
myślałam, że są tak blisko mnie. Mężczyzna idzie wolnym krokiem, jego postać
emanuje grozą. Jakby delektował się strachem, który stopniowo coraz bardziej
wypełnia moje żyły. Szybko wymierzam w niego pistolet, a palec przesuwam bliżej
spustu.
*krok*
- Jesteś naprawdę
wspaniałym widokiem dla moich oczu, wiesz o tym?
Znowu krok; zbliża się coraz bardziej w moim kierunku.
Przez jego słowa jeszcze intensywniej uświadamiam sobie co mógłby ze mną
zrobić. Chce mnie porwać, dręczyć, torturować i prawdopodobnie zabije mnie po
wszystkim w najbardziej sugestywny sposób.
*krok*
Nie waham się ani przez moment. Adrenalina przepływa
przez moje ciało, kiedy naciskam spust. Nie mówię nic przed wystrzałem, słychać
jedynie głośne ,,Bang!”. Oczy mam zaciśnięte; wiem, że nie spudłowałam, ale
sama myśl, że do kogoś strzeliłam
powoduje, że mam ochotę się skulić w sobie.
‘…’
Cały pokój jest pogrążony w straszliwej ciszy. Ośmielam
się w końcu otworzyć oczy, mając nadzieję zobaczyć martwe ciało leżące u mych
stóp. Jednak kiedy patrzę przed siebie, nie jest to widok, który pragnęłam
ujrzeć.
Naprzeciwko mnie jest on, Jeffrey Woods, stojący tam w
pełnej krasie. Moje oczy skupiają się na czymś upiornym – w jego brzuchu jest
zrobiona przeze mnie rana postrzałowa, barwiąca czerwienią już i tak pokryty
krwią sweter.
Mężczyzna zatrzymuje się, a jego wzrok kieruje się w dół
i spoczywa dość obojętnie na jego ranie. Wygląda to tak jakby poddawał to
ocenie; jakby zastanawiał się czy moja akcja jest bardziej aktem odwagi czy
głupoty.
Jednakże nie przez to, że go posłuchałam, zaczynam drżeć
ze strachu. To przez fakt, że on nie okazał, że odczuł jakikolwiek ból. Jedynie
stał w miejscu, nie wydając z siebie żadnego dźwięku ani reakcji pokazującej że
czuje się źle, jest ranny, cierpiący…
Jego wzrok momentalnie mknie ku moim oczom. Spojrzenie ma
przepełnione furią, wściekłością i czystym złem, kiedy zaczyna iść do mnie już
większymi krokami. Bardzo mu się to nie spodobało.
- Ty cholerna gówniaro –
warczy przez zęby.
Głośno przełykam ślinę, przerażona tym co się zaraz
stanie. Szybko unoszę broń, tym razem celując w jego głowę i wypuszczam parę
pocisków po kolei. Głośne strzały powodują ból głowy, świat prawie wiruje mi
przed oczami. Wiem, że kilka razy nie trafiłam, ale wciąż strzelam, modląc się,
by to wystarczyło do zatrzymania go.
Przez cały czas nie słyszałam nic poza wystrzałami.
Żadnych jęków bólu, warknięć pełnych złości czy krzyków. Ani nawet kroków…
Nagle parę kliknięć rozlega się zamiast huku strzałów,
kiedy naciskam spust raz za razem. Nie ma już pocisków w magazynku, jest pusty,
musiałabym go ponownie naładować żeby działał.
Wzrokiem mknę w kierunku zabójcy, a ostatnie pokłady
wiary utrzymują mnie jeszcze w nadziei, że może jednak będzie leżał na ziemi, a
krew będzie spływała na posadzkę z tych paru ran, które mu zadałam.
Jednak kiedy powietrze robi się bardziej przejrzyste po
dymie z prochu strzelniczego, a ja mogę dokładnie dostrzec co dzieje się
dookoła, widzę, że przynajmniej w jednej rzeczy się nie myliłam. Dokładniej: ma
on trochę ran na ciele z których wypływa krew, lecz mimo to… wciąż idzie w moim
kierunku. Automatycznie szerzej otwieram powieki, nie wierząc w to co się dzieje.
On wciąż idzie ku mnie, a ogień i furia w jego oczach są
dwa razy większe niż przedtem. Wręcz czuję jakby grunt usuwał mi się spod nóg z
każdym krokiem który on stawia; czuję się tak jakby przez niego ziemia miała
się rozstąpić, a ja miałabym spaść w wypełnioną lawą przepaść.
Nie mogę pojąć, że on wciąż jest w stanie utrzymać się na
nogach i normalnie oddycha, po tym jak parę razy celnie w niego strzeliłam.
Żaden człowiek by tego nie przeżył.
Ale on nie jest człowiekiem.
Nie waham się ani sekundy; wiem, że muszę wydostać się
stąd jak najszybciej. Szczególnie gdy broń nie jest skuteczna w styczności z
tym gościem. Mogę jedynie uciec, schować się i modlić o to by mnie nie znalazł.
Tak jak za pierwszym razem.
Mam przeczucie że tym razem będzie o wiele trudniej niż
ostatnio.
Odwracam się na pięcie i otwieram na oścież drzwi, prawie
wyrywając je z zawiasów. Upuszczam broń i nie oglądając się za siebie wyskakuję
na korytarz jak z procy. Moim oczom ukazuje się widok pourywanych ludzkich
części ciała porozrzucanych na zabarwionej czerwienią posadzce.
Biegnę prosto przez korytarz ku szeroko otwartym wielkim
czarnym drzwiom na końcu. Biegnę tak szybko jak tylko mogę, nie myśląc o tym,
że w każdej chwili mogę się poślizgnąć i upaść; czerwony płyn sprawił, że
podłoga jest jeszcze bardziej śliska niż zwykle.
Nie ma wokół mnie żadnej żywej duszy. W korytarzu jestem
tylko ja, morderca oraz te obszarpane i
okaleczone ludzkie części. Słyszę odgłos zbliżających się kroków wyróżniających
się na tle wyjącego alarmu, śledzących każdy mój ruch. Wiem, że muszę działać
szybko.
Gwałtownie skręcam i biegnę kolejnym korytarzem, gdzie
ludzkie ciała są porozkładane na podłodze jak w masowym grobie. Uważam by nie
nastąpić na czyjeś ciało, co jest trudne bo nie ma wokół na posadzce wolnej,
czystej przestrzeni. Potykam się o coś; czuję coś miękkiego, śliskiego i
gładkiego kolidującego z moją stopą.
Chwieję się na nogach, desperacko próbując utrzymać się w
pionie, lecz wkrótce upadam na mokrą podłogę z głośnym plaśnięciem. Próbuję
podeprzeć się na dłoniach, lecz kiedy tylko moje ręce dotykają podłoża, niemożliwe jest to bym dała radę się podnieść.
Przeszywający ból przepływa przez moje ramiona i całe ciało. Mimo to natychmiast próbuję znowu się podnieść. Lecz kiedy zbieram
się do wstania, przenoszę ciężar ciała na jedną dłoń, która momentalnie
protestuje co objawia się silnym bólem.
Ignoruję to, chęć przeżycia jest silniejsza niż ból.
Kiedy w końcu udaje mi się stanąć na nogi, próbuję biec szybciej i nie zwracać
uwagi na obrzydliwie mdlące odgłosy ludzkich organów po których stąpam. Nie
zachodzę zbyt daleko, czuję jak para silnych ramion zaciska się wokół mojej
talii.
Natychmiast chcę się wyślizgnąć z uścisku, a wtedy
zostaję uniesiona w górę i gwałtownie pchnięta na ścianę. Wydaję z siebie
głośny jęk bólu. Zaciskam powieki, gdy moja głowa uderza w twardą powierzchnię.
Para silnych rąk o twardej, szorstkiej skórze zaciska się na moim ciele, jedna
jego dłoń jest umiejscowiona na mojej głowie, a druga na ramieniu.
Moja głowa i reszta ciała zostaje uderzona o ścianę,
jeszcze raz i jeszcze raz, znów i znów, z taką siłą że całe powietrze ulatuje z
moich płuc.
- Nie. Odważysz. Się.
Kurwa. Zrobić. Tego. Ponownie. NIGDY WIĘCEJ!
Po wszystkim puszcza mnie, a ja osuwam się po ścianie jak
bezwładna laleczka. Mam wrażenie, że mój mózg zamienił się w papkę. Moja
podświadomość jest zamglona, tak samo jak wzrok. Czuję jak wojskowy but dociska
mój nadgarstek do ziemi, powodując falę bólu rozprzestrzeniającą się na całe
moje ciało.
- Chcesz żebym dalej
wytrząsał z ciebie całe te gówniane przyzwyczajenia czy w końcu nauczysz się,
że masz mnie słuchać?
Jestem jedynie w stanie tylko cicho szlochać z bólu,
podczas gdy nacisk jego nogi na bolące miejsce w moim nadgarstku zwiększa się.
- A więc?! – warczy
patrząc niecierpliwie na moje ciało skulone w godnej pożałowania pozycji. Wiem jaką odpowiedź chce usłyszeć, ale nie
mogę mu tego powiedzieć, jeszcze mnie nie złamał.
- Idź do diabła ty
potworna kreaturo! - wyrzucam z siebie,
wciąż płacząc z bólu.
Jego stopa gwałtownie koliduje z moim brzuchem, a kontakt
jest tak silny, że przewracam się na bok. Kolejne wściekłe kopnięcie ląduje na
plecach; zaczyna okładać mnie kopniakami z siłą której mógłby pozazdrościć mu
nawet Popeye*.
Gdy w końcu przestaje, jestem cała pokryta krwią. Nie
moją własną, mam nadzieję, tylko krwią z ciał którym usłana jest podłoga.
Gardło mam pełne śliny; no, mam nadzieję, że to tylko ślina.
Zabójca chwyta garść moich włosów tuż przy skórze,
zmuszając mnie bym uniosła głowę, a jego oddech omiata moją skórę, gdy mówi:
- Wiesz co, Katy? To
poniekąd wygląda znajomo… Ah, już pamiętam. Jedna z twoich przyjaciółek leżała
w tej samej pozycji w której ty jesteś teraz. Jedyną różnicą jest to że twoje wnętrzności
wciąż są na miejscu, wewnątrz twojego ciała.
Kilka jego maniakalnych chichotów towarzyszy ostatniemu
zdaniu.
Pomijając ból promieniujący z każdego skrawka mojego
ciała, czuję jak złość się we mnie gotuje. Jakby samo myślenie o jednej z moich
przyjaciółek będącej martwą przez niego, napełniło mnie siłą. Momentalnie znów
zaczynam się szarpać, próbując wyrwać się z jego uścisku, kopiąc we wszystko co jest
w moim zasięgu, nawet jeśli to skutkuje jedynie marnotrawstwem energii.
- Pieprze cię! – prawie krzyczę; nienawidzę
faktu że jestem taka kompletnie bezradna.
- Aż taka chętna?
Zaczynam się wyrywać i szarpać jeszcze mocniej, ale to
niczym nie skutkuje. Nigdy nie wydostałabym się z jego uścisku. Nie teraz, nie
kiedyś, nigdy. Mogę jedynie wbijać wzrok w martwy korpus ciała leżący na przeciwko mnie, który jeszcze
niedawno był żywym, oddychającym człowiekiem jak ja.
- Myślę, że już czas byś
,,poszła spać”.
Łzy zbierają się w moich oczach, podczas gdy wzrok wciąż
mam wbity w martwe ciało jakiegoś człowieka przede mną. Szepczę delikatnie:
- Przepraszam.
Naprawdę czuję się winna i zobowiązana by przeprosić tych
wszystkich ludzi, którzy umarli, chroniąc mnie. Czuję jak morderca zaciska dłoń
na moich włosach jeszcze mocniej, zanim uderza mną w zimną, mokrą podłogę.
Natychmiast mdleję.
A więc, stało się faktem. 6 przyjaciółek wynajmujących
razem do niedawna dom, przepadło.
Właśnie zostałam porwana.
---------------------------------------------
*Popeye albo jakikolwiek zawodnik
MMA :D Autorka przedobrzyła i tak, takie
kopniaki by zabiły bohaterke :P

