niedziela, 24 kwietnia 2016

Chapter 13 ,,Stay"

Nie wyrobiłam się z tłumaczeniem, wiem, jestem okropna XD Mam teraz egzaminy (matura rozszerzona z polaka oraz karate), więc jakbym tłumaczyła drugi alternatywny rozdział to byście się obu doczekali pewnie na koniec maja. Wolę wiec dać teraz ten jeden z poprawnym wyborem i pójść z opowiadaniem dalej, a alternatywny przetłumaczę w wolnej chwili.
W tym drugim nie ma nic kluczowego. Streszczając krótko... Bohaterka wychodzi na korytarz, trafia na agenta FBI, Lee oraz innego, który karze jej wracać natychmiast do jej zabezpeiczonego pokoju. Lecz zabójcy dopadają ich przedwcześnie, w ferworze walki bohaterka otrzymuje cios w kark i tętnice, na skutek czego ginie. Z dialogu pod koniec rozdziału można się domyśleć, że odpowiedzialni są za to Hoodie&Masky:
,,-C-c-cholera! Slender będzie naprawdę w-wkurzony!"
.
A teraz... enjoy the show :3 Z góry przepraszam jeśli ktoś zniszczy sobie tym rozdziałem swoje własne wyobrażenie Jeffa :P

***

            Decyduję się pozostać w środku. Jeśli wyszłabym na zewnątrz, kto wie co mogłoby się stać? Może cały korytarz jest przepełniony trującym gazem czy czymś takim? Nie, jestem bezpieczna tu, w tym pokoju, tak długo jak drzwi pozostają zamknięte. 
            Prostuję się i staję twarzą do wejścia. Unoszę rękę, w której wciąż ściskam broń i celuję nią prosto w drewniane wrota. Czuję jak moje całe ciało drży w napięciu. Drugiej dłoni używam, by przytrzymać trzęsącą się rękę trzymającą pistolet.
            Wolno zwilżam językiem wargi i nadstawiam ucha, czujna by wyłapać dodatkowy dźwięk syren i każdy odgłos sygnalizujący, że ktoś zbliża się do drzwi. Czuję jak mój oddech robi się coraz bardziej przyspieszony, a serce obija się niekontrolowanie w mojej klatce piersiowej. Mam nadzieję, że nie połamie mi żeber.
            Całą uwagę skupiam na drzwiach, ignoruję małe kropelki potu pojawiające się na mojej skórze i spływające w dół twarzy.
            Nagle, w tej chwili jestem pewna, że klamka wolno się poruszyła. Zamieram w miejscu, skupiając się na małym, lśniącym uchwycie w drzwiach. Moje źrenice zwężają się, a mój palec jest teraz tak blisko spustu broni, że nawet najmniejszy ruch mógłby wypalić pocisk w wymierzonym kierunku.
            Nie słyszę krzyków, nie słyszę żadnych huków i łomotów, nie słyszę strzałów ani odgłosów szamotaniny. Wokół panuje cisza, nie słychać nic oprócz tego przeklętego alarmu awaryjnego.
            Klamka w drzwiach nagle znowu się porusza, przez co mrużę oczy; mam nadzieję, że to tylko moja wyobraźnia się ze mną zabawia.
            Jednakże po tym razie nie poruszyła się już więcej.
            Przygryzam usta rozważając czy poczekać cierpliwie na rozwój wydarzeń, czy kopnąć w drzwi, nie pierdolić się z tym i zacząć strzelać wszędzie dookoła. Napięte mięśnie zaczynają dawać o sobie znać, stoję w tej pozycji już zbyt długo. Przenoszę ciężar ciała z prawej nogi na lewą, by pozbyć się odrętwienia.
- Zamierzasz dalej tak stać i mnie kusić, bym wykonał pierwszy ruch, czy w końcu dotrze do ciebie, że stoję tu już od paru minut?
            Moje ciało momentalnie zamiera w miejscu, kiedy słyszę zachrypnięty głos tuż za mną. Czuję jak serce wali mi w nienaturalnie szybkim tempie, jestem zbyt zszokowana.
            Nie mam odwagi, by się obrócić, nie chcę upewniać się do kogo należy ten głos. Rad nierad MUSZĘ to zrobić. Głośno przełykam ślinę, przypominając sobie, że muszę oddychać. Urywany  oddech wydobywa się z mojej krtani, kiedy wolno odwracam głowę za siebie i zerkam przez ramię.
            Stoi tam On. Mężczyzna z moich koszmarów, mój najgorszy strach. Opiera się o ścianę i w przeciwieństwie do mnie wygląda na w pełni wyluzowanego. Twardymi opuszkami palców przesuwa po ostrym ostrzu lśniącego noża, a usta ma rozciągnięte w uśmiechu do granic możliwości.
            Jeffrey Woods.
            Wydaję z siebie cichy dźwięk zaskoczenia i obracam się całym ciałem w jego stronę. Broń natychmiast kieruję na wciąż uśmiechającego się zabójcę.
            On jednak nie wygląda na ani trochę wytrąconego z równowagi moją akcją, bo wciąż patrzy się  na mnie swoimi oczami bez powiek; przepełnione są czystą satysfakcją i ubawieniem.  
- Och głupiutka dziewczyno, co chcesz zrobić? Postrzelić mnie swoją zabaweczką? – w jego głosie wyraźnie odczuwam kpinę, jego oczy śledzą każdy mój ruch.
            Czuję jak wściekłość wypełnia całe moje ciało, kiedy w końcu mogę stanąć twarzą w twarz z mężczyzną, który przewrócił całe moje życie do góry nogami; który porwał i prawdopodobnie zabił moje przyjaciółki i to w jak najbardziej brutalny sposób; który zaatakował nas, śledził i męczył psychicznie przez wiele dni.
            Mocniej ściskam pistolet zimnymi i lekko wilgotnymi dłońmi; nie spuszczam oczu z postaci chłopaka przede mną.
            Nie chcę niczego więcej jak tylko przestrzelić tego skurwiela przez sam środek jego głowy, lecz najpierw chcę… odpowiedzi. Nie poprawka – nie ,,chcę” tylko MUSZĘ uzyskać odpowiedzi.
- Jak do cholery się tutaj dostałeś? – syczę przez zęby i próbuję jednocześnie kontrolować swoje drżące ze strachu kolana. Mam nadzieję, że on tego nie dostrzeże;  nie chcę by zobaczył, że okazuję jakieś oznaki słabości.
            Mam wrażenie, że zabójca lekko się skrzywił na to co powiedziałam; to znaczy na tyle ile pozwalała mu się skrzywić jego twarz z wyrytym na niej uśmiechem.
- Uważaj na język, Laleczko. Takie słowa  nie pasują do ciebie.
            Posyłam mu lodowate spojrzenie, wściekła przez to, że najpierw wpada znikąd wprost do mojego pokoju, a teraz śmie krytykować mój dobór słów. Prawie warczę na niego. Nie przejawiając już żadnych oznak strachu, mówię:
- Zadałam ci pytanie! Jak tu kurwa wszedłeś?!
            Zabójca jedynie przewraca oczami, a kilka lekkich, urywanych, szaleńczych chichotów wydostaje się z jego rozciętych  ust, zanim powraca wzrokiem do mojej osoby.
- Naprawdę mnie sobą zainteresowałaś. Nigdy nie grałem w chowanego na TYM poziomie.
            A to skurwiel! Nie odpowiedział na pytanie tylko zbacza z tematu, unikając jasnej odpowiedzi. Zaciskam zęby ze złości i przełykam ślinę.
- Jeśli nie odpowiesz mi teraz, strzelę! – krzyczę, a głos przepełniony mam złością i czystą furią.
            Nie mam pojęcia czy te pociski go zabiją, ani czy naprawdę jestem w stanie strzelić i zabić człowieka. Jednak jego nienawidzę bardziej niż jakąkolwiek osobę…
            Na moje słowa on jedynie zaczyna się śmiać, co wkrótce przeradza się w głośny atak śmiechu. Jest tak intensywny, że chłopak aż chwyta się za brzuch, a pomiędzy wybuchami śmiechu, łapie z trudem powietrze; widać to co powiedziałam jest dla niego cholernie zabawne.
            Patrzę na niego skonfundowana; nie wiem czy powinnam być wściekła czy przerażona przez to, że on stoi i skręca się ze śmiechu przeze mnie. Kiedy ostatnie cienie rozbawienia znikają , mężczyzna prostuje się, próbując zapanować nad kołtuńskim uśmieszkiem na swojej twarzy.
- Jesteś naprawdę urocza. A teraz chodźmy już do rezydencji, zanim ktoś nam tu przeszkodzi. Jestem już nieco zmęczony graniem w tę grę.
            Unoszę brwi, zmieszana. Nie wiem o co mu chodzi.
            Tymczasem chłopak lekko odpycha się od ściany ze swojej dotychczasowej pozycji i wtedy dociera do mnie najgorsza prawda o tym co zamierza zrobić.
            *krok*
            On próbuje wziąć mnie ze sobą.
            *krok*
            Natychmiast się cofam, aż plecami uderzam w drzwi. Nie myślałam, że są tak blisko mnie. Mężczyzna idzie wolnym krokiem, jego postać emanuje grozą. Jakby delektował się strachem, który stopniowo coraz bardziej wypełnia moje żyły. Szybko wymierzam w niego pistolet, a palec przesuwam bliżej spustu.
            *krok*
- Jesteś naprawdę wspaniałym widokiem dla moich oczu, wiesz o tym?
            Znowu krok; zbliża się coraz bardziej w moim kierunku. Przez jego słowa jeszcze intensywniej uświadamiam sobie co mógłby ze mną zrobić. Chce mnie porwać, dręczyć, torturować i prawdopodobnie zabije mnie po wszystkim w najbardziej sugestywny sposób.
            *krok*
            Nie waham się ani przez moment. Adrenalina przepływa przez moje ciało, kiedy naciskam spust. Nie mówię nic przed wystrzałem, słychać jedynie głośne ,,Bang!”. Oczy mam zaciśnięte; wiem, że nie spudłowałam, ale sama  myśl, że do kogoś strzeliłam powoduje, że mam ochotę się skulić w sobie.
            ‘…’
            Cały pokój jest pogrążony w straszliwej ciszy. Ośmielam się w końcu otworzyć oczy, mając nadzieję zobaczyć martwe ciało leżące u mych stóp. Jednak kiedy patrzę przed siebie, nie jest to widok, który pragnęłam ujrzeć.
            Naprzeciwko mnie jest on, Jeffrey Woods, stojący tam w pełnej krasie. Moje oczy skupiają się na czymś upiornym – w jego brzuchu jest zrobiona przeze mnie rana postrzałowa, barwiąca czerwienią już i tak pokryty krwią sweter.
            Mężczyzna zatrzymuje się, a jego wzrok kieruje się w dół i spoczywa dość obojętnie na jego ranie. Wygląda to tak jakby poddawał to ocenie; jakby zastanawiał się czy moja akcja jest bardziej aktem odwagi czy głupoty.
            Jednakże nie przez to, że go posłuchałam, zaczynam drżeć ze strachu. To przez fakt, że on nie okazał, że odczuł jakikolwiek ból. Jedynie stał w miejscu, nie wydając z siebie żadnego dźwięku ani reakcji pokazującej że czuje się źle, jest ranny, cierpiący…
            Jego wzrok momentalnie mknie ku moim oczom. Spojrzenie ma przepełnione furią, wściekłością i czystym złem, kiedy zaczyna iść do mnie już większymi krokami. Bardzo mu się to nie spodobało.
- Ty cholerna gówniaro – warczy przez zęby.
            Głośno przełykam ślinę, przerażona tym co się zaraz stanie. Szybko unoszę broń, tym razem celując w jego głowę i wypuszczam parę pocisków po kolei. Głośne strzały powodują ból głowy, świat prawie wiruje mi przed oczami. Wiem, że kilka razy nie trafiłam, ale wciąż strzelam, modląc się, by to wystarczyło do zatrzymania go.
            Przez cały czas nie słyszałam nic poza wystrzałami. Żadnych jęków bólu, warknięć pełnych złości czy krzyków. Ani nawet kroków…
            Nagle parę kliknięć rozlega się zamiast huku strzałów, kiedy naciskam spust raz za razem. Nie ma już pocisków w magazynku, jest pusty, musiałabym go ponownie naładować żeby działał.
            Wzrokiem mknę w kierunku zabójcy, a ostatnie pokłady wiary utrzymują mnie jeszcze w nadziei, że może jednak będzie leżał na ziemi, a krew będzie spływała na posadzkę z tych paru ran, które mu zadałam.
            Jednak kiedy powietrze robi się bardziej przejrzyste po dymie z prochu strzelniczego, a ja mogę dokładnie dostrzec co dzieje się dookoła, widzę, że przynajmniej w jednej rzeczy się nie myliłam. Dokładniej: ma on trochę ran na ciele z których wypływa krew, lecz mimo to… wciąż idzie w moim kierunku. Automatycznie szerzej otwieram powieki, nie wierząc w to co się dzieje.
            On wciąż idzie ku mnie, a ogień i furia w jego oczach są dwa razy większe niż przedtem. Wręcz czuję jakby grunt usuwał mi się spod nóg z każdym krokiem który on stawia; czuję się tak jakby przez niego ziemia miała się rozstąpić, a ja miałabym spaść w wypełnioną lawą przepaść.
            Nie mogę pojąć, że on wciąż jest w stanie utrzymać się na nogach i normalnie oddycha, po tym jak parę razy celnie w niego strzeliłam. Żaden człowiek by tego nie przeżył.
            Ale on nie jest człowiekiem.
            Nie waham się ani sekundy; wiem, że muszę wydostać się stąd jak najszybciej. Szczególnie gdy broń nie jest skuteczna w styczności z tym gościem. Mogę jedynie uciec, schować się i modlić o to by mnie nie znalazł. Tak jak za pierwszym razem.
            Mam przeczucie że tym razem będzie o wiele trudniej niż ostatnio.
            Odwracam się na pięcie i otwieram na oścież drzwi, prawie wyrywając je z zawiasów. Upuszczam broń i nie oglądając się za siebie wyskakuję na korytarz jak z procy. Moim oczom ukazuje się widok pourywanych ludzkich części ciała porozrzucanych na zabarwionej czerwienią posadzce.
            Biegnę prosto przez korytarz ku szeroko otwartym wielkim czarnym drzwiom na końcu. Biegnę tak szybko jak tylko mogę, nie myśląc o tym, że w każdej chwili mogę się poślizgnąć i upaść; czerwony płyn sprawił, że podłoga jest jeszcze bardziej śliska niż zwykle.
            Nie ma wokół mnie żadnej żywej duszy. W korytarzu jestem tylko ja, morderca  oraz te obszarpane i okaleczone ludzkie części. Słyszę odgłos zbliżających się kroków wyróżniających się na tle wyjącego alarmu, śledzących każdy mój ruch. Wiem, że muszę działać szybko.
            Gwałtownie skręcam i biegnę kolejnym korytarzem, gdzie ludzkie ciała są porozkładane na podłodze jak w masowym grobie. Uważam by nie nastąpić na czyjeś ciało, co jest trudne bo nie ma wokół na posadzce wolnej, czystej przestrzeni. Potykam się o coś; czuję coś miękkiego, śliskiego i gładkiego kolidującego z moją stopą.
            Chwieję się na nogach, desperacko próbując utrzymać się w pionie, lecz wkrótce upadam na mokrą podłogę z głośnym plaśnięciem. Próbuję podeprzeć się na dłoniach, lecz kiedy tylko moje ręce dotykają podłoża, niemożliwe jest to bym dała radę się podnieść.
            Przeszywający ból przepływa przez moje ramiona i całe ciało. Mimo to natychmiast próbuję znowu się podnieść. Lecz kiedy zbieram się do wstania, przenoszę ciężar ciała na jedną dłoń, która momentalnie protestuje co objawia się silnym bólem.
            Ignoruję to, chęć przeżycia jest silniejsza niż ból. Kiedy w końcu udaje mi się stanąć na nogi, próbuję biec szybciej i nie zwracać uwagi na obrzydliwie mdlące odgłosy ludzkich organów po których stąpam. Nie zachodzę zbyt daleko, czuję jak para silnych ramion zaciska się wokół mojej talii.   
            Natychmiast chcę się wyślizgnąć z uścisku, a wtedy zostaję uniesiona w górę i gwałtownie pchnięta na ścianę. Wydaję z siebie głośny jęk bólu. Zaciskam powieki, gdy moja głowa uderza w twardą powierzchnię. Para silnych rąk o twardej, szorstkiej skórze zaciska się na moim ciele, jedna jego dłoń jest umiejscowiona na mojej głowie, a druga na ramieniu.
            Moja głowa i reszta ciała zostaje uderzona o ścianę, jeszcze raz i jeszcze raz, znów i znów, z taką siłą że całe powietrze ulatuje z moich płuc.
- Nie. Odważysz. Się. Kurwa. Zrobić. Tego. Ponownie. NIGDY WIĘCEJ!
            Po wszystkim puszcza mnie, a ja osuwam się po ścianie jak bezwładna laleczka. Mam wrażenie, że mój mózg zamienił się w papkę. Moja podświadomość jest zamglona, tak samo jak wzrok. Czuję jak wojskowy but dociska mój nadgarstek do ziemi, powodując falę bólu rozprzestrzeniającą się na całe moje ciało.
- Chcesz żebym dalej wytrząsał z ciebie całe te gówniane przyzwyczajenia czy w końcu nauczysz się, że masz mnie słuchać?
            Jestem jedynie w stanie tylko cicho szlochać z bólu, podczas gdy nacisk jego nogi na bolące miejsce w moim nadgarstku zwiększa się.
- A więc?! – warczy patrząc niecierpliwie na moje ciało skulone w godnej pożałowania pozycji.  Wiem jaką odpowiedź chce usłyszeć, ale nie mogę mu tego powiedzieć, jeszcze mnie nie złamał.
- Idź do diabła ty potworna kreaturo!  - wyrzucam z siebie, wciąż płacząc z bólu.
            Jego stopa gwałtownie koliduje z moim brzuchem, a kontakt jest tak silny, że przewracam się na bok. Kolejne wściekłe kopnięcie ląduje na plecach; zaczyna okładać mnie kopniakami z siłą której mógłby pozazdrościć mu nawet Popeye*.
            Gdy w końcu przestaje, jestem cała pokryta krwią. Nie moją własną, mam nadzieję, tylko krwią z ciał którym usłana jest podłoga. Gardło mam pełne śliny; no, mam nadzieję, że to tylko ślina.
            Zabójca chwyta garść moich włosów tuż przy skórze, zmuszając mnie bym uniosła głowę, a jego oddech omiata moją skórę, gdy mówi:
- Wiesz co, Katy? To poniekąd wygląda znajomo… Ah, już pamiętam. Jedna z twoich przyjaciółek leżała w tej samej pozycji w której ty jesteś teraz. Jedyną różnicą jest to że twoje wnętrzności wciąż są na miejscu, wewnątrz twojego ciała.
            Kilka jego maniakalnych chichotów towarzyszy ostatniemu zdaniu.
            Pomijając ból promieniujący z każdego skrawka mojego ciała, czuję jak złość się we mnie gotuje. Jakby samo myślenie o jednej z moich przyjaciółek będącej martwą przez niego, napełniło mnie siłą. Momentalnie znów zaczynam się szarpać, próbując wyrwać się z jego uścisku, kopiąc we wszystko co jest w moim zasięgu, nawet jeśli to skutkuje jedynie marnotrawstwem energii.
 - Pieprze cię! – prawie krzyczę; nienawidzę faktu że jestem taka kompletnie bezradna.  
- Aż taka chętna?
            Zaczynam się wyrywać i szarpać jeszcze mocniej, ale to niczym nie skutkuje. Nigdy nie wydostałabym się z jego uścisku. Nie teraz, nie kiedyś, nigdy. Mogę jedynie wbijać wzrok w martwy korpus ciała leżący na przeciwko mnie, który jeszcze niedawno był żywym, oddychającym człowiekiem jak ja.
- Myślę, że już czas byś ,,poszła spać”.
            Łzy zbierają się w moich oczach, podczas gdy wzrok wciąż mam wbity w martwe ciało jakiegoś człowieka przede mną. Szepczę delikatnie:
- Przepraszam.
            Naprawdę czuję się winna i zobowiązana by przeprosić tych wszystkich ludzi, którzy umarli, chroniąc mnie. Czuję jak morderca zaciska dłoń na moich włosach jeszcze mocniej, zanim uderza mną w zimną, mokrą podłogę. Natychmiast mdleję.
            A więc, stało się faktem. 6 przyjaciółek wynajmujących razem do niedawna dom, przepadło.
            Właśnie zostałam porwana.

 ---------------------------------------------


*Popeye albo jakikolwiek zawodnik MMA :D Autorka przedobrzyła i tak, takie  kopniaki by zabiły bohaterke :P 

wtorek, 12 kwietnia 2016

~×~ Uwaga ~×~

Piszę tylko, że żyję i przepraszam za tak długie oczekiwanie na dalszą część. Przerwałam akurat w kluczowym momencie, ponadto w następnym rozdziale miał się pojawić tytułowy głowny bohater Jeff.. należy mi się solidny opierdziel za takie zwlekanie z tłumaczeniem.

Anyway... Zabieram się za to znów i postaram się wrzucić w miarę szybko (najpóźniej w następnym tygodniu). Mam dopiero przetłumaczone 3/4 jednego z dwóch rozdziałów także ten...

Spojlerując: będzie duuuużo krwi. :3