niedziela, 27 grudnia 2015

Chapter 3: HIDE (opcja nr 2)

UWAGA!
Przy zakończeniu rozdziału 2 mogłaś wybrać opcję - schować się czy uciekać. Jesli nie wybrałaś, wróć do rodziału 2 i zdecyduj która opcja bardziej Ci odpowiada. 

Rozdział 2 -----------> http://carpenoctem-jeffthekiller.blogspot.com/2015/12/chapter-2-intruder.html

Jest to jedna z wersji alternatywnych, drugą opcją było ,,ESCAPE" - ucieczka. http://carpenoctem-jeffthekiller.blogspot.com/2015/12/chapter-3-escape-opcja-nr-1.html

UWAGA!!!
Rodział zawiera wulgarny język, bądźcie przygotowani! 
------------------------------------------------------------------------------------
Szybko podnoszę telefon i włączam go, szukając jednocześnie jakiegoś miejsca do schowania się. Łóżko! Farah jako jedyna ma łóżko stojące przy ścianie. Prześcieradła zakrywają znajdujące się pod nim szuflady, nie da się więc tam schować… Jednak jest tam niewielka przestrzeń pomiędzy szufladami, a ścianą. Jeśli odsunęłabym nieco łóżko, wślizgnęłabym się w tamto miejsce i z powrotem podsunęła mebel do ściany, nie było by żadnej szansy na to, że mnie znajdą!
            Szybko odsuwam łóżko i wciskam się w nowopowstałą dziurę. Modlę się, żebym nie zostawiła przypadkiem żadnej kropli krwi na podłodze czy ścianie. Przesuwam mebel z powrotem na miejsce dopóki krańcem nie uderza w ścianę.
            Próbuję kontrolować swój ciężki oddech. Kilka chwil później słyszę:
- Czas się skończył, moje drogie. Teraz gra się zaczyna.
            Mam widok na pokój tylko przez niewielką szparę w drewnie. Szybko wybieram numer 911. Czekam aż ktoś odbierze, mając nadzieję, że nie zostanę usłyszana.
            Próbuję wyczuć czy ktoś wchodzi po schodach, zerkając przez szparę w drewnie by jak najszybciej wyłapać coś podejrzanego.
- 911, w czym mogę pomóc?
            Prawie płaczę ze szczęścia i chcę przytulić kobietę po drugiej stronie linii.
- Proszę, potrzebuję pomocy. Dwóch zabójców jest w moim domu. Moje imię to Katherine Starling, mieszkam przy 154th Avenue w Seattle. – szepczę do telefonu, mój głos jest ledwo słyszalny.
            Wzrok mam wciąż skupiony na drzwiach, a moje uszy rejestrują każdy podejrzany dźwięk.
- W porządku, oddział policji już jedzie. W jakiej części domu jesteś aktualnie?
            Chcę powiedzieć tej babce żeby się już zamknęła, niech tylko każe policji przyjechać tu jak najszybciej.
- Chowam się przed nimi, jestem.. – nagle przerywa mi czyjś krzyk.
            Krzyk którejś z moich przyjaciółek.
- Znaleźliśmy cię…!
            Moje oczy szerzej się otwierają, gdy dociera do mnie co się właśnie stało. Ktoś został znaleziony. Krzyk jest okropny, przeszywa moją duszę, nie tylko uszy. Rozpaczliwy krzyk kogoś komu śmierć właśnie zagląda w oczy. Ostatni dźwięk jaki siebie wydaje.
            Czuje jak krew odpływa z mojej twarzy, a ja sama zastygam w miejscu. Moje usta stają się wyschnięte; wstrzymuje oddech by usłyszeć wszystko co dzieje się na dole, lecz ten krzyk całkiem mi to uniemożliwia.  Strach ogarnia moje ciało, a rozpacz mrozi krew w żyłach. Modlę się żeby mnie nie znaleźli...
            Zaczynam drżeć, a silne drgawki targają całym moim ciałem, gdy szepczę mimowolnie:
- O mój Boże…
            Próbuję powstrzymać łzy, lecz wizja, że właśnie mordują jedną z moich przyjaciółek, obezwładnia mnie. Nawet sama myśl o strachu jakiego ona właśnie doświadcza,  jest dla mnie okropna.
            Strach który czujesz, gdy cię schwytają.
            Kiedy zostają przy tobie wypowiedziane te dwa głupie słowa.
            ,,Znaleźliśmy Cię”.
- Katherine wysłuchaj mnie, nie wychodź z tego miejsca gdziekolwiek się schowałaś, cokolwiek by się nie działo. Nie próbuj ponownie się ze mną połączyć. Musisz robić dokładnie to co mówię. Rozumiesz?
            Akceptuję wszystko co mówi kiwnięciem głowy, pomimo tego, że kobieta nie może mnie zobaczyć. Jestem teraz jednak zbyt przerażona by się odezwać. Mamroczę jednak jedynie krótkie ,,tak”, co wystarcza by uciszyć babkę po drugiej stronie linii.
            Krzyk się urywa, a dom na powrót staje się martwy i pogrążony w ciszy. Zaciskam dłoń na swoich ustach, by powstrzymać się przed zbyt głośnym oddychaniem.
            Nagle słyszę kroki. Spoglądam przez szparę w drewnie i widzę jak osoba w czarnych wojskowych butach wolno wchodzi do pokoju. Zatrzymuje się mniej więcej na środku pokoju. Modlę się by kobieta z telefonu nagle się nie odezwała. Widzę jak mężczyzna podchodzi w jakieś miejsce. Nie mogę zobaczyć dokładnie gdzie, ale zgaduję, że jest to szafa, bo słyszę skrzypnięcie drewnianych drzwi. Zabójca otwiera je, najwyraźniej oczekując, że kogoś tam nakryje. Słyszę jednak jak mruczy z niezadowolenia, że nie znalazł kolejnej dziewczyny którą mógłby przyprawić o zawał serca. Zaczyna więc oględziny całego pokoju.
            Jestem pewna, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi – bije tak szybko i gwałtownie. Mój oddech jest nierówny, stłumiony przez moją dłoń przytkniętą do ust.
            Widzę jak mężczyzna idzie z powrotem w kierunku drzwi, aż nagle się zatrzymuje. Zamieram, gdy odwraca się. Jestem prawie pewna, że mnie zauważył. Wiem, że po mnie idzie. Wiem, że zaraz odsunie gwałtownie łóżko i wyciągnie mnie stąd za włosy. Wiem jak silny jest, to z nim przecież wcześniej walczyłam.
- Wyjdź, laleczko. Mamy osobistą niedokończoną partię do rozegrania. Uderzyłaś mnie w głowę tym kijem i nie dałaś mi nawet szansy na odpowiedź… - mówi zabójca  zachrypniętym głosem, towarzyszy mu chichot drugiego mordercy.
             Widzę jak mężczyzna odwraca się i wychodzi z pokoju. Moje oczy szerzej się otwierają, gdy dociera do mnie to co właśnie powiedział.
            On szuka MNIE.
            Prawie zaczynam już jawnie panikować, ale boję się, że on tu wróci. Nie chcę nawet myśleć o tych wszystkich makabrycznych rzeczach jakie mi zrobi, gdy już mnie znajdzie. Czuję, że mój żołądek się buntuje i zbiera mi się na odruch wymiotny.
            Kroki zaczynają się oddalać, a ja oddycham z ulga. Poszedł sobie…
            Moment spokoju zostaje jednak szybko zakłócony przez rozdzierający powietrze krzyk, któremu towarzyszą szlochy i błagania. Tym razem zakrywam uszy dłońmi, nie chcę tego słyszeć.
            Odczuwam ostry ból w piersiach za każdym razem, gdy znajdą kogoś i zabijają. To co robią jest potworne…
- Katherine, spokojnie. Policja będzie u ciebie za parę minut. – mówi kobieta; jej obecność nie jest jednak już tak pocieszająca jak przedtem. Jestem pewna, że ona również słyszała te krzyki i to prawie tak samo wyraźnie jak ja.
            Łzy spływają po mojej twarzy. Nagle krzyk się urywa i docierają do mnie inne głosy.
- Ej, zobacz Jeffrey. Ta jedna myślała, że schowa się przed nami tutaj… Jak uroczo.
            Zagryzam wargi i rozkazuję sobie powstrzymać się od płaczu. Moje ciało jest przepełnione goryczą i złością. Bawią się nimi! Po prostu się nami bawią! Mną też!
- Proszę, po prostu p-pospieszcie się! – rzucam do telefonu. Głos mam przepełniony rozpaczą i strachem. Nie mogę dłużej tego znieść.
            Wtedy słyszę dźwięk. TEN dźwięk. Piękne brzmienie. Natychmiastowe uczucie radości, ulgi oraz nadchodzącego szczęścia ogarnia mnie, gdy słyszę dźwięk policyjnych syren.
            Poczucie zbliżającej się wolności.
            Jednakże to uczucie odchodzi tak szybko jak się pojawia, kiedy kolejny krzyk przeszywa powietrze. Następna osoba została znaleziona.
            Proszę, proszę, proszę…
            W duchu błagam, modlę się, żeby funkcjonariusze weszli już do domu, wtargnęli tu i zabrali tych skurwieli.
            Dźwięk syren jest coraz wyraźniejszy i mogę ocenić, że jedzie tu więcej niż jeden samochód.
- Kurwa! Jak oni do cholery się dowiedzieli? Wygląda na to, że musimy dokończyć robotę później, LJ. – słyszę zachrypnięty głos, a zaraz po nim drugi:
- Szef nie będzie z nas zadowolony, hahaha…
            Ten pierwszy również się zaśmiał, jakby to co właśnie zrobili było tylko jakimś rodzajem zabawy. Jakby było w tym coś śmiesznego!
            Zaciskam pięści. Mnóstwo emocji przepływa przez mój umysł, lecz muszę być cicho i pozostać w ukryciu. Tak bardzo ich nienawidzę!
- Mimo wszystko to tylko sprawi, że nasza gra będzie jeszcze bardziej interesująca…
            To ostatnie co słyszę od zabójców, zanim dobiega mnie dźwięk otwieranych drzwi i mnóstwo krzyków. Policja!
- Katherine jesteś tu?
            Teraz pozwalam łzom płynąć, nie muszę już się powstrzymywać, w końcu mogę wyrzucić z siebie wszystko. Głośno szlocham, a adrenalina powoli odpływa z mojego ciała; na jej miejsce wkracza od dawna usilnie wstrzymywany ból. Nie jest to tylko ból mający źródło w ranach. To ból który czułam, gdy uciekałam zabójcom; cały ten szok. Ten ból który czuję, gdy wiem, że moi przyjaciele są prawdopodobnie martwi…
            Każda łza, którą uroniłam i każdy szloch sprawia, że czuje jakby to moje życie ze mnie uchodziło. Każda emocja: strach, złość, rozpacz; wszystko ze mnie w końcu  ulatuje, przez co czuję się lepiej, czuję ulgę.
            Słyszę jak policjanci krzyczą i biegają po domu. Po paru sekundach widzę mundur policyjny pojawiający się w drzwiach pokoju.
- T-t…. – próbuję krzyczeć, lecz łzy i ucisk w gardle mi na to nie pozwalają. Rozpaczliwie pragnę poczuć siłę i ciepło prawdziwego człowieka obok mnie. Nigdy nie cieszyłam się tak na czyjś widok.
- T-tutaj! – wysuwam się lekko zza łóżka, machając dłonią w której ściskam telefon komórkowy. Nie mam energii by wysunąć się bardziej lub pchnąć mebel.
            Słyszę kroki, a telefon w mojej ręce zostaje zastąpiony uściskiem ciepłej dłoni w rękawiczce.
            Jestem bezpieczna. Wiem, że teraz jestem w dobrych rękach.
            Właśnie uciekłam mordercom.  

Chapter 3: ESCAPE (opcja nr 1)


UWAGA!
Przy zakończeniu rozdziału 2 mogłaś wybrać opcję - schować się czy uciekać. Jesli nie wybrałaś, wróć do rodziału 2 i zdecyduj która opcja bardziej Ci odpowiada. 

Rozdział 2 -----------> http://carpenoctem-jeffthekiller.blogspot.com/2015/12/chapter-2-intruder.html

Jest to jedna z wersji alternatywnych, drugą opcją było ,,HIDE" - schowanie się. http://carpenoctem-jeffthekiller.blogspot.com/2015/12/chapter-3-hide-opcja-nr-2.html

UWAGA!!!
Rodział zawiera wulgarny język, bądźcie przygotowani! 
-------------------------------------------------------------------------------------------------
Jak powinnam postąpić? Mam telefon, więc jeśli zadzwonię na policję, będą tu za parę minut.
            Decyduję się na ucieczkę.
            Wiem co muszę zrobić. Chowanie się jest bez sensu; to tylko bezczynne czekanie aż cię złapią. Nie powiedzieli do kiedy mają zamiar nas szukać, więc mam wybór albo się schować i najprawdopodobniej czekać na śmierć albo uciec i mieć jakąś szansę na ocalenie.
            Podbiegam do okna Farah i szarpię za małą klamkę. Nie otwiera się; nawet się na to nie zanosi.  Przeklinam, gdy wiem już, że jest zamknięte tak samo jak wszystkie okna i drzwi w całym domu. Jednakże… nie jestem już przecież na parterze. Jeśli rozbiję okno, dystans pomiędzy mną, a zabójcami da mi wystarczająco dużo czasu na to by zwiać. A gdy już będę na zewnątrz mogę zawołać o pomoc i wezwać policję. Jeśli na dachu leżą jakies gałęzie czy coś, zawsze mogę tego użyć jako broni. Z resztą mam przewagę, jestem bardziej doświadczona w chodzeniu po dachach. To znaczy… Taką mam nadzieję.
- Czas się skończył, moje drogie. Teraz gra się zaczyna. – słyszę i wiem, że muszę się pospieszyć.
            Podbiegam do biurka Farah i chwytam świecznik. Zaciskam dłonie na niewielkiej, metalowej powierzchni i jednym szybkim ruchem rozbijam szybę na milion małych kawałków. Nie mam czasu do stracenia. Nie marnując oni sekundy wyciągam kawałki szyby z okiennicy. Moje ręce zaczynają krwawić, co okropnie boli, lecz wiem, że zabójcy słyszeli huk rozbijanego szkła i lada chwila tu będą.
            Gdy już mam pewność, że zdołam prześlizgnąć się przez dziurę w szybie, którą zrobiłam, łapię się dachówek i przechodzę przez ramę okienną, ignorując to że każdy kawałek mojej skóry krzyczy w proteście, gdy ostre odłamki szkła ocierają się o mnie, kłując mnie niczym rozwścieczona pszczoła.
            Zagryzam usta dopóki całkowicie nie znajduję się na dachu. Próbuję się usadzić jak najlepiej, tak żeby nie spaść i szybko wybieram numer 911 na telefonie. Zostaję w bezpiecznej odległości od rozbitego okna, oczywiście wciąż mam na nie oko i pilnuję czy ktoś z niego nie wyłazi.
- 911, w czym mogę pomóc? – słyszę kobiecy głos i oddycham z ulgą.
- Potrzebuję pomocy, dwóch szalonych zabójców jest u mnie w domu i próbują nas zamordować! Mieszkam na 154th Ave SE, Seattle – wrzeszczę do telefonu, mając nadzieję, że przy okazji zwrócę na siebie uwagę sąsiadów lub jakiegoś przypadkowego przechodnia.
- W porządku, wysyłamy już oddział policji. W jakiej części domu aktualnie jesteś?
            Próbuję nie stracić równowagi, gdy oddalam się kolejne parę metrów od okna. Otwieram usta by odpowiedzieć, lecz przerywa mi dźwięk roztrzaskującego się szkła. W oknie tuż obok mnie.
            Błyskawicznie się odwracam i widzę jak tamten przerażający zabójca z wyciętym uśmiechem powoli rozbija na drobniejsze kawałeczki szybę w najbliższym oknie. Oczywiście! Co za kretyński pomysł! Przecież na dach nie można wyjść tylko jednym oknem. Przeklinam się w duchu za swoją głupotę i zacynam głośno krzyczeć by przyciągnąć uwagę sąsiadów.
            Tymczasem zabójca patrzy na mnie kilka dobrych sekund; złość widoczna jest w jego lodowatych oczach nie mających powiek.  Mam wrażenie, że uśmiecha się jeszcze szerzej, niż pozwala mu na to jego twarz. Widzę jak mocno ściska nóż w swojej dłoni o bladej karnacji.
 - Mamy niedokończoną partię… Walnęłaś mnie w głowę tym kijem i nie dałaś mi nawet szansy na odpowiedź, słodziaku* – mówi swoim niskim, ochrypłym głosem, co sprawia, że na moim ciele pojawia się gęsia skórka. Może to jego wina, a może po prostu przez zimne powietrze na dworze.
            Robię parę kroków w tył, uważając by się nie poślizgnąć na dachówkach i nie runąć w dół.
            On za to ma inne plany. Podchodzi do mnie z nieludzką prędkością. Niemal szybuje nad mokrymi i śliskimi dachówkami, nie wkładając w to prawie żadnego wysiłku, nie widać żeby się choć trochę męczył.
            Krzyczę głośno i odwracam się by uciec. Nie zdążam się ruszyć choćby o 2 centymetry, bo czuję chłodną dłoń na moich ustach. Wypuszczam z ręki telefon i natychmiast łapię przedramię napastnika próbując odciągnąć jego dłoń. Niestety nie daję rady, jest zbyt silny.
            Widzę jak nóż lśni w blasku księżyca, co sprawia, że broń wydaje się być jeszcze ostrzejsza niż jest w rzeczywistości. Metal zbliża się do mojej szyi. Próbuję się wyrwać, ale czuję jak moje plecy mocno przylegają do jego klatki piersiowej i rozumiem, że w taki sposób nie ucieknę.
             Staję więc obcasami butów na palcach jego stóp, przez co jego uścisk się poluźnia, a wtedy daję mu kopniaka między nogi. Chwiejnie wysuwam się z jego uścisku, słysząc jak zabójca wyrzuca z siebie soczyste przekleństwa pod moim adresem. Prawdopodobnie tylko dolałam oliwy do ognia i jest jeszcze bardziej wkurzony.
            Ślizgam się na dachówkach, próbując uciec jak najdalej od zabójcy. Gdzie mogę teraz iść? Wciąż nie słyszę policyjnych syren.
            Odwracam się i widzę, że morderca już doszedł do siebie; teraz wręcz sztyletuje mnie wzrokiem.
            To tylko kwestia kilku chwil zanim mnie dopadnie.
            Decyduję się na coś ekstremalnego i staję tuż przy krawędzi dachu. Zastanawiam się czy mogę na coś skoczyć, czy po prostu zejść po rynnie. Nie mam jednak czasu na dłuższe rozmyślanie, bo zabójca jest tuż przy mnie.
            Szybko przesuwam się i dalej i staję na rynnie. Chcę się pochylić i zasunąć po niej w dół. Lecz złośliwość rzeczy martwych daje o sobie znać – rynna wydaje z siebie głośne skrzypnięcia, co mówi mi że nie utrzyma ona mojej wagi. Słyszę jeszcze jeden  głośny trzask, zanim rynna pode mną znika, przełamując się na pół i zostawiając po sobie dużą przerwę przez którą zaczynam spadać w dół. Krzyczę na wszystkie możliwe sposoby. Próbuję złapać się czegokolwiek, lecz wokół mnie nie ma nic prócz powietrza.
            Czuję znajome uczucie w brzuchu, takie które pojawia się, gdy jadę w dół kolejką górską, lecz tym razem nie ma w tym żadnej namiastki przyjemności. Spadam, a wiatr gwałtownie targa moimi włosami; lecę jak bezwładna szmaciana lalka.
            Uderzam w ziemię, a wraz ze mną kilka dachówek. Moje nogi pierwsze stykają się z gruntem.
            Rozlega się upiorny odgłos pękania, a cały świat wiruje przed moimi oczami. Mija kilka sekund zanim czuję okropny ból rozchodzący się po całym moim ciele. Pochodzi z moich nóg. Krzyczę; nie mogę nic zobaczyć, bo moja świadomość jest wciąż zamglona; nie doszłam jeszcze do siebie po upadku.
            Próbuję usiąść, ale ból w nogach wciąż się nasila, jest prawie nie do zniesienia. Niemalże mdleję z boleści, ale dociera do mnie fakt, że zabójca wciąż gdzieś tu jest, a chęć przeżycia jest silniejsza niż chęć poddania się bólowi. Nie chcę otwierać oczu i spojrzeć w jakim stanie jestem, ale muszę…
- O mój… - wydaję z siebie szloch, gdy widzę co się stało z moimi nogami.
            Nie mogę nimi poruszyć, nie mam nawet czucia. To co przykuwa najbardziej mój wzrok to dwie kości przebijające się przez skórę i wypływająca z rany krew, barwiąca ziemię wokół mnie na czerwono.
            Mam złamane obie nogi.
            Wzywam pomocy, próbuję desperacjo zwrócić uwagę kogokolwiek. Krzyczę dopóki moje gardło nie wysycha na wiór.
            Widzę czyjąś sylwetkę stojącą tuż obok mnie i jestem prawie pewna kto to jest.
            Próbuję podeprzeć się na rękach by odsunąć się jak najdalej od niego, lecz ból promieniujący z nóg, rozchodzi się po całym moim ciele, jest zbyt przytłaczający.
            Zabójca wolno podchodzi do mnie. Wciąż łkam i krzyczę, błagam o pomoc, choć jest już zdecydowanie za późno. Morderca zatrzymuje się nade mną, a jego zimny wzrok spoczywa na moich zdeformowanych nogach. Śmieje się cicho, przez co wydaje się być jeszcze bardziej nienormalny.
- Cóż za zmarnowanie… Bez swoich nóg jesteś bezużyteczna. To złamanie byłoby naprawdę trudne do poskładania, a i ja nie zamierzam targać cię jak worka ziemniaków. Nie obchodzi mnie co powie ten jebaniec bez twarzy… Tak więc, laleczko, to smutne, ale już czas na ciebie byś poszła spać…
            Uśmiecha się szerzej niż kot z Cheshire z ,,Alicji w Krainie Czarów”, gdy unosi swój nóż w górę. Czuję jak zimny metal zatapia się w moim ciele, z łatwością przechodząc prze tkanki. Mogę jedynie krzyczeć, gdy powtarza ruchy nożem w moim ciele, sparaliżowana przez niewyobrażalny ból. Kątem oka widzę jak krew ulatuje z mojego ciała. Razem z moim życiem.
            Moje oczy wolno się zamykają, mam problem z kontrolowaniem opadających powiek. Nie mogę już walczyć, zamykam oczy, a ból powoli odchodzi zostawiając po sobie uczucie pustki.
            Nagle czuję jeszcze coś. Coś na swoich ustach. Coś miękkiego i delikatnego z szorstkimi krawędziami… Jego usta?! Nie mam za wiele czasu by się nad tym zastanowić. Czuję że odpływam a białe światło ogarnia mnie i pochłania. Ostatnia rzecz o jakiej mogę myśleć to.. ,,Mam nadzieję, że moi bliscy są bezpieczni”.
~~
O nie! Wybrałaś źle!
Wróć do Rozdziału 2 i wybierz opcję ,,Hide” – schowaj się, to jest poprawne wyjście by historia dalej mogła się potoczyć.


*sweetcheeks (w oryginale); przetłumaczyłam, mimo że to angielskie określenie lepiej pasuje do zwrotów używanych przez psychopatów. :p Po polsku… nie ma odpowiednika i nie brzmi tak dwuznacznie w ustach mordercy.

Btw bardzo podoba mi się taki pomysł autorki, że daje możliwość wyboru i alternatywe działań :D

piątek, 25 grudnia 2015

Chapter 2: ,,An Intruder?"

UWAGA!!!
Rodział zawiera wulgarny język, bądźcie przygotowani! 

przyzwyczajcie się do tego napisu, od tego rodziału będzie stałym elementem.
********

            Budzi mnie jakiś głośny hałas rozlegający się na parterze. Otwieram oczy, lecz poprzez nieprzeniknioną ciemność niemożliwe jest zobaczyć cokolwiek. Wzdycham i przekręcam się na drugi bok, gdy nagle słyszę jakieś dwa kobiece głosy; Prawdopodobnie Lola i Sandy wróciły ze swojego nocnego wyjścia. Rzucam okiem na zegarek. Jest 3:32 nad ranem.
            Byłam taką osobą którą zawsze budziły te przeklęte drzwi; nie dlatego że zamykały i otwierały się zbyt głośno, lecz przez to, że okno mojego pokoju było tuż przy frontowym wejściu do domu. Nawet jeśli było to czasem irytujące, słyszałam  i widziałam zawsze kto dokładnie do nas przychodził. Wzdycham i próbuję znowu ułożyć się wygodnie na łóżku, lecz teraz jest to wręcz cholernie niemożliwe. Po jakimś czasie powoli znowu zaczynam odpływać w sen, moja świadomość zaciera się.
            W pewnym momencie słyszę głośne łupnięcie na parterze, a moje oczy natychmiast  szeroko się otwierają. Otępienie senne i zmęczenie zastąpione zostały adrenaliną, gdy tylko usłyszałam niecodzienny hałas. Może to tylko szklanka się zbiła?
            Czekam w kompletnej ciszy, chcąc usłyszeć śmiech albo przesadnie głośne przekomarzanie się moich przyjaciółek. Jednakże dociera do mnie jedynie głucha cisza. Żadnych krzyków, wrzasków ani śmiechów.
            Dociera do mnie nagle, że wstrzymuję oddech, więc rozluźniam mięśnie i wypuszczam powietrze z płuc, czując jak zimne poty ogarniają moje ciało. Zaciskam ręce na kołdrze coraz mocniej, podczas gdy serce przyspiesza mi do nienaturalnej prędkości w ciągu kilku sekund.
            Po paru minutach czekania w ciszy i wsłuchiwania się w swój własny szybki oddech, decyduję się sprawdzić czy wszystko na parterze jest w porządku. Czuję gulę w gardle, gdy siadam na łóżku, a potem powoli wysuwam się z pościeli. Ostrożnie idę pośród ciemności, starając się nie wydać żadnego dźwięku.
            Stawiam małe kroki czując jak zimna, drewniana podłoga styka się z moimi stopami. Podchodzę do drzwi, otwieram je i patrzę na korytarz pogrążony w całkowitej ciemności. Idę ku schodom i na ich szczycie postanawiam odczekać kilka sekund w bezruchu. Wciąż nic, kompletna cisza.
            To jest naprawdę osobliwe… Czy te dziewczyny na dole zasnęły? Albo gorzej… Może jedna z nich zemdlała? Ale czy z takiego powodu, druga mogłaby nic nie mówić..? Może obie zemdlały? Nie, to raczej niemożliwe.. prawda?
            Próbuję wymyślić jak najbardziej możliwy scenariusz żeby uspokoić swoje ciało i umysł. Jest to jednak trudniejsze niż się wydaje.
            Przełykam ślinę, co wydaje się być naprawdę głośnym dźwiękiem pośród otaczającej mnie martwej ciszy. Wolno i ostrożnie schodzę po schodach, uważając by nie stanąć na skrzypiących głośno stopniach.
            Gdy jestem na dole, moje serce zaczyna być jeszcze głośniej i szybciej, mam wrażenie  jakby zaraz miało wyskoczyć mi z piersi.  Stoję w bezruchu czekając aż dotrą do mnie szepty przyjaciółek. Doszłam do wniosku, że skoro są aż tak cicho to chcą poplotkować. Przygryzam usta, niecierpliwiąc się; nie chcę już dłużej wsłuchiwać się w upiorną, wszechogarniającą ciszę.
            Moje uszy nagle przeszywa dźwięk stłumionej rozmowy. Wydaje z siebie głośne westchnięcie, a napięcie opuszcza moje ciało, gdy słyszę jak moje przyjaciółki rozmawiają przyciszonymi głosami.
            Opadają mi ramiona i przewracam oczami.  One naprawdę chciały tylko poplotkować… Pff nie mogły tego robić bez rozbijania szklanek? Obracam się na pięcie i chcę już skierować się w stronę swojego pokoju, gdy nagle zamieram w pół kroku.  Słyszałam jak Sandy coś powiedziała, a zaraz po niej… ktoś odezwał się ochrypłym, nieznanym mi głosem. 
            Nie brzmiał jak Lola. Jestem pewna, że nikt inny nie wszedł z nimi dwiema do domu… Wiec kim do diabła jest ta trzecia osoba?!
            Cicho podchodzę do drzwi, pochylając się w kierunku salonu. Dźwięki rozmowy dobiegają z kuchni, teraz mogę je lepiej usłyszeć. O czym oni mówią?
- Więc powiedz mi, księżniczko. Gdzie to jest? – słyszę głęboki, nieznany głos; mówiąc, prawie syczy na jedną z dziewczyn. W jego głosie mogę wyczuć, że ma nad nimi kontrolę, wie dokładnie co robi. I o cokolwiek je pyta, musi być to naprawdę ważne.
            O co do cholery chodzi?!
            Wstrzymuję oddech, gdy podchodzę bliżej, wolno przesuwając się w kierunku lustra w salonie. Mogłabym w nim zobaczyć praktycznie wszystko co dzieje się w kuchni. Może to mi pomoże w zobrazowaniu sobie sytuacji.
- Nie wiem! – wyczuwam panikę w głosie Sandy. Ok, coś było cholernie nie w porządku. Brzmiała jakby powstrzymywała się od łez w każdej minucie; desperacja zmieszana ze strachem.
            Jestem prawie przy lustrze, próbując kontrolować swój oddech. Kiedy w końcu mogę spojrzeć w zwierciadło, staję w bezpiecznym miejscu i widzę…
            Widzę jaki horror się tam odbywa i dostrzegam do kogo należy ten zachrypnięty głos.
            Momentalnie zaciskam usta i zakrywam je dłońmi by powstrzymać się przed krzykiem.
            Patrzę na plecy owej osoby. Ma dłuższe czarne włosy oraz białą bluzę, która teraz przybrała niebieskawy odcień przez mrok nocy i blask księżyca wlewający się przez okno do kuchni. Światła są wyłączone, on to zrobił? Jednak to co przykuło najbardziej moją uwagę było to, że trzyma Lolę w żelaznym uścisku, a coś lśniącego jest przytknięte do jej… gardła? Nie mogę dostrzec co dokładnie się dzieje, lecz jedno jest pewne – to naprawdę jest niebezpieczna sytuacja.
            O Boże nie…
            Czy to jest TEN zabójca?!
            Nie mam pomysłu co robić, strach paraliżuje mnie i przytwierdza stopy do ziemi; nie jestem zdolna wykonać najmniejszego ruchu. Gdzie mój telefon? Powinnam zadzwonić na policję? Czy wyjść do kuchni i powstrzymać jakoś tego zabójcę osobiście?
            Czy ja oszalałam? Oczywiście że nie powstrzymam go sama!
            Cicho odwracam się, nie spuszczając oka z lustra w którym widoczne jest odbicie mordercy.  Chcę wejść na piętro i zadzwonić na policje. Jednak zatrzymuję się kiedy słyszę jego głos:
- Oczywiście, że jesteś na tyle głupia by stwierdzić, że tego ,,nie wiesz”. Więc nie będziesz miała nic przeciwko, gdy będę zabijał tą dziewczynę, prawda?
            Moje oczy się szerzej otwierają gdy dociera do mnie to co powiedział. On chce zabić Lolę! Moja przyjaciółka zaraz zostanie zamordowana tuż za ścianą!
            Tysiące scenariuszy przelatuje mi przez głowę, nie mogę już dłużej racjonalnie myśleć. Nie chcę wyprawiać jej teraz pogrzebu. Nie chcę powiedzieć jej rodzicom, że jedyne co zrobiłam to uciekłam i z bezpiecznego tylko dla mnie miejsca zadzwoniłam na policję.
            Ja…ja tylko nie chcę jej stracić...
            Odzyskuję kontrolę myśli, ciepło przeszywa całe moje ciało, a kropelki potu zaczynają formować się na skórze.
- Awww co się stało, księżniczko? Nie chcesz widzieć jak twoja ,,śłodka” mała przyjaciółeczka umiera? Nie chcesz widzieć jak rozpruwam jej ciało, a wnętrzności lądują na całej podłodze? To byłby w sumie całkiem niezły dywan, nie sądzisz?
            Jego szyderczy ton głosu i dobór słów sprawiają, że krew we mnie zaczyna wrzeć, a myśleć mogę jedynie napędzana przez wszechogarniającą złość.
            W każdej innej sytuacji, gdzie mogłabym myśleć racjonalnie, nigdy bym choćby nie pomyślała o wyjściu do tego mężczyzny. Ale to nie jest normalna sytuacja, a ja nie myślę racjonalnie, jak normalna osoba. Adrenalina jest teraz wszystkim co mnie napędza.
            Mój oddech staje się cięższy z powodu tego wszystkiego; zaciskam powieki z bezsilnej złości… Ta akcja do której zaraz dojdzie będzie winą potężnej dawki adrenaliny i furii. Zrywam się do biegu i kieruję się do salonu, w miejsce gdzie na ścianie wisi pogrzebacz do kominka. Chwytam go i lecę do kuchni. Musieli mnie usłyszeć, lecz zanim ktokolwiek zdąża zareagować, wskakuję na plecy zabójcy; jedno ramię zaciskam na jego gardle, a trzymanym w drugiej ręce pogrzebaczem walę go jednym mocnym ruchem w głowę.
- Katy! – słyszę jak ktoś krzyczy, a zaraz potem rozlega się ciche łkanie jednej z moich przyjaciółek.
            Chłopak zachwiał się dzięki mojej szybkiej akcji, przez co wypuścił Lolę z żelaznego uścisku.  Był zbyt zszokowany by ją utrzymać przy sobie. Dziewczyna szybko ucieka, a ja skupiam teraz pełną uwagę na jego kruczoczarnych włosach i powtórnie wykonuję zamach pogrzebaczem z kominka. Oboje tracimy grunt pod nogami, ale nawet gdy czuję jak padam na twardą posadzkę, nie przestaję okładać go wszystkim czym tylko się da. Siadam na nim okrakiem, a wolną rękę zaciskam na mojej prowizorycznej broni; teraz to ja mam władzę.
            Jednakże bardzo szybko zostaję zepchnięta z jego ciała, prawie frunę w powietrzu aż w końcu uderzam w ścianę. Upadam na kolana i podpieram się na rękach. Spoglądam na napastnika i zaciskam dłoń na pogrzebaczu, a zaraz potem zamierzam się na niego z pełną prędkością.
            Jednak moja ręka ściskająca broń zostaje zamknięta w mocnym uścisku jego dłoni, a noga zabójcy trafia w bok mojego ciała. Zataczając się kilka razy, opadam na ziemię i nieruchomieję leżąc na brzuchu.
- Katy! – słyszę wołanie, prawdopodobnie Sandy.
            Jestem zdolna jedynie wymamrotać coś nieskładnie tylko po to by dać im znak, że jeszcze żyję. Po chwili unoszę głowę i widzę jak napastnik trzyma w jednej dłoni pogrzebacz, a w drugiej wciąż ściska nóż. Podnosi się z ziemi i odwraca ku mnie.
- Ty cholerna dziwko – warczy, a jego głos sprawia, że dreszcz przeszywa całe moje ciało. Włosy na karku stają mi dęba, gdy jego lodowaty wzrok skupia się na mnie z nienawiścią. Jego zimne oczy wydają się nie mieć powiek, wygląda jakby w ogóle nie mrugał. Jego usta… To okropne. Jego usta są wycięte na kształt wiecznego uśmiechu z zaschniętą krwią w kącikach warg i na cięciach w skórze. Mogę dostrzec, że krew jest też na jego przybrudzonej bluzie.
            Szybko próbuję odczołgać się od niego, zachowując równowagę, ale jestem zbyt oszołomiona uderzeniem. W końcu udaje mi się podnieść na nogi i stanąć prosto, wciąż jednak czuję ból w okolicach brzucha.  Czuję się jak maszyna gdy automatycznie podnoszę się z podłogi.
            Wtem słyszę chichot, maniakalny śmiech tego potwora.
- Co się stało? Aż tak bardzo chciałaś być bohaterką… A co to za bohater bez złego charakteru u boku?
            Spoglądam na niego oddychając głośno i ocierając usta. Wciąż czuję ekstremalny ból przeszywający moje podbrzusze.
            Nagle robi krok w moim kierunku, a mój wzrok ucieka w stronę Loli i Sandy. Wyglądają jak sparaliżowane strachem. Wracam wzrokiem do chłopaka i cofam się pod ścianę, trzymając rękę w miejscu gdzie mnie walnął.
            On zaś wciąż podchodzi coraz bliżej mnie, jego szyderczy uśmiech robi się bardziej dziki z każdym krokiem jaki stawia w moim kierunku. Kiedy przypiera mnie już praktycznie do ściany i znajduje się w niewielkiej odległości ode mnie, już wiem.
            Wiem, że mnie zaraz zabije.
            Odwracam głowę, gdy jego twarz jest tuż przy mojej. Swoją sylwetką zakrywa prawie całkowicie moje drobne ciało. Wciąż odwracam wzrok, byle na niego nie patrzeć. On zaś obraca nóż między swoimi palcami, bawiąc się nim.
- Co się stało panno ,,goody two-shoes”*? Jakieś pomysły? Szkoda, zaczynała mi się już podobać nasza walka.
            Przełykam ślinę, gdy czuję jego gorący oddech na moim policzku. Odwracam wzrok w drugą stronę szukając czegoś co uwolniłoby mnie z tej sytuacji.
- Jednak jest zbyt łatwo – zaczyna się szaleńczo śmiać, zanim unosi swój nóż. Wiem co on chce zrobić. Zanim zdąża mnie nadziać na ostrze robię unik, przez co jego broń  przecina mi tylko skórę po jednej stronie brzucha. Potykam się przez to i ląduję na kolanach,  a moja ręka automatycznie wędruje w stronę rany na ciele. Ból jest dobry, otrzeźwiający. Adrenalina sprawia, że szybko o nim zapominam. Obracam się i widzę jak uśmiecha się jeszcze szerzej niż wtedy, gdy widział mnie żałośnie skuloną u jego boku. Krew z rany na brzuchu powoli zaczyna spływać na moją dłoń trzymaną przy skórze.  Ponownie przebiega po mnie wzrokiem, lecz tym razem jest odwrócony plecami do moich przyjaciółek. Patrzę na nie proszącym wzrokiem. Lola jest tą która odbiera sygnał i wyciąga zaciśnięte pięści w kierunku mordercy.
- Ej ej ej, nie tak szybko. – chłopak odwraca się w mgnieniu oka i chwyta przedramię Loli zaciskając na nim dłoń w żelaznym uścisku, tak mocnym, że dziewczyna aż załkała z bólu. Chcę wstać i pomóc ale nie jestem w stanie…
- Co tu się dzieje?! – dostrzegam trzy postacie w drzwiach. Rayne, Farah i Mandy. Czuję wszechogarniającą ulgę, gdy je tu widzę. Nawet jeśli jest to największy zabójca, nikt nie da rady zmierzyć się w pojedynkę z sześcioma dziewczynami.
            Na ich twarzach maluje się szok, gdy widzą krew, słynnego mordercę oraz widmo strachu wyczuwalne w całym pomieszczeniu. Zabójca jedynie głośno wzdycha i przewraca oczami.
- No oczywiście… Zawsze napatoczy się jakieś kurestwo. Cholera. LJ!
            Unoszę brwi, bo wydaje się że morderca kogoś woła. Czyżby w tym domu było jeszcze więcej osób? Nie może być..!
            Zanim zdążam zareagować, żarówki lamp zaczynają pękać jedna po drugiej, nawet jeśli nie były zapalone. Straszliwy, wyjący wiatr przeszywa powietrze w kuchni, a ja zakrywam ramionami głowę by uchronić się od fruwających wszędzie odłamków szkła. Słyszę krzyki, a zaraz po nich nastaje martwa cisza.
- Skończ już to przedstawienie, LJ – syczy zabójca. Mówiąc to wydaje się patrzeć na nic, w przestrzeń.
            Nagle przed nami formuje się ciemna, fioletowa chmura dymu, z której wychodzi mężczyzna. Jeśli można byłoby go tak w ogóle nazwać. Wygląda jak klaun, ale nie taki typowo normalny, nie… Wygląda jakby wyszedł wprost z jakiegoś horroru.
            Na jego stój składają się czarne i białe ubrania, przez co cała jego postać wydaje się być monochromatyczna. Ciemne włosy sięgają mu do ramion, a na twarzy maluje się dziki uśmiech ukazujący ostro zakończone zęby. Jego długie ręce zakończone są pazurami, w dodatku jego nos jest szpiczasty... A ponadto są na nim czarno-białe paski.
            Dym znika ujawniając w pełnej krasie dwie ciemne sylwetki odznaczające się na tle księżycowego, nocnego światła.
- Pomyślałem, że możemy się trochę zabawić zanim zaspokoimy naszą ciekawość…
            Nie mam pojęcia co się dzieje. Skąd wziął się ten facet? Czy to w ogóle człowiek? Dlaczego jest ubrany jak klaun? Tak dużo pytań a tak mało czasu by nad nimi pomyśleć i uzyskać odpowiedzi…
            Wiem tylko jedno – jest coraz gorzej.
            Skaczę wzrokiem od zabójcy do klauna, oboje wyglądają na zbyt zaabsorbowanych kłótnią, by zwracać dłużej uwagę na dziewczyny w pokoju. Wtem jednak dostrzegam jak spojrzenie monochromatycznego klauna mknie prosto ku  mnie.
- Jesteś pewien że to ten dom? – pyta klaun, wciąż nie spuszczając ze mnie wzroku. Czuję się źle, jakby robił mi coś samym spojrzeniem, jakby prześwietlał wzrokiem moją duszę. Uciskam mocniej ranę na brzuchu i wyczuwam jeszcze mocniejszy, metaliczny zapach krwi.
- Jasne, że to ten, kretynie. Ben nie podałby nam błędnego adresu. – mówi drwiąco zabójca, patrząc na klauna, który wydaje z siebie szaleńczy chichot.
 - Więc drogie panie, to niebywała przyjemność móc was poznać – klaun robi uprzejmy ukłon przede mną i moimi przyjaciółkami. Jego hipnotyzujący wzrok jest widoczny nawet poprzez kurtynę jego włosów, a dziki uśmiech jest wciąż przyklejony do jego twarzy.
- Jak myślisz, Jeffrey? Powinniśmy się z nimi nieco zabawić? – pyta. Dostrzegłam jak drugi zabójca spiął się gdy klaun powiedział ,,Jeffrey”. Jednak przy końcówce zdania uśmiech powraca na jego twarz.
            Mały kłąb dymu pojawia się przy zabójcach, a w rękach mężczyzny materializuje się kartonowe pudełko. Unosi je lekko by pokazać nam co jest w środku.
            Telefony.
            Dokładniej, NASZE telefony.
            Słyszę jak dziewczyny wydają z siebie okrzyki przerażenia, kiedy dostrzegają sześć komórek ciasno ułożonych jedna obok drugiej w niewielkim pudełku.
            Jak on je zabrał?!
            Mój telefon jest na wierzchu, leży na Blackberry Farah.
            Zwracam się w kierunku dwójki zabójców, chcę wiedzieć co to ma znaczyć. Oczywiście zabrali nam telefony byśmy nie mogły zadzwonić po policję… Pytanie jest co planują z nami zrobić?
- Powiedzmy, że chcemy czysto zagrać. Oczywiście w tym wypadku nie będziecie tego potrzebowały – klaun chichocze przy ostatniej części zdania co sprawia, że myślę o nim jak o jeszcze większym dupku.
- Macie 5 minut na ucieczkę, schowajcie się gdzie chcecie. Po pięciu minutach zaczniemy was szukać. Jeśli was nie znajdziemy, jesteście wolne. Jeżeli jednak wykryjemy gdzie się chowacie, zrobimy z wami co chcemy.
            Słyszę okrzyki przerażenia; ja sama otwieram szeroko oczy. Czy te potwory w ludzkiej skórze mówią poważnie?
            Co oni sobie myślą? Mogę przecież uciec na zewnątrz i powiadomić sąsiadów albo po prostu wybiec stąd z krzykiem i zaalarmować wszystkich wokół. Nie mogę jednak się powstrzymać od myśli, że coś takiego w tym wypadku nie przejdzie.
Ten klaun zabrał z domu wszystkie telefony nie wiedząc nawet gdzie ich szukać. Wciąż nie mam pojęcia jak poznajdował je tak szybko, musiałby ostatnio obserwować nas przez jakiś czas …Drżę na tą myśl. Nie, to nie możliwe. Zauważyłabym to przecież, prawda? Cisza w pokoju dobija mnie, nikt nie ośmiela się wydać najmniejszego dźwięku. Jesteśmy przestraszone i skonfundowane.
            Czego oni od nas chcą?!
            To nie wygląda na jakiś chory żart. A nawet jeśli to zaszło to już za daleko, ten facet prawie mnie zabił! Niemal potrząsam głowa by odpędzić od siebie te myśli. Wszystkie pytania nie są teraz ważne, muszę się teraz skupić na jednym. W moim domu jest dwójka zabójców, którzy nie zawahają się brutalnie nas zamordować, mam jednak szanse uciec i ukryć się przed nimi.
- No to jedziemy moje drogie panie, zaczynamy zabawę… teraz.
            Mija kilka sekund i jedna z dziewczyn odwraca się i wybiega z pokoju. To Sandy. Po tym jak wybiegła, odwracam się do morderców i posyłam im ostatnie spojrzenie przed wyskoczeniem z pokoju. Stoją tam gdzie stali, patrząc na mnie z wkurzającymi uśmieszkami na twarzach. Ten z wyciętym uśmiechem ma skrzyżowane ręce na piersi i coś mrocznego w oczach.
            Czyste zło.
            Boję się, muszę stąd uciec. Chcę coś powiedzieć by zostać z innymi dziewczynami, lecz.. Nie, nie chcę tego. Koniecznie musimy się rozdzielić. Wiem, że inne dziewczyny też są tego świadome. Nigdy nie zostawiłybyśmy drugiej na pastwę losu. Teraz jednak musimy zwiększyć swoje szanse na przeżycie.
            Widzę Sandy stojącą przy frontowych drzwiach. Desperacko szapie za klamkę kilka razy, lecz drzwi ani drgną.
- Są zatrzaśnięte – mówi płaczliwie, gdy wszystkie dziewczyny gromadzą się wokół niej. Każda z nas próbuje otworzyć drzwi, lecz po chwili dociera do nas, że jeśli nie otwierają się tak jak zwykle to znaczy, że nie jesteśmy w stanie ich otworzyć w jakikolwiek sposób.
- Musimy się rozdzielić! – oznajmia Farah, a jej wzrok skupia się na drzwiach od kuchni w nadziei, że napastnicy nas nie słyszeli. Wszystkie zgadzamy się z nią, rozdzielenie się jest najlepszym pomysłem.
            Odwracam się i  biegnę przez salon w kierunku okna. Rękę mam wciąż przyciśniętą do krwawiącej rany, staram się jak najbardziej ignorować ból. Nie jest to takie trudne, jedyna rzecz jaka trzyma mnie teraz w pionie to adrenalina.
            Próbuję otworzyć okno, lecz jest ono zamknięte na amen, tak samo jak drzwi. Ogarnia mnie desperacja, kiedy myślę o dobrym miejscu do ukrycia się. Wiem, że znalezienie jak najlepszej kryjówki to jedyna rzecz jaką mogę teraz zrobić. Wszystkie drzwi i okna są prawdopodobnie tak samo zamknięte… A rozbicie szyby może poskutkować jedynie natychmiastowym złapaniem. Wątpię żeby Ci napastnicy grali zasadami fair-play.
- Znalazłeś to już? – słyszę nagle głos dobiegający z kuchni, a wrodzona ciekawość nakazuje mi by dowiedzieć się czym owe ,,to” jest…
- Oczywiście, że nie, idioto. Gdybym to znalazł, nie prosiłbym Cię o pomoc. – słyszę jak ktoś odpowiada burkliwym tonem głosu.
- Jestem zaszczycony, Jeffrey. Więc zasady się zmieniają, musimy je wziąć tak czy inaczej.
            Zaczynam się bać. Wziąć je?
            Nie mam pojęcia ile sekund czy minut minęło ale muszę jak najszybciej znaleźć sobie kryjówkę.
            Rezygnuję z dalszego podsłuchiwania i wyskakuję jak z procy z salonu na schody. Cały dom jest porażająco cichy. Jakie do cholery mam szanse by wygrać tą głupią grę? Nie ma już czasu na szukanie pozostałych! Muszę zrobić coś by zawiadomić policję, sąsiadów, kogokolwiek! Nawet nie mam swojego telefonu…
            Chwileczkę…
            Mój telefon leżał na Blackberry Farah…
            A Farah ma przecież dwa telefony!
            Jej Blackberry jest stare i często się zawiesza. Nie chce kupić sobie nowego, więc używa także drugiego, starego modelu telefonu w nagłych wypadkach. Wiem, że ma go gdzieś w pokoju.
            Momentalnie wbiegam do pokoju Farah, zastanawiając się ile minut mi zostało. Przetrząsam wszystko niczym huragan, szukając jej komórki. Agresywnie otwieram szuflady i prawie wywalam z nich wszystko na ziemię by znaleźć to czego najbardziej w tej chwili potrzebuję. Nie obchodzi mnie ile robię hałasu.
            Może Farah też pomyślała o tym i go zabrała?
            Zatrzymuję się, gdy ta myśl pojawia się w mojej głowie. Mogła przecież to zrobić… Nagle coś lśniącego w głębi szuflady przykuwa mój wzrok.
            Telefon!
            Jednak… co powinnam teraz zrobić? Mam telefon, mogę zadzwonić po policję, byłaby tu za parę minut…

Czy…


*****
Ten rozdział pozwala Ci wybrać co wydarzy się później.
Jednak wybierz rozważnie, ponieważ błędna decyzja może przynieść dla ciebie niezbyt przyjemne zakończenie…

---------------------------------
* Nie wiedziałam jak to przetłumaczyć. Można jedynie snuć własne domysły, jak macie pomysł to piszcie w komentarzu.

Jak widać mamy gościa w rozdziale - obecnością zaszczycił nas Laughing Jack! *brawa* :D
 Jak najszybciej postaram sie przetłumaczyć obie wersje rozdziałów :D 

czwartek, 24 grudnia 2015

Chapter 1: ,,PROLOG" (streszczenie)

Daję dziś streszczenie prologu, to tylko wprowadzenie do historii, więc myślę  nie ma sensu tłumaczyć całości, najwazniejsze elementy zawarłam w tym krótkim wprowadzeniu. Prawdziwa historia zacznie się w drugim rozdziale.
Napisałam je teraz na szybko więc niewykluczone, że mogą być drobne błędy. Plus zaznaczam, że to tylko STRESZCZENIE i WPROWADZENIE do historii. Narracja w drugim rodziale i dalej będzie inna, forma opowiadania też.
****
Niecały rok temu Katy wraz z piątką swoich przyjaciółek wynajęły dom niedaleko lasu, znajdujący  się blisko college’u do którego wszystkie chciały uczęszczać. Katy mieszkała dotychczas z rodzicami w miejscowości odległej od college’u o godzinę jazdy samochodem. Chciała iść na ten uniwersytet, bo był po prostu najlepszy.
            Pewnego dnia, gdy dziewczyny oglądały telewizję, jedna z przyjaciółek Katy, Mandy przyszła do domu wcześniej – sklep w którym zwykle robiła zakupy został zamknięty przez sprawę mordercy, który włamał się do sąsiedniego budynku ostatniej nocy. Zamiast oglądać jakiś gówniany show, Katy kazała przełączyć TV na kanał informacyjny, gdzie usłyszały…
,,…-uragan zabił trzy osoby, a 15 jest zaginionych. Kolejną informacją jest sprawa seryjnego mordercy który zabił kilka osób w Seattle. Tak zwany zabójca ,,Go to sleep”* widziany był w kilku okolicznych rejonach, nie wyłączając okolic przemysłowych, fabrycznych wokół lokalnej stacji benzynowej. Policja wciąż jest w trakcie poszukiwań masowego mordercy. Radzimy dobrze zamykać drzwi i okna na noc, na czas gdy zabójca jest na wolności.”.
            Katy nie była przerażona wiadomością, nawet jeśli owy morderca pisał na ścianach frazę ,,go to sleep”* krwią swoich ofiar. Zastanawiała się za to jakim cudem policja wciąż go nie złapała. Wiedzą przecież nawet jak wygląda zbrodniarz.
            Mimo, że się niezbyt bała, upewniła się że drzwi i okna jej pokoju są szczelnie zamknięte.
            Następnego poranka, przed wyjściem do szkoły musiała iść do drugiej łazienki znajdującej się na dole przy wejściu do piwnicy, pierwsza była przez kogoś zajęta. Zauważyła po drodze tajemniczy, lśniący przedmiot pomiędzy pudłami, którego nigdy wcześniej nie widziała. Pudełko. Było ono małe i doskonale zabezpieczone, na szyfr. Nie sposób było jednak ocenić co jest wewnątrz, nie było nic słychać w środku przy potrząśnięciu, a waga nie odznaczała się żadną znajomą ciężkością. Odłożyła pudełko na miejsce i poszła do kuchni, gdzie Rayne przygotowała już wszystkim śniadanie.
            W szkole Katy trafiła na Ruri i Kaitlynn, dwie dziwkarskie laski które robią wszystko co chcą. Plotkowały akurat o mordercy z mediów, który według nich musiał ,,mieć niezłe mięśnie i być naprawdę silny skoro zabija tyle osób i włamuje się do domów”. Kretynki. co jest z nimi nie tak?! – myślała Katy. Facet jest mordercą, a one się nim podniecają.
            Po powrocie do domu, główna bohaterka spytała dziewczyny o małe metalowe pudełko z piwnicy. Okazało się należeć do Loli. Jej ojciec, szef firmy kazał jej ukryć coś dotyczącego jego pracy, coś ważnego. Lola nie wiedziała jednak co to dokładnie jest.
            Oglądając telewizję znowu trafiły na informację dotyczącą zabójcy:
,,Najświeższe informacje: dzisiejszej nocy zostało popełnione przez zabójcę ,,go to sleep”  kolejne morderstwo. Ofiarą jest siedemnastoletnia dziewczyna, a także trzej policjanci. Stan zabitych jest podobny do tych jakie miały poprzednie ofiary mordercy. Młodą kobietę zabił zanim został znaleziony przez policję. Kiedy oficerowie pobiegli za nim do lasu, także zostali zamordowani.
*Szef policji mówi:*
>> Jestem pewny, że każdy z nas tak samo jest zmartwiony śmiercią naszych policjantów, który ryzykowali życie by położyć kres tym okropnym zabójstwom. Nikt nie wie co dokładnie stało się w tym lesie, ale mamy pewne podejrzenia, że zabójca prawdopodobnie nie działa sam. Radzę każdej osobie zamykać dokładnie okna i drzwi dopóki nie znajdziemy tego mordercy, a sprawiedliwość zwycięży<<
Szef policji powiedział także, że..”
            Dziewczyny wyłączyły telewizor urywając w pół-zdaniu prezenterce. Rozmawiały o tym jak okropne są zabójstwa, po czym poszły szykować się do snu.  Sandy i Lola postanowiły jednak wyjść na miasto, na imprezę do klubu. Katy wraz z pozostałymi dwoma przyjaciółkami pożegnała się z nimi i udały się do swoich pokoi. 
Katy jak zwykle sprawdziła czy okna są dobrze zamknięte , a kilka chwil po położeniu się do łóżka, zasnęła.

*,,Go To Sleep" - nie chciałam tłumaczyć tej frazy na polski, bo to słynne powiedzenie Jeffa i najlepiej brzmi w oryginale, cytat jest cytatem.   
-----------------
Jeszcze raz mówię żeby się nie zrażać językiem i formą, bo to tylko streszczenie rodziału :D Rodział pierwszy  jest trochę nudny, dlatego nie chciało mi sie tłumaczyć całości. 
Przetłumaczę to jednak kiedyś żeby opowiadanie było kompletne, teraz skupiam się na perełce jaką jest rodział drugi. 
~~Stay Awesome. 

Notka wprowadzająca :D

Heyy wszystkim! :D
Na tym blogu będzie tłumaczone fanfiction o uwielbianym przez nas Jeffrey'u... :D Oryginalny język to angielski, historia jest brana z quotev, autorka to RoverRose.
Przeczytałam je w oryginale... i cóż mogę powiedzieć? Jest to dobra historia, nie ma żadnych lovey-dovey parts ani ckliwej strony Jeffa, tylko ukazanie go jako prawdziwego psychopaty, taki jaki powinien być. Opisy są dobre, pozwalają niesamowicie wczuć się w akcje. I taaaak... będą fragmenty +18, będe ,,ostrzegać" na początku każdego rozdziału jesli takowe się w nim będą pojawiać. ;3
Za kilka dni pojawi się pierwszy rodział; teksty są długie, więc trochę czasu potrzeba by je przetłumaczyć jak najlepiej. Zapraszam do czekania i czytania.
~~stay awesome