niedziela, 27 grudnia 2015

Chapter 3: ESCAPE (opcja nr 1)


UWAGA!
Przy zakończeniu rozdziału 2 mogłaś wybrać opcję - schować się czy uciekać. Jesli nie wybrałaś, wróć do rodziału 2 i zdecyduj która opcja bardziej Ci odpowiada. 

Rozdział 2 -----------> http://carpenoctem-jeffthekiller.blogspot.com/2015/12/chapter-2-intruder.html

Jest to jedna z wersji alternatywnych, drugą opcją było ,,HIDE" - schowanie się. http://carpenoctem-jeffthekiller.blogspot.com/2015/12/chapter-3-hide-opcja-nr-2.html

UWAGA!!!
Rodział zawiera wulgarny język, bądźcie przygotowani! 
-------------------------------------------------------------------------------------------------
Jak powinnam postąpić? Mam telefon, więc jeśli zadzwonię na policję, będą tu za parę minut.
            Decyduję się na ucieczkę.
            Wiem co muszę zrobić. Chowanie się jest bez sensu; to tylko bezczynne czekanie aż cię złapią. Nie powiedzieli do kiedy mają zamiar nas szukać, więc mam wybór albo się schować i najprawdopodobniej czekać na śmierć albo uciec i mieć jakąś szansę na ocalenie.
            Podbiegam do okna Farah i szarpię za małą klamkę. Nie otwiera się; nawet się na to nie zanosi.  Przeklinam, gdy wiem już, że jest zamknięte tak samo jak wszystkie okna i drzwi w całym domu. Jednakże… nie jestem już przecież na parterze. Jeśli rozbiję okno, dystans pomiędzy mną, a zabójcami da mi wystarczająco dużo czasu na to by zwiać. A gdy już będę na zewnątrz mogę zawołać o pomoc i wezwać policję. Jeśli na dachu leżą jakies gałęzie czy coś, zawsze mogę tego użyć jako broni. Z resztą mam przewagę, jestem bardziej doświadczona w chodzeniu po dachach. To znaczy… Taką mam nadzieję.
- Czas się skończył, moje drogie. Teraz gra się zaczyna. – słyszę i wiem, że muszę się pospieszyć.
            Podbiegam do biurka Farah i chwytam świecznik. Zaciskam dłonie na niewielkiej, metalowej powierzchni i jednym szybkim ruchem rozbijam szybę na milion małych kawałków. Nie mam czasu do stracenia. Nie marnując oni sekundy wyciągam kawałki szyby z okiennicy. Moje ręce zaczynają krwawić, co okropnie boli, lecz wiem, że zabójcy słyszeli huk rozbijanego szkła i lada chwila tu będą.
            Gdy już mam pewność, że zdołam prześlizgnąć się przez dziurę w szybie, którą zrobiłam, łapię się dachówek i przechodzę przez ramę okienną, ignorując to że każdy kawałek mojej skóry krzyczy w proteście, gdy ostre odłamki szkła ocierają się o mnie, kłując mnie niczym rozwścieczona pszczoła.
            Zagryzam usta dopóki całkowicie nie znajduję się na dachu. Próbuję się usadzić jak najlepiej, tak żeby nie spaść i szybko wybieram numer 911 na telefonie. Zostaję w bezpiecznej odległości od rozbitego okna, oczywiście wciąż mam na nie oko i pilnuję czy ktoś z niego nie wyłazi.
- 911, w czym mogę pomóc? – słyszę kobiecy głos i oddycham z ulgą.
- Potrzebuję pomocy, dwóch szalonych zabójców jest u mnie w domu i próbują nas zamordować! Mieszkam na 154th Ave SE, Seattle – wrzeszczę do telefonu, mając nadzieję, że przy okazji zwrócę na siebie uwagę sąsiadów lub jakiegoś przypadkowego przechodnia.
- W porządku, wysyłamy już oddział policji. W jakiej części domu aktualnie jesteś?
            Próbuję nie stracić równowagi, gdy oddalam się kolejne parę metrów od okna. Otwieram usta by odpowiedzieć, lecz przerywa mi dźwięk roztrzaskującego się szkła. W oknie tuż obok mnie.
            Błyskawicznie się odwracam i widzę jak tamten przerażający zabójca z wyciętym uśmiechem powoli rozbija na drobniejsze kawałeczki szybę w najbliższym oknie. Oczywiście! Co za kretyński pomysł! Przecież na dach nie można wyjść tylko jednym oknem. Przeklinam się w duchu za swoją głupotę i zacynam głośno krzyczeć by przyciągnąć uwagę sąsiadów.
            Tymczasem zabójca patrzy na mnie kilka dobrych sekund; złość widoczna jest w jego lodowatych oczach nie mających powiek.  Mam wrażenie, że uśmiecha się jeszcze szerzej, niż pozwala mu na to jego twarz. Widzę jak mocno ściska nóż w swojej dłoni o bladej karnacji.
 - Mamy niedokończoną partię… Walnęłaś mnie w głowę tym kijem i nie dałaś mi nawet szansy na odpowiedź, słodziaku* – mówi swoim niskim, ochrypłym głosem, co sprawia, że na moim ciele pojawia się gęsia skórka. Może to jego wina, a może po prostu przez zimne powietrze na dworze.
            Robię parę kroków w tył, uważając by się nie poślizgnąć na dachówkach i nie runąć w dół.
            On za to ma inne plany. Podchodzi do mnie z nieludzką prędkością. Niemal szybuje nad mokrymi i śliskimi dachówkami, nie wkładając w to prawie żadnego wysiłku, nie widać żeby się choć trochę męczył.
            Krzyczę głośno i odwracam się by uciec. Nie zdążam się ruszyć choćby o 2 centymetry, bo czuję chłodną dłoń na moich ustach. Wypuszczam z ręki telefon i natychmiast łapię przedramię napastnika próbując odciągnąć jego dłoń. Niestety nie daję rady, jest zbyt silny.
            Widzę jak nóż lśni w blasku księżyca, co sprawia, że broń wydaje się być jeszcze ostrzejsza niż jest w rzeczywistości. Metal zbliża się do mojej szyi. Próbuję się wyrwać, ale czuję jak moje plecy mocno przylegają do jego klatki piersiowej i rozumiem, że w taki sposób nie ucieknę.
             Staję więc obcasami butów na palcach jego stóp, przez co jego uścisk się poluźnia, a wtedy daję mu kopniaka między nogi. Chwiejnie wysuwam się z jego uścisku, słysząc jak zabójca wyrzuca z siebie soczyste przekleństwa pod moim adresem. Prawdopodobnie tylko dolałam oliwy do ognia i jest jeszcze bardziej wkurzony.
            Ślizgam się na dachówkach, próbując uciec jak najdalej od zabójcy. Gdzie mogę teraz iść? Wciąż nie słyszę policyjnych syren.
            Odwracam się i widzę, że morderca już doszedł do siebie; teraz wręcz sztyletuje mnie wzrokiem.
            To tylko kwestia kilku chwil zanim mnie dopadnie.
            Decyduję się na coś ekstremalnego i staję tuż przy krawędzi dachu. Zastanawiam się czy mogę na coś skoczyć, czy po prostu zejść po rynnie. Nie mam jednak czasu na dłuższe rozmyślanie, bo zabójca jest tuż przy mnie.
            Szybko przesuwam się i dalej i staję na rynnie. Chcę się pochylić i zasunąć po niej w dół. Lecz złośliwość rzeczy martwych daje o sobie znać – rynna wydaje z siebie głośne skrzypnięcia, co mówi mi że nie utrzyma ona mojej wagi. Słyszę jeszcze jeden  głośny trzask, zanim rynna pode mną znika, przełamując się na pół i zostawiając po sobie dużą przerwę przez którą zaczynam spadać w dół. Krzyczę na wszystkie możliwe sposoby. Próbuję złapać się czegokolwiek, lecz wokół mnie nie ma nic prócz powietrza.
            Czuję znajome uczucie w brzuchu, takie które pojawia się, gdy jadę w dół kolejką górską, lecz tym razem nie ma w tym żadnej namiastki przyjemności. Spadam, a wiatr gwałtownie targa moimi włosami; lecę jak bezwładna szmaciana lalka.
            Uderzam w ziemię, a wraz ze mną kilka dachówek. Moje nogi pierwsze stykają się z gruntem.
            Rozlega się upiorny odgłos pękania, a cały świat wiruje przed moimi oczami. Mija kilka sekund zanim czuję okropny ból rozchodzący się po całym moim ciele. Pochodzi z moich nóg. Krzyczę; nie mogę nic zobaczyć, bo moja świadomość jest wciąż zamglona; nie doszłam jeszcze do siebie po upadku.
            Próbuję usiąść, ale ból w nogach wciąż się nasila, jest prawie nie do zniesienia. Niemalże mdleję z boleści, ale dociera do mnie fakt, że zabójca wciąż gdzieś tu jest, a chęć przeżycia jest silniejsza niż chęć poddania się bólowi. Nie chcę otwierać oczu i spojrzeć w jakim stanie jestem, ale muszę…
- O mój… - wydaję z siebie szloch, gdy widzę co się stało z moimi nogami.
            Nie mogę nimi poruszyć, nie mam nawet czucia. To co przykuwa najbardziej mój wzrok to dwie kości przebijające się przez skórę i wypływająca z rany krew, barwiąca ziemię wokół mnie na czerwono.
            Mam złamane obie nogi.
            Wzywam pomocy, próbuję desperacjo zwrócić uwagę kogokolwiek. Krzyczę dopóki moje gardło nie wysycha na wiór.
            Widzę czyjąś sylwetkę stojącą tuż obok mnie i jestem prawie pewna kto to jest.
            Próbuję podeprzeć się na rękach by odsunąć się jak najdalej od niego, lecz ból promieniujący z nóg, rozchodzi się po całym moim ciele, jest zbyt przytłaczający.
            Zabójca wolno podchodzi do mnie. Wciąż łkam i krzyczę, błagam o pomoc, choć jest już zdecydowanie za późno. Morderca zatrzymuje się nade mną, a jego zimny wzrok spoczywa na moich zdeformowanych nogach. Śmieje się cicho, przez co wydaje się być jeszcze bardziej nienormalny.
- Cóż za zmarnowanie… Bez swoich nóg jesteś bezużyteczna. To złamanie byłoby naprawdę trudne do poskładania, a i ja nie zamierzam targać cię jak worka ziemniaków. Nie obchodzi mnie co powie ten jebaniec bez twarzy… Tak więc, laleczko, to smutne, ale już czas na ciebie byś poszła spać…
            Uśmiecha się szerzej niż kot z Cheshire z ,,Alicji w Krainie Czarów”, gdy unosi swój nóż w górę. Czuję jak zimny metal zatapia się w moim ciele, z łatwością przechodząc prze tkanki. Mogę jedynie krzyczeć, gdy powtarza ruchy nożem w moim ciele, sparaliżowana przez niewyobrażalny ból. Kątem oka widzę jak krew ulatuje z mojego ciała. Razem z moim życiem.
            Moje oczy wolno się zamykają, mam problem z kontrolowaniem opadających powiek. Nie mogę już walczyć, zamykam oczy, a ból powoli odchodzi zostawiając po sobie uczucie pustki.
            Nagle czuję jeszcze coś. Coś na swoich ustach. Coś miękkiego i delikatnego z szorstkimi krawędziami… Jego usta?! Nie mam za wiele czasu by się nad tym zastanowić. Czuję że odpływam a białe światło ogarnia mnie i pochłania. Ostatnia rzecz o jakiej mogę myśleć to.. ,,Mam nadzieję, że moi bliscy są bezpieczni”.
~~
O nie! Wybrałaś źle!
Wróć do Rozdziału 2 i wybierz opcję ,,Hide” – schowaj się, to jest poprawne wyjście by historia dalej mogła się potoczyć.


*sweetcheeks (w oryginale); przetłumaczyłam, mimo że to angielskie określenie lepiej pasuje do zwrotów używanych przez psychopatów. :p Po polsku… nie ma odpowiednika i nie brzmi tak dwuznacznie w ustach mordercy.

Btw bardzo podoba mi się taki pomysł autorki, że daje możliwość wyboru i alternatywe działań :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz