piątek, 25 grudnia 2015

Chapter 2: ,,An Intruder?"

UWAGA!!!
Rodział zawiera wulgarny język, bądźcie przygotowani! 

przyzwyczajcie się do tego napisu, od tego rodziału będzie stałym elementem.
********

            Budzi mnie jakiś głośny hałas rozlegający się na parterze. Otwieram oczy, lecz poprzez nieprzeniknioną ciemność niemożliwe jest zobaczyć cokolwiek. Wzdycham i przekręcam się na drugi bok, gdy nagle słyszę jakieś dwa kobiece głosy; Prawdopodobnie Lola i Sandy wróciły ze swojego nocnego wyjścia. Rzucam okiem na zegarek. Jest 3:32 nad ranem.
            Byłam taką osobą którą zawsze budziły te przeklęte drzwi; nie dlatego że zamykały i otwierały się zbyt głośno, lecz przez to, że okno mojego pokoju było tuż przy frontowym wejściu do domu. Nawet jeśli było to czasem irytujące, słyszałam  i widziałam zawsze kto dokładnie do nas przychodził. Wzdycham i próbuję znowu ułożyć się wygodnie na łóżku, lecz teraz jest to wręcz cholernie niemożliwe. Po jakimś czasie powoli znowu zaczynam odpływać w sen, moja świadomość zaciera się.
            W pewnym momencie słyszę głośne łupnięcie na parterze, a moje oczy natychmiast  szeroko się otwierają. Otępienie senne i zmęczenie zastąpione zostały adrenaliną, gdy tylko usłyszałam niecodzienny hałas. Może to tylko szklanka się zbiła?
            Czekam w kompletnej ciszy, chcąc usłyszeć śmiech albo przesadnie głośne przekomarzanie się moich przyjaciółek. Jednakże dociera do mnie jedynie głucha cisza. Żadnych krzyków, wrzasków ani śmiechów.
            Dociera do mnie nagle, że wstrzymuję oddech, więc rozluźniam mięśnie i wypuszczam powietrze z płuc, czując jak zimne poty ogarniają moje ciało. Zaciskam ręce na kołdrze coraz mocniej, podczas gdy serce przyspiesza mi do nienaturalnej prędkości w ciągu kilku sekund.
            Po paru minutach czekania w ciszy i wsłuchiwania się w swój własny szybki oddech, decyduję się sprawdzić czy wszystko na parterze jest w porządku. Czuję gulę w gardle, gdy siadam na łóżku, a potem powoli wysuwam się z pościeli. Ostrożnie idę pośród ciemności, starając się nie wydać żadnego dźwięku.
            Stawiam małe kroki czując jak zimna, drewniana podłoga styka się z moimi stopami. Podchodzę do drzwi, otwieram je i patrzę na korytarz pogrążony w całkowitej ciemności. Idę ku schodom i na ich szczycie postanawiam odczekać kilka sekund w bezruchu. Wciąż nic, kompletna cisza.
            To jest naprawdę osobliwe… Czy te dziewczyny na dole zasnęły? Albo gorzej… Może jedna z nich zemdlała? Ale czy z takiego powodu, druga mogłaby nic nie mówić..? Może obie zemdlały? Nie, to raczej niemożliwe.. prawda?
            Próbuję wymyślić jak najbardziej możliwy scenariusz żeby uspokoić swoje ciało i umysł. Jest to jednak trudniejsze niż się wydaje.
            Przełykam ślinę, co wydaje się być naprawdę głośnym dźwiękiem pośród otaczającej mnie martwej ciszy. Wolno i ostrożnie schodzę po schodach, uważając by nie stanąć na skrzypiących głośno stopniach.
            Gdy jestem na dole, moje serce zaczyna być jeszcze głośniej i szybciej, mam wrażenie  jakby zaraz miało wyskoczyć mi z piersi.  Stoję w bezruchu czekając aż dotrą do mnie szepty przyjaciółek. Doszłam do wniosku, że skoro są aż tak cicho to chcą poplotkować. Przygryzam usta, niecierpliwiąc się; nie chcę już dłużej wsłuchiwać się w upiorną, wszechogarniającą ciszę.
            Moje uszy nagle przeszywa dźwięk stłumionej rozmowy. Wydaje z siebie głośne westchnięcie, a napięcie opuszcza moje ciało, gdy słyszę jak moje przyjaciółki rozmawiają przyciszonymi głosami.
            Opadają mi ramiona i przewracam oczami.  One naprawdę chciały tylko poplotkować… Pff nie mogły tego robić bez rozbijania szklanek? Obracam się na pięcie i chcę już skierować się w stronę swojego pokoju, gdy nagle zamieram w pół kroku.  Słyszałam jak Sandy coś powiedziała, a zaraz po niej… ktoś odezwał się ochrypłym, nieznanym mi głosem. 
            Nie brzmiał jak Lola. Jestem pewna, że nikt inny nie wszedł z nimi dwiema do domu… Wiec kim do diabła jest ta trzecia osoba?!
            Cicho podchodzę do drzwi, pochylając się w kierunku salonu. Dźwięki rozmowy dobiegają z kuchni, teraz mogę je lepiej usłyszeć. O czym oni mówią?
- Więc powiedz mi, księżniczko. Gdzie to jest? – słyszę głęboki, nieznany głos; mówiąc, prawie syczy na jedną z dziewczyn. W jego głosie mogę wyczuć, że ma nad nimi kontrolę, wie dokładnie co robi. I o cokolwiek je pyta, musi być to naprawdę ważne.
            O co do cholery chodzi?!
            Wstrzymuję oddech, gdy podchodzę bliżej, wolno przesuwając się w kierunku lustra w salonie. Mogłabym w nim zobaczyć praktycznie wszystko co dzieje się w kuchni. Może to mi pomoże w zobrazowaniu sobie sytuacji.
- Nie wiem! – wyczuwam panikę w głosie Sandy. Ok, coś było cholernie nie w porządku. Brzmiała jakby powstrzymywała się od łez w każdej minucie; desperacja zmieszana ze strachem.
            Jestem prawie przy lustrze, próbując kontrolować swój oddech. Kiedy w końcu mogę spojrzeć w zwierciadło, staję w bezpiecznym miejscu i widzę…
            Widzę jaki horror się tam odbywa i dostrzegam do kogo należy ten zachrypnięty głos.
            Momentalnie zaciskam usta i zakrywam je dłońmi by powstrzymać się przed krzykiem.
            Patrzę na plecy owej osoby. Ma dłuższe czarne włosy oraz białą bluzę, która teraz przybrała niebieskawy odcień przez mrok nocy i blask księżyca wlewający się przez okno do kuchni. Światła są wyłączone, on to zrobił? Jednak to co przykuło najbardziej moją uwagę było to, że trzyma Lolę w żelaznym uścisku, a coś lśniącego jest przytknięte do jej… gardła? Nie mogę dostrzec co dokładnie się dzieje, lecz jedno jest pewne – to naprawdę jest niebezpieczna sytuacja.
            O Boże nie…
            Czy to jest TEN zabójca?!
            Nie mam pomysłu co robić, strach paraliżuje mnie i przytwierdza stopy do ziemi; nie jestem zdolna wykonać najmniejszego ruchu. Gdzie mój telefon? Powinnam zadzwonić na policję? Czy wyjść do kuchni i powstrzymać jakoś tego zabójcę osobiście?
            Czy ja oszalałam? Oczywiście że nie powstrzymam go sama!
            Cicho odwracam się, nie spuszczając oka z lustra w którym widoczne jest odbicie mordercy.  Chcę wejść na piętro i zadzwonić na policje. Jednak zatrzymuję się kiedy słyszę jego głos:
- Oczywiście, że jesteś na tyle głupia by stwierdzić, że tego ,,nie wiesz”. Więc nie będziesz miała nic przeciwko, gdy będę zabijał tą dziewczynę, prawda?
            Moje oczy się szerzej otwierają gdy dociera do mnie to co powiedział. On chce zabić Lolę! Moja przyjaciółka zaraz zostanie zamordowana tuż za ścianą!
            Tysiące scenariuszy przelatuje mi przez głowę, nie mogę już dłużej racjonalnie myśleć. Nie chcę wyprawiać jej teraz pogrzebu. Nie chcę powiedzieć jej rodzicom, że jedyne co zrobiłam to uciekłam i z bezpiecznego tylko dla mnie miejsca zadzwoniłam na policję.
            Ja…ja tylko nie chcę jej stracić...
            Odzyskuję kontrolę myśli, ciepło przeszywa całe moje ciało, a kropelki potu zaczynają formować się na skórze.
- Awww co się stało, księżniczko? Nie chcesz widzieć jak twoja ,,śłodka” mała przyjaciółeczka umiera? Nie chcesz widzieć jak rozpruwam jej ciało, a wnętrzności lądują na całej podłodze? To byłby w sumie całkiem niezły dywan, nie sądzisz?
            Jego szyderczy ton głosu i dobór słów sprawiają, że krew we mnie zaczyna wrzeć, a myśleć mogę jedynie napędzana przez wszechogarniającą złość.
            W każdej innej sytuacji, gdzie mogłabym myśleć racjonalnie, nigdy bym choćby nie pomyślała o wyjściu do tego mężczyzny. Ale to nie jest normalna sytuacja, a ja nie myślę racjonalnie, jak normalna osoba. Adrenalina jest teraz wszystkim co mnie napędza.
            Mój oddech staje się cięższy z powodu tego wszystkiego; zaciskam powieki z bezsilnej złości… Ta akcja do której zaraz dojdzie będzie winą potężnej dawki adrenaliny i furii. Zrywam się do biegu i kieruję się do salonu, w miejsce gdzie na ścianie wisi pogrzebacz do kominka. Chwytam go i lecę do kuchni. Musieli mnie usłyszeć, lecz zanim ktokolwiek zdąża zareagować, wskakuję na plecy zabójcy; jedno ramię zaciskam na jego gardle, a trzymanym w drugiej ręce pogrzebaczem walę go jednym mocnym ruchem w głowę.
- Katy! – słyszę jak ktoś krzyczy, a zaraz potem rozlega się ciche łkanie jednej z moich przyjaciółek.
            Chłopak zachwiał się dzięki mojej szybkiej akcji, przez co wypuścił Lolę z żelaznego uścisku.  Był zbyt zszokowany by ją utrzymać przy sobie. Dziewczyna szybko ucieka, a ja skupiam teraz pełną uwagę na jego kruczoczarnych włosach i powtórnie wykonuję zamach pogrzebaczem z kominka. Oboje tracimy grunt pod nogami, ale nawet gdy czuję jak padam na twardą posadzkę, nie przestaję okładać go wszystkim czym tylko się da. Siadam na nim okrakiem, a wolną rękę zaciskam na mojej prowizorycznej broni; teraz to ja mam władzę.
            Jednakże bardzo szybko zostaję zepchnięta z jego ciała, prawie frunę w powietrzu aż w końcu uderzam w ścianę. Upadam na kolana i podpieram się na rękach. Spoglądam na napastnika i zaciskam dłoń na pogrzebaczu, a zaraz potem zamierzam się na niego z pełną prędkością.
            Jednak moja ręka ściskająca broń zostaje zamknięta w mocnym uścisku jego dłoni, a noga zabójcy trafia w bok mojego ciała. Zataczając się kilka razy, opadam na ziemię i nieruchomieję leżąc na brzuchu.
- Katy! – słyszę wołanie, prawdopodobnie Sandy.
            Jestem zdolna jedynie wymamrotać coś nieskładnie tylko po to by dać im znak, że jeszcze żyję. Po chwili unoszę głowę i widzę jak napastnik trzyma w jednej dłoni pogrzebacz, a w drugiej wciąż ściska nóż. Podnosi się z ziemi i odwraca ku mnie.
- Ty cholerna dziwko – warczy, a jego głos sprawia, że dreszcz przeszywa całe moje ciało. Włosy na karku stają mi dęba, gdy jego lodowaty wzrok skupia się na mnie z nienawiścią. Jego zimne oczy wydają się nie mieć powiek, wygląda jakby w ogóle nie mrugał. Jego usta… To okropne. Jego usta są wycięte na kształt wiecznego uśmiechu z zaschniętą krwią w kącikach warg i na cięciach w skórze. Mogę dostrzec, że krew jest też na jego przybrudzonej bluzie.
            Szybko próbuję odczołgać się od niego, zachowując równowagę, ale jestem zbyt oszołomiona uderzeniem. W końcu udaje mi się podnieść na nogi i stanąć prosto, wciąż jednak czuję ból w okolicach brzucha.  Czuję się jak maszyna gdy automatycznie podnoszę się z podłogi.
            Wtem słyszę chichot, maniakalny śmiech tego potwora.
- Co się stało? Aż tak bardzo chciałaś być bohaterką… A co to za bohater bez złego charakteru u boku?
            Spoglądam na niego oddychając głośno i ocierając usta. Wciąż czuję ekstremalny ból przeszywający moje podbrzusze.
            Nagle robi krok w moim kierunku, a mój wzrok ucieka w stronę Loli i Sandy. Wyglądają jak sparaliżowane strachem. Wracam wzrokiem do chłopaka i cofam się pod ścianę, trzymając rękę w miejscu gdzie mnie walnął.
            On zaś wciąż podchodzi coraz bliżej mnie, jego szyderczy uśmiech robi się bardziej dziki z każdym krokiem jaki stawia w moim kierunku. Kiedy przypiera mnie już praktycznie do ściany i znajduje się w niewielkiej odległości ode mnie, już wiem.
            Wiem, że mnie zaraz zabije.
            Odwracam głowę, gdy jego twarz jest tuż przy mojej. Swoją sylwetką zakrywa prawie całkowicie moje drobne ciało. Wciąż odwracam wzrok, byle na niego nie patrzeć. On zaś obraca nóż między swoimi palcami, bawiąc się nim.
- Co się stało panno ,,goody two-shoes”*? Jakieś pomysły? Szkoda, zaczynała mi się już podobać nasza walka.
            Przełykam ślinę, gdy czuję jego gorący oddech na moim policzku. Odwracam wzrok w drugą stronę szukając czegoś co uwolniłoby mnie z tej sytuacji.
- Jednak jest zbyt łatwo – zaczyna się szaleńczo śmiać, zanim unosi swój nóż. Wiem co on chce zrobić. Zanim zdąża mnie nadziać na ostrze robię unik, przez co jego broń  przecina mi tylko skórę po jednej stronie brzucha. Potykam się przez to i ląduję na kolanach,  a moja ręka automatycznie wędruje w stronę rany na ciele. Ból jest dobry, otrzeźwiający. Adrenalina sprawia, że szybko o nim zapominam. Obracam się i widzę jak uśmiecha się jeszcze szerzej niż wtedy, gdy widział mnie żałośnie skuloną u jego boku. Krew z rany na brzuchu powoli zaczyna spływać na moją dłoń trzymaną przy skórze.  Ponownie przebiega po mnie wzrokiem, lecz tym razem jest odwrócony plecami do moich przyjaciółek. Patrzę na nie proszącym wzrokiem. Lola jest tą która odbiera sygnał i wyciąga zaciśnięte pięści w kierunku mordercy.
- Ej ej ej, nie tak szybko. – chłopak odwraca się w mgnieniu oka i chwyta przedramię Loli zaciskając na nim dłoń w żelaznym uścisku, tak mocnym, że dziewczyna aż załkała z bólu. Chcę wstać i pomóc ale nie jestem w stanie…
- Co tu się dzieje?! – dostrzegam trzy postacie w drzwiach. Rayne, Farah i Mandy. Czuję wszechogarniającą ulgę, gdy je tu widzę. Nawet jeśli jest to największy zabójca, nikt nie da rady zmierzyć się w pojedynkę z sześcioma dziewczynami.
            Na ich twarzach maluje się szok, gdy widzą krew, słynnego mordercę oraz widmo strachu wyczuwalne w całym pomieszczeniu. Zabójca jedynie głośno wzdycha i przewraca oczami.
- No oczywiście… Zawsze napatoczy się jakieś kurestwo. Cholera. LJ!
            Unoszę brwi, bo wydaje się że morderca kogoś woła. Czyżby w tym domu było jeszcze więcej osób? Nie może być..!
            Zanim zdążam zareagować, żarówki lamp zaczynają pękać jedna po drugiej, nawet jeśli nie były zapalone. Straszliwy, wyjący wiatr przeszywa powietrze w kuchni, a ja zakrywam ramionami głowę by uchronić się od fruwających wszędzie odłamków szkła. Słyszę krzyki, a zaraz po nich nastaje martwa cisza.
- Skończ już to przedstawienie, LJ – syczy zabójca. Mówiąc to wydaje się patrzeć na nic, w przestrzeń.
            Nagle przed nami formuje się ciemna, fioletowa chmura dymu, z której wychodzi mężczyzna. Jeśli można byłoby go tak w ogóle nazwać. Wygląda jak klaun, ale nie taki typowo normalny, nie… Wygląda jakby wyszedł wprost z jakiegoś horroru.
            Na jego stój składają się czarne i białe ubrania, przez co cała jego postać wydaje się być monochromatyczna. Ciemne włosy sięgają mu do ramion, a na twarzy maluje się dziki uśmiech ukazujący ostro zakończone zęby. Jego długie ręce zakończone są pazurami, w dodatku jego nos jest szpiczasty... A ponadto są na nim czarno-białe paski.
            Dym znika ujawniając w pełnej krasie dwie ciemne sylwetki odznaczające się na tle księżycowego, nocnego światła.
- Pomyślałem, że możemy się trochę zabawić zanim zaspokoimy naszą ciekawość…
            Nie mam pojęcia co się dzieje. Skąd wziął się ten facet? Czy to w ogóle człowiek? Dlaczego jest ubrany jak klaun? Tak dużo pytań a tak mało czasu by nad nimi pomyśleć i uzyskać odpowiedzi…
            Wiem tylko jedno – jest coraz gorzej.
            Skaczę wzrokiem od zabójcy do klauna, oboje wyglądają na zbyt zaabsorbowanych kłótnią, by zwracać dłużej uwagę na dziewczyny w pokoju. Wtem jednak dostrzegam jak spojrzenie monochromatycznego klauna mknie prosto ku  mnie.
- Jesteś pewien że to ten dom? – pyta klaun, wciąż nie spuszczając ze mnie wzroku. Czuję się źle, jakby robił mi coś samym spojrzeniem, jakby prześwietlał wzrokiem moją duszę. Uciskam mocniej ranę na brzuchu i wyczuwam jeszcze mocniejszy, metaliczny zapach krwi.
- Jasne, że to ten, kretynie. Ben nie podałby nam błędnego adresu. – mówi drwiąco zabójca, patrząc na klauna, który wydaje z siebie szaleńczy chichot.
 - Więc drogie panie, to niebywała przyjemność móc was poznać – klaun robi uprzejmy ukłon przede mną i moimi przyjaciółkami. Jego hipnotyzujący wzrok jest widoczny nawet poprzez kurtynę jego włosów, a dziki uśmiech jest wciąż przyklejony do jego twarzy.
- Jak myślisz, Jeffrey? Powinniśmy się z nimi nieco zabawić? – pyta. Dostrzegłam jak drugi zabójca spiął się gdy klaun powiedział ,,Jeffrey”. Jednak przy końcówce zdania uśmiech powraca na jego twarz.
            Mały kłąb dymu pojawia się przy zabójcach, a w rękach mężczyzny materializuje się kartonowe pudełko. Unosi je lekko by pokazać nam co jest w środku.
            Telefony.
            Dokładniej, NASZE telefony.
            Słyszę jak dziewczyny wydają z siebie okrzyki przerażenia, kiedy dostrzegają sześć komórek ciasno ułożonych jedna obok drugiej w niewielkim pudełku.
            Jak on je zabrał?!
            Mój telefon jest na wierzchu, leży na Blackberry Farah.
            Zwracam się w kierunku dwójki zabójców, chcę wiedzieć co to ma znaczyć. Oczywiście zabrali nam telefony byśmy nie mogły zadzwonić po policję… Pytanie jest co planują z nami zrobić?
- Powiedzmy, że chcemy czysto zagrać. Oczywiście w tym wypadku nie będziecie tego potrzebowały – klaun chichocze przy ostatniej części zdania co sprawia, że myślę o nim jak o jeszcze większym dupku.
- Macie 5 minut na ucieczkę, schowajcie się gdzie chcecie. Po pięciu minutach zaczniemy was szukać. Jeśli was nie znajdziemy, jesteście wolne. Jeżeli jednak wykryjemy gdzie się chowacie, zrobimy z wami co chcemy.
            Słyszę okrzyki przerażenia; ja sama otwieram szeroko oczy. Czy te potwory w ludzkiej skórze mówią poważnie?
            Co oni sobie myślą? Mogę przecież uciec na zewnątrz i powiadomić sąsiadów albo po prostu wybiec stąd z krzykiem i zaalarmować wszystkich wokół. Nie mogę jednak się powstrzymać od myśli, że coś takiego w tym wypadku nie przejdzie.
Ten klaun zabrał z domu wszystkie telefony nie wiedząc nawet gdzie ich szukać. Wciąż nie mam pojęcia jak poznajdował je tak szybko, musiałby ostatnio obserwować nas przez jakiś czas …Drżę na tą myśl. Nie, to nie możliwe. Zauważyłabym to przecież, prawda? Cisza w pokoju dobija mnie, nikt nie ośmiela się wydać najmniejszego dźwięku. Jesteśmy przestraszone i skonfundowane.
            Czego oni od nas chcą?!
            To nie wygląda na jakiś chory żart. A nawet jeśli to zaszło to już za daleko, ten facet prawie mnie zabił! Niemal potrząsam głowa by odpędzić od siebie te myśli. Wszystkie pytania nie są teraz ważne, muszę się teraz skupić na jednym. W moim domu jest dwójka zabójców, którzy nie zawahają się brutalnie nas zamordować, mam jednak szanse uciec i ukryć się przed nimi.
- No to jedziemy moje drogie panie, zaczynamy zabawę… teraz.
            Mija kilka sekund i jedna z dziewczyn odwraca się i wybiega z pokoju. To Sandy. Po tym jak wybiegła, odwracam się do morderców i posyłam im ostatnie spojrzenie przed wyskoczeniem z pokoju. Stoją tam gdzie stali, patrząc na mnie z wkurzającymi uśmieszkami na twarzach. Ten z wyciętym uśmiechem ma skrzyżowane ręce na piersi i coś mrocznego w oczach.
            Czyste zło.
            Boję się, muszę stąd uciec. Chcę coś powiedzieć by zostać z innymi dziewczynami, lecz.. Nie, nie chcę tego. Koniecznie musimy się rozdzielić. Wiem, że inne dziewczyny też są tego świadome. Nigdy nie zostawiłybyśmy drugiej na pastwę losu. Teraz jednak musimy zwiększyć swoje szanse na przeżycie.
            Widzę Sandy stojącą przy frontowych drzwiach. Desperacko szapie za klamkę kilka razy, lecz drzwi ani drgną.
- Są zatrzaśnięte – mówi płaczliwie, gdy wszystkie dziewczyny gromadzą się wokół niej. Każda z nas próbuje otworzyć drzwi, lecz po chwili dociera do nas, że jeśli nie otwierają się tak jak zwykle to znaczy, że nie jesteśmy w stanie ich otworzyć w jakikolwiek sposób.
- Musimy się rozdzielić! – oznajmia Farah, a jej wzrok skupia się na drzwiach od kuchni w nadziei, że napastnicy nas nie słyszeli. Wszystkie zgadzamy się z nią, rozdzielenie się jest najlepszym pomysłem.
            Odwracam się i  biegnę przez salon w kierunku okna. Rękę mam wciąż przyciśniętą do krwawiącej rany, staram się jak najbardziej ignorować ból. Nie jest to takie trudne, jedyna rzecz jaka trzyma mnie teraz w pionie to adrenalina.
            Próbuję otworzyć okno, lecz jest ono zamknięte na amen, tak samo jak drzwi. Ogarnia mnie desperacja, kiedy myślę o dobrym miejscu do ukrycia się. Wiem, że znalezienie jak najlepszej kryjówki to jedyna rzecz jaką mogę teraz zrobić. Wszystkie drzwi i okna są prawdopodobnie tak samo zamknięte… A rozbicie szyby może poskutkować jedynie natychmiastowym złapaniem. Wątpię żeby Ci napastnicy grali zasadami fair-play.
- Znalazłeś to już? – słyszę nagle głos dobiegający z kuchni, a wrodzona ciekawość nakazuje mi by dowiedzieć się czym owe ,,to” jest…
- Oczywiście, że nie, idioto. Gdybym to znalazł, nie prosiłbym Cię o pomoc. – słyszę jak ktoś odpowiada burkliwym tonem głosu.
- Jestem zaszczycony, Jeffrey. Więc zasady się zmieniają, musimy je wziąć tak czy inaczej.
            Zaczynam się bać. Wziąć je?
            Nie mam pojęcia ile sekund czy minut minęło ale muszę jak najszybciej znaleźć sobie kryjówkę.
            Rezygnuję z dalszego podsłuchiwania i wyskakuję jak z procy z salonu na schody. Cały dom jest porażająco cichy. Jakie do cholery mam szanse by wygrać tą głupią grę? Nie ma już czasu na szukanie pozostałych! Muszę zrobić coś by zawiadomić policję, sąsiadów, kogokolwiek! Nawet nie mam swojego telefonu…
            Chwileczkę…
            Mój telefon leżał na Blackberry Farah…
            A Farah ma przecież dwa telefony!
            Jej Blackberry jest stare i często się zawiesza. Nie chce kupić sobie nowego, więc używa także drugiego, starego modelu telefonu w nagłych wypadkach. Wiem, że ma go gdzieś w pokoju.
            Momentalnie wbiegam do pokoju Farah, zastanawiając się ile minut mi zostało. Przetrząsam wszystko niczym huragan, szukając jej komórki. Agresywnie otwieram szuflady i prawie wywalam z nich wszystko na ziemię by znaleźć to czego najbardziej w tej chwili potrzebuję. Nie obchodzi mnie ile robię hałasu.
            Może Farah też pomyślała o tym i go zabrała?
            Zatrzymuję się, gdy ta myśl pojawia się w mojej głowie. Mogła przecież to zrobić… Nagle coś lśniącego w głębi szuflady przykuwa mój wzrok.
            Telefon!
            Jednak… co powinnam teraz zrobić? Mam telefon, mogę zadzwonić po policję, byłaby tu za parę minut…

Czy…


*****
Ten rozdział pozwala Ci wybrać co wydarzy się później.
Jednak wybierz rozważnie, ponieważ błędna decyzja może przynieść dla ciebie niezbyt przyjemne zakończenie…

---------------------------------
* Nie wiedziałam jak to przetłumaczyć. Można jedynie snuć własne domysły, jak macie pomysł to piszcie w komentarzu.

Jak widać mamy gościa w rozdziale - obecnością zaszczycił nas Laughing Jack! *brawa* :D
 Jak najszybciej postaram sie przetłumaczyć obie wersje rozdziałów :D 

2 komentarze: