niedziela, 3 lipca 2016

Chapter 14 ,,Alive"

Hej ho! Wracam z tłumaczeniem :D wybaczcie za opóźnienie, ale miałam ciężki miesiąc - czerwiec. 
Teraz już wracam. Wracam.

-----------------------------------



‘Thump thump… thump thump… thump thump…’

            Coś słyszę. Słaby dźwięk powoli dociera do moich uszu. Brzmi znajomo, lecz nie mam pojęcia skąd dochodzi. Czuję, że  jest blisko…
            Chwila!
            To moje własne serce! Wciąż bije! Gwałtownie biorę wdech, wciągam tak potrzebne mi powietrze, dopóki coś dziwnego nie napiera na moją klatkę piersiową. Otwieram szeroko oczy i widzę przed sobą jedynie ciemność, jakby moje powieki wciąż były zamknięte.
            Kiedy czuję, że odzyskałam kontrolę nad własnym ciałem, chcę się rozejrzeć, lecz jest zbyt ciemno by cokolwiek dostrzec. Gdy próbuję się poruszyć, dociera do mnie, że siedzę na krześle, a ręce są związane z tyłu za moimi plecami. Twarda, drewniana powierzchnia stołu ociera się o mój brzuch za każdym razem gdy nabieram  powietrza do płuc.
            Wszystko nagle odbija się w mojej pamięci. Alarmy, strzały… Ten morderca. Nie mogę uwierzyć, że do niego strzeliłam i to w dodatku kilka razy! A on nawet się nie zachwiał! Zamiast tego dalej mnie atakował! O nie… Gdzie jestem? Czy to tu trafiały wszystkie moje przyjaciółki?
            Przez wiatr owiewający nagą skórę moich nóg, domyślam się, że wciąż jestem w piżamie. Nie oczekiwałam niczego innego, szczerze to nie chciałam by się okazało, że mnie przebierali. Bycie w tych samych ciuchach, w pewien sposób czyni mnie bardziej spokojną.
            Czuję się jakby moja skóra była czymś pokryta, a metaliczny zapach dociera w tym samym czasie do mojego nosa. Domyślam się, że wciąż jestem pokryta zakrzepłą krwią. Jest mi niedobrze, potrzebuję prysznica. Jednak teraz, muszę się skupić,  największą potrzebą jest wydostanie się stąd.
            Próbuję się wiercić  by poluzować więzy, lecz bez rezultatu. Jedyną rzeczą którą mogłabym zrobić jest zaalarmowanie zabójców, że jestem już przytomna, poprzez potrząsanie moimi kajdankami.
            W tym momencie drzwi otwierają się, a światło wyzierające z otwartych wrót oślepia mnie momentalnie. Zamykam oczy, by ochronić źrenice przed oślepiającym źródłem światła.
- Nareszcie, obudziłaś się. – słyszę czyjś zirytowany głos.
            Rozpoznaję go. Ogarnia mnie strach, kiedy słyszę jak ciężkie wojskowe buty zbliżają się do mnie. Zaklinam swoje oczy by jak najszybciej przystosowały się do intensywnego światła, chce wiedzieć co on planuje ze mną zrobić.
            A może nie, wcale nie chcę…
- Zajęło ci to cholernie długo, wiesz? Nienawidzę czekać, zwłaszcza, kiedy twoje żałosne, ludzkie ciało jest tak blisko. – jego dłoń o twardych opuszkach palców wsuwa się w moje włosy w pewnego rodzaju formie pieszczoty. Przełykam ślinę, zanim zdobywam się na odwagę, by zapytać:
- Dlaczego tu jestem?! – wyrzucam z siebie, nie tak ostro jak planowałam, lecz stało się, nie mam czasu by się nad tym zastanawiać.
            Niemal momentalnie jego noszące ślady poparzeń palce zaciskają się mocno na moich włosach. Unosi w górę moją głowę, tak abym miała dobry widok na jego twarz.
- Nie odzywaj się kurwa do mnie, dopóki nie zadam ci pytania, rozumiesz?! – jego uścisk na moich włosach wzmacnia się w sekundę, zanim zdążam wymamrotać pełne boleści ,,tak”, przez co mnie puszcza. Kątem oka widzę jak uśmiecha się szatańsko, dostrzegając mój strach.
- Zacznijmy, dobrze?  Im szybciej z tym skończymy, tym szybciej MY będziemy mogli zacząć. – końcówce zdania towarzyszy jego głośny chichot. Zerka na mnie, by sprawdzić czy załapałam. Nie mam pojęcia o czym on mówi, ale boję się myśleć o co mu chodziło.
            Nagle obraca się i dłońmi uderza w blat stołu tuż przede mną z taką siłą, że drewno aż jęczy w proteście. Podskakuję ze strachu, zlękniona, kiedy on wpatruje się we mnie z poszerzającym się dzikim uśmiechem.
- Co wiesz o rządowym projekcie ,,Creepypasta”?
            Projekt ,,Creepypasta”? O czym on do diabła mówi? Nie wiem nic o czymś takim!
- N-Nic – jąkam się pomiędzy oddechami, przerażona, gdy mężczyzna pochyla się nad stołem. Jego oczy bez powiek zapewne zmrużyłyby się teraz gdyby mogły. Jego gorący oddech omiata moją skórę.
- Pierdolenie. – odsuwa się od stołu i zaczyna mówić podniesionym głosem –  To jedno wielkie pierdolenie! Wiesz coś o tym, kurwa. Zmuszasz mnie bym ci o tym przypomniał… -  znów przybliża się do mnie, stawiając duże kroki. Słyszę ich odgłos dopóki nie staje za mną. Drżę, gdy czuję jego dłoń z tyłu na moich włosach.
- Co DO JASNEJ CHOLERY wiesz o projekcie ,,Creepypasta”?
            Próbuję się wyswobodzić z jego żelaznego uścisku, jednak to bezowocne. Chcę mu powiedzieć, że coś wiem, tylko po to by mnie puścił, ale nie chcę kłamać. Bo szczerze… nie mam pojęcia o czym on mówił.
- J-ja.. nie wiem!
*SLAM!*
            Gwałtownie uderzył moją głową o blat stołu, niemalże zostawiając ślad w drewnie. Zachłystuję się powietrzem, które uleciało ze mnie przez uderzenie; ból przeszywa całe moje ciało.
- Nie opowiadaj mi tu kurwa kłamstw! Już, odpowiadaj!
            Mogę wyczuć że jego cierpliwość się kończy, osiąga już prawie minimum, ale wciąż nie wiem o co mu chodzi! Co on chce ode mnie usłyszeć?!
- NIE WIEM! – krzyczę w panicznej desperacji, na co on ponownie uderza moją głową w stół. Na drewnie zostaje czerwony ślad i tym razem jest to moja własna krew. Czuję jak szkarłatny płyn spływa po moim czole, kiedy uderza mną o stół po raz  kolejny.
            Kiedy w końcu podciąga mnie do pionu, czuję jak jego szorstka dłoń zaciska się na moim gardle. Próbuję wciągnąć powietrze, ale nie daję rady. Z wiedzą eksperta wiedział jak mnie chwycić by całkowicie odciąć dopływ tlenu z zewnątrz do moich płuc.
- Pogarszasz tylko swoją sytuację.. A wcale nie musiało tak być.
            Patrzę w jego oczy bez powiek i widzę jak odbija się w nich szaleństwo i obłęd.  Zabije mnie. Wiem to. Jego uścisk się zacieśnia tak bardzo, że mam wrażenie, że oczy zaraz wyskoczą mi orbit. To chyba mój koniec. Nigdy nie zobaczę już rodziców ani moich przyjaciół, nic już nie ma znaczenia..
            Nagle jego uścisk słabnie aż w końcu puszcza mnie całkowicie. Odpycha mnie tak gwałtownie, że ląduję na krześle i przechylam się wraz z nim do tyłu. Ląduję na podłodze na rękach, a ból przeszywający moje nadgarstki i dłonie jest tak silny, że mam ochotę krzyczeć.
            On zaś mamrocze coś do siebie czego nie mogę dosłyszeć i wychodzi zostawiając mnie leżącą na zimnej, brudnej podłodze.

***

            Mam wrażenie że leżę tak już od paru godzin. Jedyny dźwięk który do mnie dociera to chrobotanie myszy gdzieś na podłodze i moje własne ciche szlochy. Patrzę nieruchomo w sufit, a łzy spływają po moich policzkach ubrudzonych krwią. Rana na głowie wciąż nie przestaje krwawić.
            Wtem słyszę czyjeś zbliżające się kroki. Natychmiast milknę i wstrzymuję oddech, kiedy klamka w drzwiach się porusza. Wrota otwierają się wypełniając pokój światłem. Nie widzę kto wszedł do środka, ale modlę się by to nie był Jeff.
- Spójrz na to, Hoodie. Jeff już tu był. – kulę się w sobie na sam dźwięk Jego imienia. Ciekawość jednak bierze górę nad strachem; jeśli nie wszedł tutaj Jeff to kto? Próbuję zerknąć na oprawców, lecz dotychczasowa pozycja mi na to nie pozwala.
- K-Kim jesteś? – ośmielam się zapytać. Jeff pouczył mnie bym nie odzywała się nie pytana, lecz czuję potrzebę by się czegoś dowiedzieć. Może uda mi się zebrać chociaż parę odpowiedzi zanim mnie  całkowicie wykończą.
            Natychmiast czuję czyjąś stopę na brzuchu. Przetaczam się i zahaczając o krzesło, ląduję na swoim rozwalonym nadgarstku. Wydaję z siebie urywany szloch pełen bólu i zagryzam usta by nie wydać już z siebie żadnego dźwięku. Czuję jak kolejna porcja łez gromadzi się w moich kącikach oczu.
- Co to miało być? Nie dosłyszałem – przyciska mocniej stopę do mojego ciała, a ja spoglądam na stojącą  nade mną osobę. Jego twarz zakryta jest białą maską, nosi kurtkę w bliżej nieokreślonym żółtym odcieniu. Głos ma podszyty szaleństwem, tak samo jak Jeff.
- S-Stop! – szlocham, kiedy nacisk się zwiększa. Wiercę się by tylko zmniejszyć w jakikolwiek sposób poziom bólu.
- Masky przestań się bawić z naszą ofiarą i ją w końcu przesłuchaj. Nie mamy całego dnia. – mówi nieznajomy. Nie wiem kto to jest, ale mam dreszcze gdy słucham jego głosu. Pokój jest przepełniony chorym napięciem, nie chcę wiedzieć od którego psychopaty ono pochodzi.
- Nie psuj zabawy, Hoodie.
            Czuję jak nacisk na moim brzuchu odrobinę się zmniejsza i wydaję z siebie westchnienie ulgi, gdy mężczyzna w końcu ze mnie schodzi. Prawie natychmiast czuję uchwyt dłoni na włosach i zostaję postawiona do pionu. Przełykam ślinę w panice.
            Mam zaciśnięte powieki, bo świat wiruje mi przed oczami. Stoję kompletnie nieruchomo, lecz nagle czuję jak czyjaś ręka boleśnie uderza mnie w twarz.
- Jesteś ze mną, słoneczko?
            Natychmiast otwieram oczy i widzę zamaskowanego mężczyznę tuż przede mną; to ten walnął mnie w twarz.
            Wzrokiem mknę do sylwetki mężczyzny stojącego w kącie pokoju. Ten ma skrzyżowane ramiona na piersi i jest zwrócony w naszym kierunku. Nosi żółtą bluzę z kapturem, który prawie w całości zakrywa jego twarz. Spod niego jest jednak widoczny smutny czerwony uśmiech, co mówi mi że ten mężczyzna również nosi maskę. Na dłoniach ma rękawiczki, a w jednej ręce ściska ostry nóż.
            Takie typy osób, z którymi lepiej nie zadzierać.
- Wiesz, sprawiłaś nam naprawdę dużo kłopotu, dziewczyno. Wciąż chowałaś swoją żałosną osobę przed nami kiedy moglibyśmy i tak porwać cię tak czy inaczej.
            Zamaskowany mężczyzna śmieje się cicho i kręci głową zanim znów skupia pełną uwagę na moim skulonym ciele.
- Więc powiedz mi, co wiesz o projekcie ,, Creepypasta”?
            Moja nadzieja, że kiedykolwiek mnie stąd wypuszczą spada do zera, kiedy z jego ust pada to przeklęte pytanie. Jak niby miałabym to wiedzieć? Co podsunęło im pomysł, że coś kiedykolwiek słyszałam o tym projekcie?
- J-Ja nie wiem – odpowiadam szczerze, mając nadzieję, że jakimś sposobem wyczują, że mówię prawdę.
            Cóż, na co ja liczę, prawdopodobnie jednak nie wyczują.
            Wzrok skupiam na niewielkiej, czerwonej, zaschniętej plamce krwi na blacie stołu i  modlę się w duchu by okazali mi litość.
- Nie chcesz współpracować? Twój wybór – mówi i idzie na koniec pokoju. Zdejmuje coś ze ściany i z powrotem wkracza w krąg światła. Młotek. Zdjął ze ściany cholerny młotek. Prawdopodobnie chce mi teraz rozwalić czaszkę na tysiące kawałeczków.
            Kiedy widzę narzędzie, zaczynam panikować i wydaję z siebie cichy szloch, czując jak zimne strużki potu spływają po moim ciele.
- Nie mam cholernego pojęcia o czym wy ludzie mówicie! Nie wiem nic o tym projekcie! Skąd miałabym wiedzieć?
            Desperacja przepływa przeze mnie, gdy wbijam wzrok w kołyszący się młotek w rękach mężczyzny, stawiającego wolne kroki w moim kierunku.
- Ta jedna jest najbardziej niegrzeczna ze wszystkich, nie sądzisz Hoodie? – zamaskowany mężczyzna zwraca się do wciąż nie ruszającego się towarzysza w kącie pokoju. Zakapturzony mężczyzna nie odpowiada. Stoi tylko i się patrzy.
- Jestem ciekaw czy ona zamknie tę swoją niewyparzoną gębę jak już jej powybijam wszystkie zęby.
            Otwieram szerzej oczy, kiedy dociera do mnie co powiedział. Wybić zęby? Oni są naprawdę obłąkani!
- Myślę, że ona naprawdę nie ma pojęcia o czym mówimy – obracam głowę do źródła głosu dochodzącego z kąta pokoju. To ten zakapturzony gość. Opiera się o ścianę, ze skrzyżowanymi na piersi ramionami. Wierzy mi?!
            Zamaskowany mężczyzna obraca się mrucząc coś skonfundowany, a zakapturzony facet podchodzi bliżej mnie.
- Ale musi coś wiedzieć. Była z tymi gośćmi z FBI przez kilka tygodni – mówi zamaskowany typ, niemalże kpiąc z wcześniejszych słów swojego towarzysza, jakby udowadniał mu jego głupotę. Ale taka jest prawda. Jeśli tylko byłby w stanie mi uwierzyć…
- Może ona potrzebuje nieco… WYJAŚNIENIA – odpowiada zakapturzony mężczyzna, robiąc krok w kierunku zamaskowanego typa. Wyciąga rękę na której ma rękawiczkę, jakby gestem zachęcał mnie do mówienia. Otwieram usta, ostrożnie próbując sformułować pytanie tak by nie rozzłościć tej dwójki.
            Koniec końców dostałam jakąś tam szansę.
- J-ja… Nie wiem czym jest ten projekt ,,Creepypasta”. Co macie na myśli pytając o to? – odzywam się drżącym głosem, starannie dobierając słowa.
            Oboje stoją w ciszy, patrząc (a przynajmniej tak zakładam) na mnie, zanim zamaskowany mężczyzna odpowiada:
- No dobrze. Skoro zapytałaś tak ,,miło” – z naciskiem na ,,miło” – Myślę, że możemy ci odpowiedzieć. Ci popaprańcy, którzy szaleją, zabijając głupich ludzi naokoło są na celowniku FBI. Agenci FBI pracują nad czymś, ale nie wiemy co to jest. Znaleźliśmy ich główną bazę, ale oprócz kilku nieudanych planów i martwego ciała jednego z naszych, nic nie zdziałaliśmy. Aż dopóki nie dostaliśmy cynku, że chowają oni coś czego my szukamy. Te cioty którym uciekłaś w tamtą noc zostali wysłani by znaleźć ową rzecz której poszukujemy.
            Zaczyna się głośno śmiać, co chwilę trwa, zanim kontynuuje opowiadanie.
- Oczywiście, spieprzyli to, nie znaleźli tego. Tak więc nasz szef kazał przyprowadzić tutaj te cholernie użyteczne pozostałe z was, ponieważ wie, że jedna z was jest córką jednego z tych idiotów, którzy stanęli przeciwko nam.
            Wtedy rozjaśnia mi się obraz sytuacji. To tak, jakby kawałki puzzli wskoczyły na swoje miejsce, a moja głowa mogła w końcu pracować na pełnych obrotach. Wszystkie informacje w jednej chwili uporządkowałam i połączyłam w całość. Okłamywałam samą siebie, myliłam się przez cały ten czas.
            Miałam odpowiedź, którą chciałam uzyskać. Odpowiedź na pytanie, które gnębiło mnie przez tyle tygodni; było główną myślą moich rozważań, przyczyną bólów głowy.
            W końcu wiem dlaczego mnie uprowadzono.
            Przez ojca Loli.