piątek, 18 listopada 2016

Chapter 15 ,,Another reason"

Przepraszam wszystkich za tak długą nieobecność, ale miałam przeprowadzkę i rozpoczęcie nowych studiów na drugim końcu Polski (pozdrawiam Poznań! :D). 
 Przysiadam jednak znów do rozdziałów i wracam do tłumaczenia. 

_______________________________________________________


      To on sprowadził to wszystko na mnie i moje przyjaciółki, nawet na swoją własną córkę. Teraz już wiem o co im chodziło z tym projektem Creepypasta. To projekt nad którym aktualnie pracowała firma ojca Loli. Nagle w mojej głowie pojawia się kolejna myśl, gdy przypominam sobie o owej „rzeczy” o której wspomnieli, a której szukają.
      Nie może być że chodzi im o ten plan próbki leku, broni. Ten przeklęty projekt który schowany był w naszym domu przez Lolę. Jeśli by tak było, Lola powiedziała by im o nim, prawda? Chyba że naprawdę nie chciała by to znaleźli. Nie byłam jeszcze torturowana, ale wiem że ból będzie większy niż będę w stanie go znieść.
      Wtem czuje silny cios ręki spadający na moją twarz. Głowa odskakuje mi w bok, a policzek zaczyna nieprzyjemnie piec. Zwracam twarz z powrotem w kierunku dwóch zabójców; zamaskowany stoi z uniesioną ręką po wymierzonym ciosie, a zakapturzony powrócił na swoje miejsce przy ścianie.
- Nadążasz, słoneczko? - pyta, a ja natychmiast kiwam głową, pokazując że rozumiem co mówi i nie musi mnie więcej walić w twarz. Oczywiście nie mam gwarancji, że nie potrzebowałby powodu by mnie uderzyć.
- Nazywają to ,, projektem Creepypasta” i jest to oczywiście ściśle tajne – warczy przy słowie ,,tajne” i zwraca się twarzą do mnie – Ale jestem pewien że Ty wiesz coś więcej na ten temat. - podsuwa chłodną część młotka pod mój policzek i unosi go tak, że mam teraz idealny widok na jego maskę.
      Wolno przełykam ślinę nie ośmielając się odwrócić wzroku od jego czarnych oczu widocznych zza maski. Nie mam pojęcia dlaczego Lola nie powiedziała im nic o tym projekcie i broni, przecież ta informacja jest na miarę życia. I tak jakoś się o tym dowiedzą. To jedyne wyjście bym mogła przetrwać.
- O-O-On... - zaczynam, ale nagle przerywa mi ostre walnięcie młotkiem w stół. Zamaskowany mężczyzna odwraca się od drewnianego mebla w moją stronę.
- Przestań do jasnej cholery się jąkać, brzmisz jak Toby – pochyla się nade mną tak, że jeśli nie nosiłby maski mogłabym poczuć jego oddech na swojej skórze.
- A ja NIENAWIDZĘ Toby'ego – wstrzymuję oddech, kiedy jest tak blisko mnie, a jego złowroga aura otacza mnie, gdy się nie wycofuje.
- Oni planują stworzyć broń przeciwko wam! - szybko wyrzucam z siebie, mając nadzieję, że ta odpowiedź zadowoli go wystarczająco by się choć trochę cofnął. Oczywiście, nie podziałało. Szczęście nie jest tym razem po mojej stronie.
- Broń? Więc kontynuują pracę nad tym? Po prostu wspaniale. - zamaskowany mężczyzna robi kilka kroków w tył i rozgląda się jakby się głęboko nad czymś zastanawiał. Moja klatka piersiowa unosi się w górę i w dół w nienaturalnym tempie, kiedy wzrokiem śledzę każdy jego ruch.
- Jakikolwiek pomysł gdzie są plany tej ,,broni”?
      Przygryzam wargę i wbijam wzrok w tył głowy zamaskowanego zabójcy kiedy myślę co odpowiedzieć. Powiedzieć im o tym? Chyba naprawdę nie mam wyboru...
      Gromadząc wszystkie informacje, które usłyszałam podczas rozmowy, stwierdzam że trzymają mnie tu bo myślą, że mam kluczowe informacje dotyczące projektu. Przecież ja praktycznie nic o tym nie wiem, pomimo faktu, że plany projektu znajdują się w moim byłym domu.
      Mimo wszystko wydaje mi się dziwne. Dlaczego Lola nie pomyślała by im o tym powiedzieć? Albo Rayne? Naprawdę myślały że ta informacja jest bezwartościowa? Albo może chciały chronić ojca Loli? Jakkolwiek chamsko to brzmi, walić go. To przez niego to wszystko, dzięki niemu siedzę teraz przywiązana do krzesła podczas, gdy dwóch psychopatów jest na skraju powstrzymania się przed zabiciem mnie.
- To może być w moim domu – ośmielam się powiedzieć, patrząc wciąż na zamaskowanego mężczyznę. Odwraca się do mnie i wolno podchodzi do mojego krzesła.
- Nie pierdol, Sherlocku. Ale gdzie DOKŁADNIE?
      Spojrzeniem mknę do faceta w kapturze nasuniętym na czoło, stojącego wciąż w kącie w cieniu z tyłu pokoju. Nie podoba mi się, że zamaskowany stoi tak blisko mnie, przeraża nie perspektywa co by zrobił gdybym zamilkła i nie powiedziała już nic.
- W piwnicy. S-Schowany za pudłami – szybko mówię, mając nadzieję, że ich dobrze nakieruję. Masky gwiżdże cicho z zadowoleniem i odsuwa się ode mnie. Zaczyna chodzić po pokoju głęboko nad czymś rozmyślając
- Jeśli wiesz gdzie to jest, pójdziesz tam z nami, jutro. - jeden z nich odzywa się niskim, rozkazującym tonem głosu. To ten zakapturzony mężczyzna. Pójść z NIMI? Nie, nie mogę tego zrobić. Po pierwsze, musiałabym wrócić na to przeklęte miejsce zbrodni, a po drugie.. razem z mordercami.
- Heh, to dobry pomysł Hoodie.
      Nie chcę wracać tam znowu.
      Jednak nie mam wyboru.
      Jestem przerażona. Kiedy tylko znajdą miejsce gdzie leżą schowane dokumenty jest duże prawdopodobieństwo, że mogliby mnie zabić zaraz po tym. Nie, nie mogliby, oni to zrobią na pewno.
- Ach, co się stało? Boisz się? To zrozumiałe. - zamaskowany mężczyzna po raz kolejny obraca się ku mnie, śmiejąc się przerażająco, szydząc ze mnie. Jakby mógł wyczuć mój strach, mój niepokój.
- Przestań się wydurniać i chodź już. Mamy inne rzeczy do zrobienia, Masky – mówi Hoodie, po czym odpycha się od ściany i zaczyna iść w kierunku drzwi. Zamierzają mnie tak po prostu tu zostawić? Masky obraca głowę w kierunku wspólnika.
- Ahh, ale chciałem się troszeczkę zabawić – wydaje z siebie fałszywy jęk i wskazuje na mnie swoim młotem. Boję się co kryje się za słowem ,,zabawić się”. Mam jednak przeczucie.
- I to właśnie dlatego Toby pełni rolę drugiego dowódcy – na te słowa Masky odwraca się i skupia teraz całą uwagę na Hoodym. Musiał uderzyć w czuły punkt bo aura Masky'ego zmienia się ze skorej do ,,zabawy” na niebezpieczną, potworną.
- CO powiedziałeś? Chyba nie dosłyszałem. Powtórz to. - mocniej ściska młot w garści, złość wręcz z niego promieniuje. Zakapturzony mężczyzna stoi jedynie w miejscu i zaczyna mówić spokojnie:
- Toby zajął twoje miejsce, pogódź się z tym.
      Chcę przesunąć się z krzesłem i schować w kącie pod stołem. Cały pokój jest tak bardzo przepełniony niezdrowym napięciem, jakby ktoś wypompował całe powietrze z pokoju; to jest nie do opisania. 
      Prawdziwa kłótnia miała się dopiero zacząć, a ja mam to cholerne szczęście, by być w jej centrum.
      W momencie gdy Masky ma już odpłacić Hoody'emu, drzwi otwierają się na oścież, ukazując mojego wybawcę, rycerza w lśniącej zbroi.
Albo i nie.
- No proszę, proszę... Czyż to aby nie Jeffrey? - zamaskowany mężczyzna odzyskuje fason, kiedy odwraca się do uśmiechniętego zabójcy.
Widzę jak Jeff stoi, ściskając w bladych dłoniach nóż, na którym wciąż jest krew.
- Czy Ty i Velma skończyliście już cholerne przyjęcie herbaciane? Bo teraz nastał mój czas by się trochę ,,zabawić” - opryskliwie wyrzuca z siebie Jeff, a jego spojrzenie oczu bez powiek spoczywa na mnie. Przez jego wzrok przechodzą mnie dreszcze, mam nadzieję że Masky i Hoodie mają do mnie więcej pytań i przesłuchanie się jednak nie skończy.
- Co jest? Znowu TEN CZAS w miesiącu? - Masky śmieje się szyderczo, przesuwając młot w dłoniach. Oczy Jeffa na powrót kierują się na zamaskowanego mężczyznę. Prostuje się, a jego górująca nad nimi, wysoka sylwetka sprawia, że wydaje się jeszcze bardziej niebezpieczny.
- Czy to prowokacja? Wyzwanie, Tim? - warczy, ściskając mocniej nóż w dłoni, czekając tylko na sygnał by zatopić go w ciele mężczyzny naprzeciwko. Masky stoi jedynie w ciszy, po chwili kreci głową, śmiejąc się cicho.
- Obawiam się że mam ważniejsze, przydatniejsze rzeczy do roboty, ale pewnie nie wiesz co oznacza: ważniejsze i przydatniejsze. Wychodzę. - opuszcza pokój, prawie zatrzaskując za sobą drzwi. Zakapturzony mężczyzna również rusza lekkim krokiem do wyjścia i kładzie rękę na klamce.
- Nie przesadź. Musi być stanie jutro chodzić. Przyda się nam też w innych sprawach, nie tylko przy zaspokajaniu twoich potrzeb. Musi zabrać nas do schowanych planów i dokumentacji odnośnie broni.
      Jeff wydaje z siebie cichy chichot i kręci głową odwracając się ku Hoodiemu.
- Oh, nie martw się. Jestem ponadto. Myślisz że jestem tak głupi by zostawić moją zabaweczkę* z tobą i tym idiotą? - Hoddie na to obraca się do Jeffa i krzyżuje ramiona na piersi. Zabaweczkę? Nazwał mnie swoją zabaweczką? Z jakimi chorymi psycholami ja mam do czynienia?!
- Jeśli tak, to okej. Tylko nie wchodź mi w drogę. Dlaczego tak w ogóle jej potrzebujesz? - pyta, a Jeff jednie parska i zerka na mnie przez ramię, po czym wraca spojrzeniem do Hoody'ego.
- Mam swoje POWODY – odpowiada, a zakapturzony mężczyzna wzdycha jedynie, odwraca się na pięcie i wychodzi.
- Więc.. Na czym skończyliśmy?
      Patrzę na zabójcę z całą nienawiścią w oczach, nigdy już nie zapomnę co mi robił, jak się czułam przez niego. Nie wspominając że robił to celowo, wyłącznie dla jego własnej satysfakcji. Patrzę jak z każdym krokiem jest coraz bliżej mnie; kawałki tynku i szkła chrzęszczą pod podeszwami jego wojskowych butów.
      Moje spojrzenie skupia się na świeżej krwi plamiącej jego i tak już brudny sweter oraz na ociekający czerwienią nóż pomiędzy jego palcami.
- Czego chcesz? - ośmielam się spytać, mając nadzieję ze jest już spokojniejszy. Jednakże przewiduję, że będzie rozwścieczony i znów walnie moją głową w stół w przypływie złości. Lecz on jedynie śmieje się mrocznie, kręcąc głową jakby karcił mnie za zadanie tak głupiego pytania. Cóż, dla mnie nie jest głupie.
- Chcę sobie uciąć z Tobą miłą pogawędkę, czyż to nie oczywiste? - zaczyna śmiać się z własnej wypowiedzi, pokazując jak sarkastyczne były jego słowa. Czuję się obrażona, przecież nie jest oczywiste czego chce.
- Właśnie powiedziałam im wszystko co wiem na temat projektu – decyduję się odpowiedzieć, mając nadzieję, że moje informacje i przypuszczenia, które im podałam są wystarczające. Mam jednak złe przeczucia. Te maile od niego i sms-y nie były po to by mnie tylko zastraszyć, wiem to.
- Nie jesteś zbyt domyślna, prawda? - uśmiecha się krzywo, stając tuż naprzeciwko mnie. Mocno chwyta mój policzek szorstką, bladą dłonią i przysuwa głowę bliżej do mojej twarzy tak że mogę spojrzeć bezpośrednio w tęczówki jego oczu bez powiek.
- Chcę stać tuż przy tobie kiedy będziesz przez to wszystko przechodzić, kiedy z każdym dniem coraz bardziej będzie do ciebie docierać jakim naprawdę jestem potworem. Chcę widzieć jak ogarnia cię strach, ból; złamać twoje tak żałośnie piękne życie. Dopóki sama nie będziesz błagać o śmierć.
      Mój oddech staje się przyspieszony i cięższy z każdym jego wypowiadanym słowem, a ciało wypełnia strach i rozpacz. To jest TO czego chce? Nie mogę w to uwierzyć. Nie, ponieważ myślałam, że mimo wszystko nie zrobiłby tego, o nie, nie wątpiłam w to.
      I to tylko dlatego, że wiem, że jest też inny powód dla którego mnie chce.
-------------------------------------------------------------
*(tłum. 'Zabaweczkę', org. 'Pet ')

niedziela, 3 lipca 2016

Chapter 14 ,,Alive"

Hej ho! Wracam z tłumaczeniem :D wybaczcie za opóźnienie, ale miałam ciężki miesiąc - czerwiec. 
Teraz już wracam. Wracam.

-----------------------------------



‘Thump thump… thump thump… thump thump…’

            Coś słyszę. Słaby dźwięk powoli dociera do moich uszu. Brzmi znajomo, lecz nie mam pojęcia skąd dochodzi. Czuję, że  jest blisko…
            Chwila!
            To moje własne serce! Wciąż bije! Gwałtownie biorę wdech, wciągam tak potrzebne mi powietrze, dopóki coś dziwnego nie napiera na moją klatkę piersiową. Otwieram szeroko oczy i widzę przed sobą jedynie ciemność, jakby moje powieki wciąż były zamknięte.
            Kiedy czuję, że odzyskałam kontrolę nad własnym ciałem, chcę się rozejrzeć, lecz jest zbyt ciemno by cokolwiek dostrzec. Gdy próbuję się poruszyć, dociera do mnie, że siedzę na krześle, a ręce są związane z tyłu za moimi plecami. Twarda, drewniana powierzchnia stołu ociera się o mój brzuch za każdym razem gdy nabieram  powietrza do płuc.
            Wszystko nagle odbija się w mojej pamięci. Alarmy, strzały… Ten morderca. Nie mogę uwierzyć, że do niego strzeliłam i to w dodatku kilka razy! A on nawet się nie zachwiał! Zamiast tego dalej mnie atakował! O nie… Gdzie jestem? Czy to tu trafiały wszystkie moje przyjaciółki?
            Przez wiatr owiewający nagą skórę moich nóg, domyślam się, że wciąż jestem w piżamie. Nie oczekiwałam niczego innego, szczerze to nie chciałam by się okazało, że mnie przebierali. Bycie w tych samych ciuchach, w pewien sposób czyni mnie bardziej spokojną.
            Czuję się jakby moja skóra była czymś pokryta, a metaliczny zapach dociera w tym samym czasie do mojego nosa. Domyślam się, że wciąż jestem pokryta zakrzepłą krwią. Jest mi niedobrze, potrzebuję prysznica. Jednak teraz, muszę się skupić,  największą potrzebą jest wydostanie się stąd.
            Próbuję się wiercić  by poluzować więzy, lecz bez rezultatu. Jedyną rzeczą którą mogłabym zrobić jest zaalarmowanie zabójców, że jestem już przytomna, poprzez potrząsanie moimi kajdankami.
            W tym momencie drzwi otwierają się, a światło wyzierające z otwartych wrót oślepia mnie momentalnie. Zamykam oczy, by ochronić źrenice przed oślepiającym źródłem światła.
- Nareszcie, obudziłaś się. – słyszę czyjś zirytowany głos.
            Rozpoznaję go. Ogarnia mnie strach, kiedy słyszę jak ciężkie wojskowe buty zbliżają się do mnie. Zaklinam swoje oczy by jak najszybciej przystosowały się do intensywnego światła, chce wiedzieć co on planuje ze mną zrobić.
            A może nie, wcale nie chcę…
- Zajęło ci to cholernie długo, wiesz? Nienawidzę czekać, zwłaszcza, kiedy twoje żałosne, ludzkie ciało jest tak blisko. – jego dłoń o twardych opuszkach palców wsuwa się w moje włosy w pewnego rodzaju formie pieszczoty. Przełykam ślinę, zanim zdobywam się na odwagę, by zapytać:
- Dlaczego tu jestem?! – wyrzucam z siebie, nie tak ostro jak planowałam, lecz stało się, nie mam czasu by się nad tym zastanawiać.
            Niemal momentalnie jego noszące ślady poparzeń palce zaciskają się mocno na moich włosach. Unosi w górę moją głowę, tak abym miała dobry widok na jego twarz.
- Nie odzywaj się kurwa do mnie, dopóki nie zadam ci pytania, rozumiesz?! – jego uścisk na moich włosach wzmacnia się w sekundę, zanim zdążam wymamrotać pełne boleści ,,tak”, przez co mnie puszcza. Kątem oka widzę jak uśmiecha się szatańsko, dostrzegając mój strach.
- Zacznijmy, dobrze?  Im szybciej z tym skończymy, tym szybciej MY będziemy mogli zacząć. – końcówce zdania towarzyszy jego głośny chichot. Zerka na mnie, by sprawdzić czy załapałam. Nie mam pojęcia o czym on mówi, ale boję się myśleć o co mu chodziło.
            Nagle obraca się i dłońmi uderza w blat stołu tuż przede mną z taką siłą, że drewno aż jęczy w proteście. Podskakuję ze strachu, zlękniona, kiedy on wpatruje się we mnie z poszerzającym się dzikim uśmiechem.
- Co wiesz o rządowym projekcie ,,Creepypasta”?
            Projekt ,,Creepypasta”? O czym on do diabła mówi? Nie wiem nic o czymś takim!
- N-Nic – jąkam się pomiędzy oddechami, przerażona, gdy mężczyzna pochyla się nad stołem. Jego oczy bez powiek zapewne zmrużyłyby się teraz gdyby mogły. Jego gorący oddech omiata moją skórę.
- Pierdolenie. – odsuwa się od stołu i zaczyna mówić podniesionym głosem –  To jedno wielkie pierdolenie! Wiesz coś o tym, kurwa. Zmuszasz mnie bym ci o tym przypomniał… -  znów przybliża się do mnie, stawiając duże kroki. Słyszę ich odgłos dopóki nie staje za mną. Drżę, gdy czuję jego dłoń z tyłu na moich włosach.
- Co DO JASNEJ CHOLERY wiesz o projekcie ,,Creepypasta”?
            Próbuję się wyswobodzić z jego żelaznego uścisku, jednak to bezowocne. Chcę mu powiedzieć, że coś wiem, tylko po to by mnie puścił, ale nie chcę kłamać. Bo szczerze… nie mam pojęcia o czym on mówił.
- J-ja.. nie wiem!
*SLAM!*
            Gwałtownie uderzył moją głową o blat stołu, niemalże zostawiając ślad w drewnie. Zachłystuję się powietrzem, które uleciało ze mnie przez uderzenie; ból przeszywa całe moje ciało.
- Nie opowiadaj mi tu kurwa kłamstw! Już, odpowiadaj!
            Mogę wyczuć że jego cierpliwość się kończy, osiąga już prawie minimum, ale wciąż nie wiem o co mu chodzi! Co on chce ode mnie usłyszeć?!
- NIE WIEM! – krzyczę w panicznej desperacji, na co on ponownie uderza moją głową w stół. Na drewnie zostaje czerwony ślad i tym razem jest to moja własna krew. Czuję jak szkarłatny płyn spływa po moim czole, kiedy uderza mną o stół po raz  kolejny.
            Kiedy w końcu podciąga mnie do pionu, czuję jak jego szorstka dłoń zaciska się na moim gardle. Próbuję wciągnąć powietrze, ale nie daję rady. Z wiedzą eksperta wiedział jak mnie chwycić by całkowicie odciąć dopływ tlenu z zewnątrz do moich płuc.
- Pogarszasz tylko swoją sytuację.. A wcale nie musiało tak być.
            Patrzę w jego oczy bez powiek i widzę jak odbija się w nich szaleństwo i obłęd.  Zabije mnie. Wiem to. Jego uścisk się zacieśnia tak bardzo, że mam wrażenie, że oczy zaraz wyskoczą mi orbit. To chyba mój koniec. Nigdy nie zobaczę już rodziców ani moich przyjaciół, nic już nie ma znaczenia..
            Nagle jego uścisk słabnie aż w końcu puszcza mnie całkowicie. Odpycha mnie tak gwałtownie, że ląduję na krześle i przechylam się wraz z nim do tyłu. Ląduję na podłodze na rękach, a ból przeszywający moje nadgarstki i dłonie jest tak silny, że mam ochotę krzyczeć.
            On zaś mamrocze coś do siebie czego nie mogę dosłyszeć i wychodzi zostawiając mnie leżącą na zimnej, brudnej podłodze.

***

            Mam wrażenie że leżę tak już od paru godzin. Jedyny dźwięk który do mnie dociera to chrobotanie myszy gdzieś na podłodze i moje własne ciche szlochy. Patrzę nieruchomo w sufit, a łzy spływają po moich policzkach ubrudzonych krwią. Rana na głowie wciąż nie przestaje krwawić.
            Wtem słyszę czyjeś zbliżające się kroki. Natychmiast milknę i wstrzymuję oddech, kiedy klamka w drzwiach się porusza. Wrota otwierają się wypełniając pokój światłem. Nie widzę kto wszedł do środka, ale modlę się by to nie był Jeff.
- Spójrz na to, Hoodie. Jeff już tu był. – kulę się w sobie na sam dźwięk Jego imienia. Ciekawość jednak bierze górę nad strachem; jeśli nie wszedł tutaj Jeff to kto? Próbuję zerknąć na oprawców, lecz dotychczasowa pozycja mi na to nie pozwala.
- K-Kim jesteś? – ośmielam się zapytać. Jeff pouczył mnie bym nie odzywała się nie pytana, lecz czuję potrzebę by się czegoś dowiedzieć. Może uda mi się zebrać chociaż parę odpowiedzi zanim mnie  całkowicie wykończą.
            Natychmiast czuję czyjąś stopę na brzuchu. Przetaczam się i zahaczając o krzesło, ląduję na swoim rozwalonym nadgarstku. Wydaję z siebie urywany szloch pełen bólu i zagryzam usta by nie wydać już z siebie żadnego dźwięku. Czuję jak kolejna porcja łez gromadzi się w moich kącikach oczu.
- Co to miało być? Nie dosłyszałem – przyciska mocniej stopę do mojego ciała, a ja spoglądam na stojącą  nade mną osobę. Jego twarz zakryta jest białą maską, nosi kurtkę w bliżej nieokreślonym żółtym odcieniu. Głos ma podszyty szaleństwem, tak samo jak Jeff.
- S-Stop! – szlocham, kiedy nacisk się zwiększa. Wiercę się by tylko zmniejszyć w jakikolwiek sposób poziom bólu.
- Masky przestań się bawić z naszą ofiarą i ją w końcu przesłuchaj. Nie mamy całego dnia. – mówi nieznajomy. Nie wiem kto to jest, ale mam dreszcze gdy słucham jego głosu. Pokój jest przepełniony chorym napięciem, nie chcę wiedzieć od którego psychopaty ono pochodzi.
- Nie psuj zabawy, Hoodie.
            Czuję jak nacisk na moim brzuchu odrobinę się zmniejsza i wydaję z siebie westchnienie ulgi, gdy mężczyzna w końcu ze mnie schodzi. Prawie natychmiast czuję uchwyt dłoni na włosach i zostaję postawiona do pionu. Przełykam ślinę w panice.
            Mam zaciśnięte powieki, bo świat wiruje mi przed oczami. Stoję kompletnie nieruchomo, lecz nagle czuję jak czyjaś ręka boleśnie uderza mnie w twarz.
- Jesteś ze mną, słoneczko?
            Natychmiast otwieram oczy i widzę zamaskowanego mężczyznę tuż przede mną; to ten walnął mnie w twarz.
            Wzrokiem mknę do sylwetki mężczyzny stojącego w kącie pokoju. Ten ma skrzyżowane ramiona na piersi i jest zwrócony w naszym kierunku. Nosi żółtą bluzę z kapturem, który prawie w całości zakrywa jego twarz. Spod niego jest jednak widoczny smutny czerwony uśmiech, co mówi mi że ten mężczyzna również nosi maskę. Na dłoniach ma rękawiczki, a w jednej ręce ściska ostry nóż.
            Takie typy osób, z którymi lepiej nie zadzierać.
- Wiesz, sprawiłaś nam naprawdę dużo kłopotu, dziewczyno. Wciąż chowałaś swoją żałosną osobę przed nami kiedy moglibyśmy i tak porwać cię tak czy inaczej.
            Zamaskowany mężczyzna śmieje się cicho i kręci głową zanim znów skupia pełną uwagę na moim skulonym ciele.
- Więc powiedz mi, co wiesz o projekcie ,, Creepypasta”?
            Moja nadzieja, że kiedykolwiek mnie stąd wypuszczą spada do zera, kiedy z jego ust pada to przeklęte pytanie. Jak niby miałabym to wiedzieć? Co podsunęło im pomysł, że coś kiedykolwiek słyszałam o tym projekcie?
- J-Ja nie wiem – odpowiadam szczerze, mając nadzieję, że jakimś sposobem wyczują, że mówię prawdę.
            Cóż, na co ja liczę, prawdopodobnie jednak nie wyczują.
            Wzrok skupiam na niewielkiej, czerwonej, zaschniętej plamce krwi na blacie stołu i  modlę się w duchu by okazali mi litość.
- Nie chcesz współpracować? Twój wybór – mówi i idzie na koniec pokoju. Zdejmuje coś ze ściany i z powrotem wkracza w krąg światła. Młotek. Zdjął ze ściany cholerny młotek. Prawdopodobnie chce mi teraz rozwalić czaszkę na tysiące kawałeczków.
            Kiedy widzę narzędzie, zaczynam panikować i wydaję z siebie cichy szloch, czując jak zimne strużki potu spływają po moim ciele.
- Nie mam cholernego pojęcia o czym wy ludzie mówicie! Nie wiem nic o tym projekcie! Skąd miałabym wiedzieć?
            Desperacja przepływa przeze mnie, gdy wbijam wzrok w kołyszący się młotek w rękach mężczyzny, stawiającego wolne kroki w moim kierunku.
- Ta jedna jest najbardziej niegrzeczna ze wszystkich, nie sądzisz Hoodie? – zamaskowany mężczyzna zwraca się do wciąż nie ruszającego się towarzysza w kącie pokoju. Zakapturzony mężczyzna nie odpowiada. Stoi tylko i się patrzy.
- Jestem ciekaw czy ona zamknie tę swoją niewyparzoną gębę jak już jej powybijam wszystkie zęby.
            Otwieram szerzej oczy, kiedy dociera do mnie co powiedział. Wybić zęby? Oni są naprawdę obłąkani!
- Myślę, że ona naprawdę nie ma pojęcia o czym mówimy – obracam głowę do źródła głosu dochodzącego z kąta pokoju. To ten zakapturzony gość. Opiera się o ścianę, ze skrzyżowanymi na piersi ramionami. Wierzy mi?!
            Zamaskowany mężczyzna obraca się mrucząc coś skonfundowany, a zakapturzony facet podchodzi bliżej mnie.
- Ale musi coś wiedzieć. Była z tymi gośćmi z FBI przez kilka tygodni – mówi zamaskowany typ, niemalże kpiąc z wcześniejszych słów swojego towarzysza, jakby udowadniał mu jego głupotę. Ale taka jest prawda. Jeśli tylko byłby w stanie mi uwierzyć…
- Może ona potrzebuje nieco… WYJAŚNIENIA – odpowiada zakapturzony mężczyzna, robiąc krok w kierunku zamaskowanego typa. Wyciąga rękę na której ma rękawiczkę, jakby gestem zachęcał mnie do mówienia. Otwieram usta, ostrożnie próbując sformułować pytanie tak by nie rozzłościć tej dwójki.
            Koniec końców dostałam jakąś tam szansę.
- J-ja… Nie wiem czym jest ten projekt ,,Creepypasta”. Co macie na myśli pytając o to? – odzywam się drżącym głosem, starannie dobierając słowa.
            Oboje stoją w ciszy, patrząc (a przynajmniej tak zakładam) na mnie, zanim zamaskowany mężczyzna odpowiada:
- No dobrze. Skoro zapytałaś tak ,,miło” – z naciskiem na ,,miło” – Myślę, że możemy ci odpowiedzieć. Ci popaprańcy, którzy szaleją, zabijając głupich ludzi naokoło są na celowniku FBI. Agenci FBI pracują nad czymś, ale nie wiemy co to jest. Znaleźliśmy ich główną bazę, ale oprócz kilku nieudanych planów i martwego ciała jednego z naszych, nic nie zdziałaliśmy. Aż dopóki nie dostaliśmy cynku, że chowają oni coś czego my szukamy. Te cioty którym uciekłaś w tamtą noc zostali wysłani by znaleźć ową rzecz której poszukujemy.
            Zaczyna się głośno śmiać, co chwilę trwa, zanim kontynuuje opowiadanie.
- Oczywiście, spieprzyli to, nie znaleźli tego. Tak więc nasz szef kazał przyprowadzić tutaj te cholernie użyteczne pozostałe z was, ponieważ wie, że jedna z was jest córką jednego z tych idiotów, którzy stanęli przeciwko nam.
            Wtedy rozjaśnia mi się obraz sytuacji. To tak, jakby kawałki puzzli wskoczyły na swoje miejsce, a moja głowa mogła w końcu pracować na pełnych obrotach. Wszystkie informacje w jednej chwili uporządkowałam i połączyłam w całość. Okłamywałam samą siebie, myliłam się przez cały ten czas.
            Miałam odpowiedź, którą chciałam uzyskać. Odpowiedź na pytanie, które gnębiło mnie przez tyle tygodni; było główną myślą moich rozważań, przyczyną bólów głowy.
            W końcu wiem dlaczego mnie uprowadzono.
            Przez ojca Loli.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Chapter 13 ,,Stay"

Nie wyrobiłam się z tłumaczeniem, wiem, jestem okropna XD Mam teraz egzaminy (matura rozszerzona z polaka oraz karate), więc jakbym tłumaczyła drugi alternatywny rozdział to byście się obu doczekali pewnie na koniec maja. Wolę wiec dać teraz ten jeden z poprawnym wyborem i pójść z opowiadaniem dalej, a alternatywny przetłumaczę w wolnej chwili.
W tym drugim nie ma nic kluczowego. Streszczając krótko... Bohaterka wychodzi na korytarz, trafia na agenta FBI, Lee oraz innego, który karze jej wracać natychmiast do jej zabezpeiczonego pokoju. Lecz zabójcy dopadają ich przedwcześnie, w ferworze walki bohaterka otrzymuje cios w kark i tętnice, na skutek czego ginie. Z dialogu pod koniec rozdziału można się domyśleć, że odpowiedzialni są za to Hoodie&Masky:
,,-C-c-cholera! Slender będzie naprawdę w-wkurzony!"
.
A teraz... enjoy the show :3 Z góry przepraszam jeśli ktoś zniszczy sobie tym rozdziałem swoje własne wyobrażenie Jeffa :P

***

            Decyduję się pozostać w środku. Jeśli wyszłabym na zewnątrz, kto wie co mogłoby się stać? Może cały korytarz jest przepełniony trującym gazem czy czymś takim? Nie, jestem bezpieczna tu, w tym pokoju, tak długo jak drzwi pozostają zamknięte. 
            Prostuję się i staję twarzą do wejścia. Unoszę rękę, w której wciąż ściskam broń i celuję nią prosto w drewniane wrota. Czuję jak moje całe ciało drży w napięciu. Drugiej dłoni używam, by przytrzymać trzęsącą się rękę trzymającą pistolet.
            Wolno zwilżam językiem wargi i nadstawiam ucha, czujna by wyłapać dodatkowy dźwięk syren i każdy odgłos sygnalizujący, że ktoś zbliża się do drzwi. Czuję jak mój oddech robi się coraz bardziej przyspieszony, a serce obija się niekontrolowanie w mojej klatce piersiowej. Mam nadzieję, że nie połamie mi żeber.
            Całą uwagę skupiam na drzwiach, ignoruję małe kropelki potu pojawiające się na mojej skórze i spływające w dół twarzy.
            Nagle, w tej chwili jestem pewna, że klamka wolno się poruszyła. Zamieram w miejscu, skupiając się na małym, lśniącym uchwycie w drzwiach. Moje źrenice zwężają się, a mój palec jest teraz tak blisko spustu broni, że nawet najmniejszy ruch mógłby wypalić pocisk w wymierzonym kierunku.
            Nie słyszę krzyków, nie słyszę żadnych huków i łomotów, nie słyszę strzałów ani odgłosów szamotaniny. Wokół panuje cisza, nie słychać nic oprócz tego przeklętego alarmu awaryjnego.
            Klamka w drzwiach nagle znowu się porusza, przez co mrużę oczy; mam nadzieję, że to tylko moja wyobraźnia się ze mną zabawia.
            Jednakże po tym razie nie poruszyła się już więcej.
            Przygryzam usta rozważając czy poczekać cierpliwie na rozwój wydarzeń, czy kopnąć w drzwi, nie pierdolić się z tym i zacząć strzelać wszędzie dookoła. Napięte mięśnie zaczynają dawać o sobie znać, stoję w tej pozycji już zbyt długo. Przenoszę ciężar ciała z prawej nogi na lewą, by pozbyć się odrętwienia.
- Zamierzasz dalej tak stać i mnie kusić, bym wykonał pierwszy ruch, czy w końcu dotrze do ciebie, że stoję tu już od paru minut?
            Moje ciało momentalnie zamiera w miejscu, kiedy słyszę zachrypnięty głos tuż za mną. Czuję jak serce wali mi w nienaturalnie szybkim tempie, jestem zbyt zszokowana.
            Nie mam odwagi, by się obrócić, nie chcę upewniać się do kogo należy ten głos. Rad nierad MUSZĘ to zrobić. Głośno przełykam ślinę, przypominając sobie, że muszę oddychać. Urywany  oddech wydobywa się z mojej krtani, kiedy wolno odwracam głowę za siebie i zerkam przez ramię.
            Stoi tam On. Mężczyzna z moich koszmarów, mój najgorszy strach. Opiera się o ścianę i w przeciwieństwie do mnie wygląda na w pełni wyluzowanego. Twardymi opuszkami palców przesuwa po ostrym ostrzu lśniącego noża, a usta ma rozciągnięte w uśmiechu do granic możliwości.
            Jeffrey Woods.
            Wydaję z siebie cichy dźwięk zaskoczenia i obracam się całym ciałem w jego stronę. Broń natychmiast kieruję na wciąż uśmiechającego się zabójcę.
            On jednak nie wygląda na ani trochę wytrąconego z równowagi moją akcją, bo wciąż patrzy się  na mnie swoimi oczami bez powiek; przepełnione są czystą satysfakcją i ubawieniem.  
- Och głupiutka dziewczyno, co chcesz zrobić? Postrzelić mnie swoją zabaweczką? – w jego głosie wyraźnie odczuwam kpinę, jego oczy śledzą każdy mój ruch.
            Czuję jak wściekłość wypełnia całe moje ciało, kiedy w końcu mogę stanąć twarzą w twarz z mężczyzną, który przewrócił całe moje życie do góry nogami; który porwał i prawdopodobnie zabił moje przyjaciółki i to w jak najbardziej brutalny sposób; który zaatakował nas, śledził i męczył psychicznie przez wiele dni.
            Mocniej ściskam pistolet zimnymi i lekko wilgotnymi dłońmi; nie spuszczam oczu z postaci chłopaka przede mną.
            Nie chcę niczego więcej jak tylko przestrzelić tego skurwiela przez sam środek jego głowy, lecz najpierw chcę… odpowiedzi. Nie poprawka – nie ,,chcę” tylko MUSZĘ uzyskać odpowiedzi.
- Jak do cholery się tutaj dostałeś? – syczę przez zęby i próbuję jednocześnie kontrolować swoje drżące ze strachu kolana. Mam nadzieję, że on tego nie dostrzeże;  nie chcę by zobaczył, że okazuję jakieś oznaki słabości.
            Mam wrażenie, że zabójca lekko się skrzywił na to co powiedziałam; to znaczy na tyle ile pozwalała mu się skrzywić jego twarz z wyrytym na niej uśmiechem.
- Uważaj na język, Laleczko. Takie słowa  nie pasują do ciebie.
            Posyłam mu lodowate spojrzenie, wściekła przez to, że najpierw wpada znikąd wprost do mojego pokoju, a teraz śmie krytykować mój dobór słów. Prawie warczę na niego. Nie przejawiając już żadnych oznak strachu, mówię:
- Zadałam ci pytanie! Jak tu kurwa wszedłeś?!
            Zabójca jedynie przewraca oczami, a kilka lekkich, urywanych, szaleńczych chichotów wydostaje się z jego rozciętych  ust, zanim powraca wzrokiem do mojej osoby.
- Naprawdę mnie sobą zainteresowałaś. Nigdy nie grałem w chowanego na TYM poziomie.
            A to skurwiel! Nie odpowiedział na pytanie tylko zbacza z tematu, unikając jasnej odpowiedzi. Zaciskam zęby ze złości i przełykam ślinę.
- Jeśli nie odpowiesz mi teraz, strzelę! – krzyczę, a głos przepełniony mam złością i czystą furią.
            Nie mam pojęcia czy te pociski go zabiją, ani czy naprawdę jestem w stanie strzelić i zabić człowieka. Jednak jego nienawidzę bardziej niż jakąkolwiek osobę…
            Na moje słowa on jedynie zaczyna się śmiać, co wkrótce przeradza się w głośny atak śmiechu. Jest tak intensywny, że chłopak aż chwyta się za brzuch, a pomiędzy wybuchami śmiechu, łapie z trudem powietrze; widać to co powiedziałam jest dla niego cholernie zabawne.
            Patrzę na niego skonfundowana; nie wiem czy powinnam być wściekła czy przerażona przez to, że on stoi i skręca się ze śmiechu przeze mnie. Kiedy ostatnie cienie rozbawienia znikają , mężczyzna prostuje się, próbując zapanować nad kołtuńskim uśmieszkiem na swojej twarzy.
- Jesteś naprawdę urocza. A teraz chodźmy już do rezydencji, zanim ktoś nam tu przeszkodzi. Jestem już nieco zmęczony graniem w tę grę.
            Unoszę brwi, zmieszana. Nie wiem o co mu chodzi.
            Tymczasem chłopak lekko odpycha się od ściany ze swojej dotychczasowej pozycji i wtedy dociera do mnie najgorsza prawda o tym co zamierza zrobić.
            *krok*
            On próbuje wziąć mnie ze sobą.
            *krok*
            Natychmiast się cofam, aż plecami uderzam w drzwi. Nie myślałam, że są tak blisko mnie. Mężczyzna idzie wolnym krokiem, jego postać emanuje grozą. Jakby delektował się strachem, który stopniowo coraz bardziej wypełnia moje żyły. Szybko wymierzam w niego pistolet, a palec przesuwam bliżej spustu.
            *krok*
- Jesteś naprawdę wspaniałym widokiem dla moich oczu, wiesz o tym?
            Znowu krok; zbliża się coraz bardziej w moim kierunku. Przez jego słowa jeszcze intensywniej uświadamiam sobie co mógłby ze mną zrobić. Chce mnie porwać, dręczyć, torturować i prawdopodobnie zabije mnie po wszystkim w najbardziej sugestywny sposób.
            *krok*
            Nie waham się ani przez moment. Adrenalina przepływa przez moje ciało, kiedy naciskam spust. Nie mówię nic przed wystrzałem, słychać jedynie głośne ,,Bang!”. Oczy mam zaciśnięte; wiem, że nie spudłowałam, ale sama  myśl, że do kogoś strzeliłam powoduje, że mam ochotę się skulić w sobie.
            ‘…’
            Cały pokój jest pogrążony w straszliwej ciszy. Ośmielam się w końcu otworzyć oczy, mając nadzieję zobaczyć martwe ciało leżące u mych stóp. Jednak kiedy patrzę przed siebie, nie jest to widok, który pragnęłam ujrzeć.
            Naprzeciwko mnie jest on, Jeffrey Woods, stojący tam w pełnej krasie. Moje oczy skupiają się na czymś upiornym – w jego brzuchu jest zrobiona przeze mnie rana postrzałowa, barwiąca czerwienią już i tak pokryty krwią sweter.
            Mężczyzna zatrzymuje się, a jego wzrok kieruje się w dół i spoczywa dość obojętnie na jego ranie. Wygląda to tak jakby poddawał to ocenie; jakby zastanawiał się czy moja akcja jest bardziej aktem odwagi czy głupoty.
            Jednakże nie przez to, że go posłuchałam, zaczynam drżeć ze strachu. To przez fakt, że on nie okazał, że odczuł jakikolwiek ból. Jedynie stał w miejscu, nie wydając z siebie żadnego dźwięku ani reakcji pokazującej że czuje się źle, jest ranny, cierpiący…
            Jego wzrok momentalnie mknie ku moim oczom. Spojrzenie ma przepełnione furią, wściekłością i czystym złem, kiedy zaczyna iść do mnie już większymi krokami. Bardzo mu się to nie spodobało.
- Ty cholerna gówniaro – warczy przez zęby.
            Głośno przełykam ślinę, przerażona tym co się zaraz stanie. Szybko unoszę broń, tym razem celując w jego głowę i wypuszczam parę pocisków po kolei. Głośne strzały powodują ból głowy, świat prawie wiruje mi przed oczami. Wiem, że kilka razy nie trafiłam, ale wciąż strzelam, modląc się, by to wystarczyło do zatrzymania go.
            Przez cały czas nie słyszałam nic poza wystrzałami. Żadnych jęków bólu, warknięć pełnych złości czy krzyków. Ani nawet kroków…
            Nagle parę kliknięć rozlega się zamiast huku strzałów, kiedy naciskam spust raz za razem. Nie ma już pocisków w magazynku, jest pusty, musiałabym go ponownie naładować żeby działał.
            Wzrokiem mknę w kierunku zabójcy, a ostatnie pokłady wiary utrzymują mnie jeszcze w nadziei, że może jednak będzie leżał na ziemi, a krew będzie spływała na posadzkę z tych paru ran, które mu zadałam.
            Jednak kiedy powietrze robi się bardziej przejrzyste po dymie z prochu strzelniczego, a ja mogę dokładnie dostrzec co dzieje się dookoła, widzę, że przynajmniej w jednej rzeczy się nie myliłam. Dokładniej: ma on trochę ran na ciele z których wypływa krew, lecz mimo to… wciąż idzie w moim kierunku. Automatycznie szerzej otwieram powieki, nie wierząc w to co się dzieje.
            On wciąż idzie ku mnie, a ogień i furia w jego oczach są dwa razy większe niż przedtem. Wręcz czuję jakby grunt usuwał mi się spod nóg z każdym krokiem który on stawia; czuję się tak jakby przez niego ziemia miała się rozstąpić, a ja miałabym spaść w wypełnioną lawą przepaść.
            Nie mogę pojąć, że on wciąż jest w stanie utrzymać się na nogach i normalnie oddycha, po tym jak parę razy celnie w niego strzeliłam. Żaden człowiek by tego nie przeżył.
            Ale on nie jest człowiekiem.
            Nie waham się ani sekundy; wiem, że muszę wydostać się stąd jak najszybciej. Szczególnie gdy broń nie jest skuteczna w styczności z tym gościem. Mogę jedynie uciec, schować się i modlić o to by mnie nie znalazł. Tak jak za pierwszym razem.
            Mam przeczucie że tym razem będzie o wiele trudniej niż ostatnio.
            Odwracam się na pięcie i otwieram na oścież drzwi, prawie wyrywając je z zawiasów. Upuszczam broń i nie oglądając się za siebie wyskakuję na korytarz jak z procy. Moim oczom ukazuje się widok pourywanych ludzkich części ciała porozrzucanych na zabarwionej czerwienią posadzce.
            Biegnę prosto przez korytarz ku szeroko otwartym wielkim czarnym drzwiom na końcu. Biegnę tak szybko jak tylko mogę, nie myśląc o tym, że w każdej chwili mogę się poślizgnąć i upaść; czerwony płyn sprawił, że podłoga jest jeszcze bardziej śliska niż zwykle.
            Nie ma wokół mnie żadnej żywej duszy. W korytarzu jestem tylko ja, morderca  oraz te obszarpane i okaleczone ludzkie części. Słyszę odgłos zbliżających się kroków wyróżniających się na tle wyjącego alarmu, śledzących każdy mój ruch. Wiem, że muszę działać szybko.
            Gwałtownie skręcam i biegnę kolejnym korytarzem, gdzie ludzkie ciała są porozkładane na podłodze jak w masowym grobie. Uważam by nie nastąpić na czyjeś ciało, co jest trudne bo nie ma wokół na posadzce wolnej, czystej przestrzeni. Potykam się o coś; czuję coś miękkiego, śliskiego i gładkiego kolidującego z moją stopą.
            Chwieję się na nogach, desperacko próbując utrzymać się w pionie, lecz wkrótce upadam na mokrą podłogę z głośnym plaśnięciem. Próbuję podeprzeć się na dłoniach, lecz kiedy tylko moje ręce dotykają podłoża, niemożliwe jest to bym dała radę się podnieść.
            Przeszywający ból przepływa przez moje ramiona i całe ciało. Mimo to natychmiast próbuję znowu się podnieść. Lecz kiedy zbieram się do wstania, przenoszę ciężar ciała na jedną dłoń, która momentalnie protestuje co objawia się silnym bólem.
            Ignoruję to, chęć przeżycia jest silniejsza niż ból. Kiedy w końcu udaje mi się stanąć na nogi, próbuję biec szybciej i nie zwracać uwagi na obrzydliwie mdlące odgłosy ludzkich organów po których stąpam. Nie zachodzę zbyt daleko, czuję jak para silnych ramion zaciska się wokół mojej talii.   
            Natychmiast chcę się wyślizgnąć z uścisku, a wtedy zostaję uniesiona w górę i gwałtownie pchnięta na ścianę. Wydaję z siebie głośny jęk bólu. Zaciskam powieki, gdy moja głowa uderza w twardą powierzchnię. Para silnych rąk o twardej, szorstkiej skórze zaciska się na moim ciele, jedna jego dłoń jest umiejscowiona na mojej głowie, a druga na ramieniu.
            Moja głowa i reszta ciała zostaje uderzona o ścianę, jeszcze raz i jeszcze raz, znów i znów, z taką siłą że całe powietrze ulatuje z moich płuc.
- Nie. Odważysz. Się. Kurwa. Zrobić. Tego. Ponownie. NIGDY WIĘCEJ!
            Po wszystkim puszcza mnie, a ja osuwam się po ścianie jak bezwładna laleczka. Mam wrażenie, że mój mózg zamienił się w papkę. Moja podświadomość jest zamglona, tak samo jak wzrok. Czuję jak wojskowy but dociska mój nadgarstek do ziemi, powodując falę bólu rozprzestrzeniającą się na całe moje ciało.
- Chcesz żebym dalej wytrząsał z ciebie całe te gówniane przyzwyczajenia czy w końcu nauczysz się, że masz mnie słuchać?
            Jestem jedynie w stanie tylko cicho szlochać z bólu, podczas gdy nacisk jego nogi na bolące miejsce w moim nadgarstku zwiększa się.
- A więc?! – warczy patrząc niecierpliwie na moje ciało skulone w godnej pożałowania pozycji.  Wiem jaką odpowiedź chce usłyszeć, ale nie mogę mu tego powiedzieć, jeszcze mnie nie złamał.
- Idź do diabła ty potworna kreaturo!  - wyrzucam z siebie, wciąż płacząc z bólu.
            Jego stopa gwałtownie koliduje z moim brzuchem, a kontakt jest tak silny, że przewracam się na bok. Kolejne wściekłe kopnięcie ląduje na plecach; zaczyna okładać mnie kopniakami z siłą której mógłby pozazdrościć mu nawet Popeye*.
            Gdy w końcu przestaje, jestem cała pokryta krwią. Nie moją własną, mam nadzieję, tylko krwią z ciał którym usłana jest podłoga. Gardło mam pełne śliny; no, mam nadzieję, że to tylko ślina.
            Zabójca chwyta garść moich włosów tuż przy skórze, zmuszając mnie bym uniosła głowę, a jego oddech omiata moją skórę, gdy mówi:
- Wiesz co, Katy? To poniekąd wygląda znajomo… Ah, już pamiętam. Jedna z twoich przyjaciółek leżała w tej samej pozycji w której ty jesteś teraz. Jedyną różnicą jest to że twoje wnętrzności wciąż są na miejscu, wewnątrz twojego ciała.
            Kilka jego maniakalnych chichotów towarzyszy ostatniemu zdaniu.
            Pomijając ból promieniujący z każdego skrawka mojego ciała, czuję jak złość się we mnie gotuje. Jakby samo myślenie o jednej z moich przyjaciółek będącej martwą przez niego, napełniło mnie siłą. Momentalnie znów zaczynam się szarpać, próbując wyrwać się z jego uścisku, kopiąc we wszystko co jest w moim zasięgu, nawet jeśli to skutkuje jedynie marnotrawstwem energii.
 - Pieprze cię! – prawie krzyczę; nienawidzę faktu że jestem taka kompletnie bezradna.  
- Aż taka chętna?
            Zaczynam się wyrywać i szarpać jeszcze mocniej, ale to niczym nie skutkuje. Nigdy nie wydostałabym się z jego uścisku. Nie teraz, nie kiedyś, nigdy. Mogę jedynie wbijać wzrok w martwy korpus ciała leżący na przeciwko mnie, który jeszcze niedawno był żywym, oddychającym człowiekiem jak ja.
- Myślę, że już czas byś ,,poszła spać”.
            Łzy zbierają się w moich oczach, podczas gdy wzrok wciąż mam wbity w martwe ciało jakiegoś człowieka przede mną. Szepczę delikatnie:
- Przepraszam.
            Naprawdę czuję się winna i zobowiązana by przeprosić tych wszystkich ludzi, którzy umarli, chroniąc mnie. Czuję jak morderca zaciska dłoń na moich włosach jeszcze mocniej, zanim uderza mną w zimną, mokrą podłogę. Natychmiast mdleję.
            A więc, stało się faktem. 6 przyjaciółek wynajmujących razem do niedawna dom, przepadło.
            Właśnie zostałam porwana.

 ---------------------------------------------


*Popeye albo jakikolwiek zawodnik MMA :D Autorka przedobrzyła i tak, takie  kopniaki by zabiły bohaterke :P 

wtorek, 12 kwietnia 2016

~×~ Uwaga ~×~

Piszę tylko, że żyję i przepraszam za tak długie oczekiwanie na dalszą część. Przerwałam akurat w kluczowym momencie, ponadto w następnym rozdziale miał się pojawić tytułowy głowny bohater Jeff.. należy mi się solidny opierdziel za takie zwlekanie z tłumaczeniem.

Anyway... Zabieram się za to znów i postaram się wrzucić w miarę szybko (najpóźniej w następnym tygodniu). Mam dopiero przetłumaczone 3/4 jednego z dwóch rozdziałów także ten...

Spojlerując: będzie duuuużo krwi. :3


piątek, 11 marca 2016

Chapter 12 ,,Danger!"

Przepraszam x1000 za takie długie oczekiwanie na rozdział, ale naprawdę jestem mocno zabiegana. Szkoła, spanie, trening, spanie, szkoła, spanie, trening, spanie... I tak w kółko, nie mam czasu nawet dla siebie. 
Ale będę tłumaczyć, na pewno nie porzucę tego opowiadania ^^
PS w następnym rodziale już będzie jeden z głównych bohaterów - Jeff. Oczywiście... zależy też który rodział wybierzecie.. :D

***


- Spudłowałaś! Kolejny raz! – krzyczy na mnie mój trener i wskazuje na dziurę w tarczy, 30 cm od celu – jej środka. Mrużę oczy wpatrując się w kartonową figurę stojącą kilka metrów ode mnie, jakby to miało mi pomóc w lepszym celowaniu… Wiem, że to daremne, nie mam szczęścia od rana. Jedna myśl kołacze się w mojej głowie, to przeklęte zdarzenie wciąż daje o sobie znać.
~~,,Daję ci jeden dzień na podjęcie decyzji albo przyjdziemy po ciebie”.
            Nikt nie mógłby zredukować narastającego we mnie uczucia strachu i ucisku w brzuchu. Chcę sprawić bym mogła użyć tych lęków na swoją korzyść. Strzelić w tarczę z determinacją jaką mam dzięki nim, lecz jakimś sposobem nie jestem zdolna tego zrobić.
            Dziwne przeczucie narasta we mnie, zwiększa się moja czujność, nawet jeśli strażnik powiedział, że nie ma się o co martwić. No właśnie JEST się o co martwić. Nie wiem jeszcze tylko co to konkretnie jest. Mam nadzieje, że intuicja mnie zawodzi i moje przeczucie są złe, zaś ludzie z FBI mają rację, że nic nam nie grozi.
- PAF!
            Cholera! Znowu pudło. Wydaję z siebie głośne warknięcie pełne frustracji, a dłonie unoszę w kierunku głowy. Czuję nagłą potrzebę by przywalić łbem w ścianę. Potrząsam głową kilka razy, próbując skupić się na strzelaniu.
- Co z tobą, Katy? Mam wrażenie jakbyśmy się cofnęli do twojego pierwszego treningu – mój trener staje przede mną, a jego brązowe oczy domagają się wyjaśnień. Przewracam oczami wzdychając głośno, nie jest to jednak reakcja na jego osobę.
- Po prostu nie mogę wyrzucić z głowy tamtego snu. Mam wrażenie, że jego cień chodzi za mną gdziekolwiek bym się nie znalazła. Nie mogę się skoncentrować.
            Kładę pistolet na niewielkim stoliku obok mnie i opadam na dość niewygodne, drewniane krzesło. Mój instruktor przysuwa krzesło dla siebie i siada naprzeciwko mnie, pochylając się lekko, postawą okazując troskę.
- Posłuchaj, Katy. Wiem, że ta sytuacja jest w twoim odczuciu nieco kuriozalna*, ale musisz się skupić. Jeśli kiedykolwiek staniesz oko w oko z tym zabójcą, musisz zachować zimną krew i zebrać się w sobie by strzelić celnie. Inaczej wszystkie te treningi były robione na próżno.  – mówi, opierając łokcie na udach.
            Wiem, że ma rację, ale ja naprawdę nie mogę wyrzucić tego z głowy. Zbyt wiele dziwacznych rzeczy wydarzyło się ostatnio w moim pokręconym życiu, potrzebuję kogoś kto na powrót nauczy mnie myśleć normalnie. Ta zagmatwana sytuacja wyciąga ode mnie zbyt wiele energii, nie mogę już sobie z nią dłużej radzić.
- Wiesz co, Katy? Skończmy na dziś.
***

            Leżę w łóżku cały czas wiercąc się i przewracając z boku na bok by jakoś się ułożyć do snu. To jednak nie jest moim największym problemem, to nie przez to nie mogę zasnąć. Moje myśli znów szaleją, nie mogę się odpędzić od ich niszczącego oddziaływania.
            Wydaję z siebie jęk i zakrywam głowę poduszką w akcie desperacji, by choć trochę uspokoić mózg, lecz to w niczym nie pomaga. Przewracam się na plecy, decyduję się po prostu na patrzenie w sufit. Jestem wyczerpana nadmiernym myśleniem, pomimo zmęczenia nie mogę zasnąć.
            Skupiam się na oddychaniu, mając nadzieję że równomierny rytm przyniesie mi szybki sen, ale nawet to nie działa. Nigdy nie zasnę już normalnie, wiem to.  Wzdycham do siebie i znów się obracam. Leżę na boku i wpatruję się w białą ścianę naprzeciwko mnie.
            Nie mogę tego ogarnąć, gdy myślę ile ostatnio się wydarzyło. Jeszcze kilka tygodni temu byłam zwykłą szczęśliwą nastolatką mieszkającą w domu z dwiema przyjaciółkami. Miałam normalne życie takie jakie ma każda inna przeciętna dziewczyna.
            A teraz? Teraz jestem uziemiona w czymś w rodzaju bunkra, ukrywam się przed jakimiś nieludzkimi tworami o psychopatycznych skłonnościach i przerażających umiejętnościach. Znów główne pytanie wybija się ponad inne, to jedno, które zadaje sobie już chyba po raz tysięczny.
            Dlaczego?
            Wszystkie moje przyjaciółki odeszły, ślad po nich zaginął jakby zniknęły z powierzchni ziemi. Prawdopodobnie są teraz ostro torturowane, o ile nie są już martwe. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie bólu i cierpienia jakie odczuwają i przez jakie przechodzą; cierpienia które czeka także i mnie.
            Co jeśli spędzę tu resztę swojego życia chowając się w tej dziurze z gwardią strażników stojących mi nad głową? Co jeśli te ,,Creepypasty” nigdy nie zostaną złapane?
            Wtedy będę skazana na to miejsce na wieki, będę tu gnić do późnej starości. Nie zapomnieli by o mnie ot tak po prostu, jestem przecież dla nich w pewien sposób ważna. Mogę mieć jedynie nadzieję, że przez to, jeśli kiedykolwiek dostaną mnie w swoje ręce, okażą mi choć trochę litości.
            Nagle słyszę znajomy donośny, ostry dźwięk, przeszywający moje uszy i obijający się w mojej głowie. Podskakuję ze strachu, kiedy pokój przybiera czerwoną barwę od świateł alarmu. Dźwięk jest coraz głośniejszy z sekundy na sekundę, ale nie to jest niepokojące.
            Chwilę po włączeniu, alarm zamilkł.
            O Boże! Dlaczego włączono go i od razu wyłączono? Co się dzieje? Czy to ci zabójcy dostali się do środka? Czy to trening? Nie, wątpię w to, raczej powiedzieliby mi gdyby mieli zamiar zrobić trening praktyczny. Jest tylko jedna rzecz którą mogę teraz zrobić. Wysuwam się powoli spod kołdry i wychodzę z łóżka. Biegnę do niewielkiej komody w rogu pokoju i gwałtownie otwieram jedną z szuflad. Na jej dnie widzę znajomy przedmiot.
            Mój pistolet.
            Zaciskam na nim palce czując zimny metal na swojej skórze.  Mam spocone ręce, przez co odruchowo zaciskam mocniej dłoń na broni, kiedy sprawdzam czy jest naładowana. Oczywiście że jest, musiałam jednak mieć pewność.
            Dlaczego nikt nie przychodzi by powiadomić mnie co się dzieje? A może… nie został tam już nikt by do mnie przyjść? Stoję przez kilka minut w kompletnej ciszy, światła alarmowe mrugają do mnie nie pozostawiając żadnych zastrzeżeń, że jednak coś się wydarzyło.
            Co mam teraz zrobić? Mogę wyjść i sprawdzić co się stało, ale czy to dobry pomysł…? Mogę też zostać w środku, tu w pokoju, z pistoletem wycelowanym w drzwi i każdego kto spróbuje tu wejść, zamienić w krwawą masę na ziemi.  

  ZOSTAĆ

czy


WYJŚĆ Z POKOJU?

niedziela, 21 lutego 2016

Chapter 11 ,,Self Defence"

Znowu muszę przeprosić za długi czas oczekiwania, ale mam ostatnio dużo zajęć dodatkowych, kursów i wyjazdów. Niemniej jednak postaram się z następnym rozdzialem wyrobic tak, by wstawić go w okolicach weekendu :D
I uprzedzam, już niedługo pojawi się Jeff.
Btw Zawsze jak gdzies pojawia się jakiś Azjata to ma na imię Lee. Zawsze. Why? XD

****
- Szach-mat! – Lee, jeden z żołnierzy przydzielonych do pilnowania mnie, przesuwa małą, czarną figurę szachową na to samo miejsce już od kilku partii z rzędu. Zamieram i unoszę ręce w poddańczym geście, prawie warcząc z frustracji.
- Niemożliwe! Twój pionek nie był na tym polu, zanim nie poszłam po coś do picia!
            Lee tylko głośno się śmieje i kręci głową, kiedy zastrzega, że nic nie zrobił. Mimo to, jestem pewna, że mam rację, on oszukiwał, jego figura była wcześniej w innym miejscu na szachownicy.
- Po prostu nie możesz znieść faktu, że wygrałem! Dobra, teraz ty zaczynasz tę partię.
            Krzyżuję ramiona w proteście, sygnalizując, że nie zamierzam dłużej grać, póki nie przyzna się, że oszukiwał. Czego się prawdopodobnie nigdy nie doczekam.
            Przez to, że nie mam właściwie niczego czym mogłabym zabić czas, odkąd wszystkie urządzenia elektryczne zostały zabrane z mojego pokoju, paru  agentów FBI grywa ze mną w szachy. Jednym z nich jest Lee. Grałam już w to kiedyś. Było to jednak bardzo dawno temu, więc wyszłam z wprawy.
            Po paru rundach, przypominam sobie wszystkie zasady, jednak nie jestem tak dobra jak moi przeciwnicy. Nie obchodzi mnie to jednak zbytnio. Ważne, że w ogóle mam z kim pogadać. Każdy dzień samotności zaczyna mi ciążyć, w mojej głowie pojawia się coraz częściej pytanie dlaczego spotkało to akurat mnie.
            Mam naprawdę dużo czasu na przemyślenia. Chcę znać odpowiedź na jedno jedyne pytanie ,,dlaczego?”. Ludzie z FBI nie umieli odpowiedzieć, ci zabójcy pewnie też by nie mogli… Mimo tego w mojej głowie formułuje się tysiące alternatywnych wersji odpowiedzi, przyprawiają mnie o ogromny ból głowy.
            Jest pośród nich jedna konkretniejsza myśl, która nie daje mi spać. Jest to świadomość, że ojciec Loli zajmował się szukaniem Creepypast. Co o nich wiedział? Dlaczego się tym zajmował?
- Lee? – pytam ostrożnie, zerkając na mężczyznę, który wpatrywał się w szachownicę, prawdopodobnie obmyślając  następny ruch.
- Co ojciec Loli wie o Creepypastach i dlaczego się nimi zajmował?  - Lee oczywiście wygląda na zaskoczonego tym pytaniem, jego brązowe tęczówki natychmiast kierują się na mnie. Po chwili odwraca powoli wzrok, jakby rozważał czy powiedzieć mi prawdę czy nie.
- Dobra, w porządku. Powiem ci. Ojciec Loli, Dirk, szukał Creepypast przez ostatnie trzy lata. Głównym powodem było poznanie anatomii ich ciał i tajemnicy nieśmiertelności. Wszystkiego czego się dowiedzieliśmy jest to, że eksperymentuje nad stworzeniem jakiegoś rodzaju leku bazując na swoich badaniach i ma nadzieje niedługo wypróbować go w praktyce na organizmach żywych.
            To sporo informacji do przetrawienia, muszę sobie to poukładać w głowie. Tak więc szukali tych Creepypast po to aby stworzyć jakiś lek, który przedłużyłby ludzkie życie? To brzmi sensownie…
- Jednakże… - kontynuuje Lee, przesuwając palcem po swoim policzku – Potrzebowali więcej danych na temat tych stworzeń, przez co odkryli, że były one czymś więcej niż myśleli. To punkt do którego zmierzamy. Wywnioskowali, że wszystkie Creepypasty mają za cel zabijanie ludzi, co wynikało już z samego brzmienia ich imion. Domagaliśmy się by zamiast leku, tworzono broń przeciwko tym istotom. To już wszystko co wiem.
            Tak więc… Tworzą oni broń by walczyć przeciwko Creepypastom. Jeśli zdążą na czas, mogłabym uniknąć niebezpieczeństwa… Kiedy mieliby ją udostępnić?
- Czy stworzenie tej broni powiodło się? – pytam Lee, skupiam na nim swój wzrok w oczekiwaniu na odpowiedz. Szczerze, nie sądzę by odpowiedź była twierdząca. Jeśli by udało się im zrobić ową broń, nie byłoby mnie tu. A skoro niby już praktycznie ją stworzyli to dlaczego wciąż jestem tu zamknięta pod ochroną?
- Nie. Jak na razie mają tylko trochę prototypowych wersji. Nic jeszcze nie jest w pełni skonstruowane.
            Aha! Więc jak na razie mają tylko prototypy! Jest cień prawdopodobieństwa, że zniknięcie moich przyjaciółek ma coś wspólnego z całą tą kampanią. To sprawa, że podświadomie cała kulę się ze strachu.
            Jeśli by to była prawda, to dlaczego chcieli porwać mnie albo moje przyjaciółki? Jaki mają cel by porwać MNIE?

*flashback*

,,-Znalazłeś to już?
- Oczywiście, że nie idioto. Gdybym to znalazł, nie prosiłbym Cię o pomoc.
- Tak więc zasady się zmieniają, musimy je wziąć tak czy inaczej.”

            Te zdania natychmiast przepływają mi przez umysł, kiedy przypominam sobie co mówili ci zabójcy w noc porwania. Czym było ,,to coś”? Czego oni do diabła szukają?
            Zaczynam naprawdę nienawidzić faktu, że cała ta sytuacja wynikła z ,,piwa nawarzonego przez kogoś innego”.
            Pamiętam czas, kiedy moje życie było takie proste… Wyjście na uczelnię, powrót do domu, jedzenie, spanie, jakieś wyjście czy impreza od czasu do czasu. Taki tryb życia był w porządku. Nie miałam pojęcia jak mało to doceniałam, dopóki tego nie straciłam.
- Chcesz żebym wykonał ruch za ciebie? – pyta Lee, a moje ręce automatycznie wracają na planszę szachową. Nie chce się poddać i natychmiast wyrzucam z głowy niepotrzebne w tej chwili rozważania.  Szybko skanuję wzrokiem ułożenie figur i kalkuluję, że mam naprawdę znikomą szansę na wygraną. Chyba że… Lee będzie grał  według moich zadad.
            Jednak to oznacza, ze muszę poświęcić króla. Nikt inny nie powstrzyma wieży lub konia by uderzyć, jeśli tylko nadarzyłaby się okazja.
            Zatrzymuję się na tym toku rozumowania, dłoń wciąż trzymam na gońcu, lecz wzrok skierowany mam na króla.
            Dociera do mnie coś…
            JA jestem królem.
            Jestem kompletnie bezbronna, polegam jedynie na FBI, podczas gdy sama nie mogę zrobić zupełnie nic. A przecież to ja jestem tą, wokół której kręci się cały ten ambaras.
            Lee w jakiś sposób wyczuwa mój niepokój. Wzdycha sprowadzając mnie tym samym na ziemię i zadaje pytanie:
- Co się stało?
            Moja dłoń wędruje do włosów, nie odłożyłam nawet figury na szachownicę.
- Muszę się sama bronić – szepczę, jednak nie na tyle głośno by Lee to usłyszał. Przysuwa się bliżej mnie, obraca głowę i nadstawia ucho, by dowiedzieć się co powiedziałam.
- Co mówiłaś? – pyta, lecz ja jedynie potrząsam głową.
- Muszę sama się chronić, Lee! Nie chcę stać odsunięta na bok, gdy wszyscy wokół mnie walczą! – wstaję z krzesła tak gwałtownie, że prawie przewracam stolik. Dłonie zaciśnięte w pieści lądują z głuchym odgłosem na blacie, a pionki szachowe drżą.
            Lee nie wydaje się być choćby w najmniejszym stopniu dotknięty moją akcją, jakby wiedział, że wybuch niedługo nastąpi.
- Celowo nie uczyliśmy cię niczego w ramach samoobrony. Chcieliśmy cię ukryć przed zabójcami, a nie przyprawiać o większy kłopot…
            Prawie warczę ze złości, jak mogli w ogóle o czymś takim pomyśleć? Nie jestem przecież głupia ani aż tak nieporadna! Tak, oczywiście, łamię zasady jakie surowo nakazali mi spełniać np. odpisywałam na maile itp., ale to nie znaczy, że nie dałabym sobie rady i zrobiłabym cos nieodpowiedniego i głupiego!
- To nie ma żadnego sensu! Muszę umieć się obronić; własnymi rękami lub bronią palną – wciąż patrzę na strażnika, próbując pokazać, że jestem bardziej gotowa niż myśli, by nauczyć się sztuki samoobrony.
- Większość ludzi zdobywa dużo pewności siebie, kiedy się uczą walczyć, czasem nawet aż za dużo, przez co przeceniają swoje możliwości. Stawiam jednak, że chcesz się nauczyć przynajmniej strzelać.  To w sumie będzie w fair w stosunku do ciebie.
            Uśmiecham się do niego, czując jak radość i poczucie zwycięstwa ogarniają mnie całą. Siadam z powrotem przy stoliku.
- No dobra, to gdzie skończyliśmy?
  
****

-Lewy narożnik, Katy! Celuj w lewy narożnik!
            Mocniej ściskam w dłoniach pistolet, przerażona, że mogę stracić nad nim kontrolę i może wyślizgnąć się z moich rąk. Przeładowuję broń. Kule szaleńczo wystrzeliwują z kabury prosto w postać namalowaną na tarczy.
            Nie trafiłam dokładnie tam gdzie chciałam, ale hej! Tym razem kule trafiły przynajmniej w postać. Wykonuję mały taniec radości i zerkam na instruktora, który kiwa głową z aprobatą.
- Dobrze się dziś spisałaś, Katy – mówi, uśmiechając się do mnie.
            Ćwiczę od wielu dni, staję się coraz lepsza w strzelaniu. Tyle dobrego, że pozwolili mi trzymać broń w moim pokoju. Mam jej użyć oczywiście tylko w ostateczności.
            Odwzajemniam uśmiech i zaczynam sprzątać sprzęt po ćwiczeniach przed pójściem do pokoju. Jestem naprawdę wykończona.
            Kiedy już przygotowałam się do snu, szybko wskakuję do łóżka i przykrywam się ciepłą kołdrą, odgradzając się od zimna panującego w pokoju. Wiercę się, szukając najwygodniejszej pozycji i powoli zasypiam.

~~~

,,All around the mulberry bush the monkey
Chased the weasel
The monkey thought it was all in fun
POP goes the weasel”

*,,Dookoła morwy gąszcz
Małpa gania za łasicą
Małpa myśli, że to tylko gra
BANG, łasicy brak”

            Co to do cholery było? Nieoczekiwanie zostaję sprowadzona na powrót w tamto miejsce karnawału ze snu sprzed paru dni.
            Jednak tym razem siedzę w namiocie na jednym z krzesełek na trybunach na wprost pustej sceny. Zanim zdążam zastanowić się o co chodzi, ktoś tuż obok mnie odzywa się.
- Naprawdę przyprawiasz mnie o zawrót głowy, Katy.
            Natychmiast obracam głowę do źródła znajomego głosu i widzę jak Laughing Jack leży obok mnie rozwalony na paru krzesełkach. Głowę opiera na dłoni zakończonej ostrymi szponami i spogląda na mnie ze złowrogim uśmiechem.
            Natomiast ja, błyskawicznie podskakuję, podnosząc się z miejsca i wydając z siebie wrzask zaskoczenia. Próbuję nieco zwiększyć dystans między mną, a czarno-białym klaunem.
            Jednak ponownie mam wrażenie, że jestem jak przytwierdzona do podłoża. Jego lodowato-zimne oczy patrzą w głąb moich, hipnotyzując mnie.
- Ej ej ej, nie tak szybko, słodziaku. Chcę sobie tylko z tobą uciąć małą pogawędkę. Chodź, usiądź tu obok mnie.
            Chcę potrząsnąć  głową, wykrzyczeć mu w twarz, że jest wariatem… Jednak wbrew sobie podchodzę do krzesła, na którym wcześniej siedziałam i tym razem siadam trochę bliżej sylwetki LJ.
            Moje ciało zachowuje się jakby nie było moje. Jakby było poza kontrolą mojej woli. Czy to jakaś moc, której na mnie użył? Jestem przerażona do szpiku kości. On ma nade mną całkowitą kontrolę.
- To po prostu smutne… Robię wszystko co w mojej mocy, by wywołać w tobie jakieś emocje, daję ci możliwość wyboru i nawet więcej czasu do zastanowienia przed podjęciem decyzji! Ale nie, Jack sobie poczeka…. A ty nawet nie myślałaś o tym by do mnie przyjść. Wiesz, nie jestem taki zły… - mruczy, wplatając parę szponiastych palców w moje brązowe włosy, bawiąc się nimi i owijając umiejętnie jedno pasmo wokół palca. - …Jeffrey jednakże jest złą osobą. Z dnia na dzień robi się coraz bardziej niecierpliwy. We dworze robi coraz większe piekło, każdemu każe się odpierdolić, ponieważ jakimś sposobem jesteś jego własnością.  Nie wiem jak on może tak twierdzić, nawet cię nie naznaczył ani nic…
            Słucham tego jednym uchem, bardziej skupiając się na znalezieniu drogi ucieczki.
            Jednak gdy słyszę jak zostaję nazwana czyjąś ,,własnością”, zaczynam się wkurzać. Myśli, że kim on kurwa jest? Nazywać mnie swoją własnością… Ja jestem panem sama sobie! Na pewno nie należę do tego żądającego nie wiadomo czego seryjnego zabójcy, który nie uchyli się przed niczym byle by tylko zadać mi jak największe cierpienie.  
- Tak czy inaczej, kochanie, daję ci ostatnią szanse byś udowodniła, że jesteś tak słodka na jaką wyglądasz. Poddaj się. Pozwól się zabrać do dworu, a nikomu nic się nie stanie. Jeśli wciąż będziesz odmawiać… Hm, powiedzmy, że to nie skończy się zbyt dobrze.
            Przełykam głośno ślinę, mój wzrok jest utkwiony w jego lodowato zimnym spojrzeniu, a jego władcza aura otacza nas niczym koc.
            Jego krzywy uśmiech robi się jeszcze dzikszy, gdy widzi strach wymalowany na mojej twarzy. Jakby wyczuwał to uczucie przerażenia formujące się powoli w moim ciele.
            Jego palce są zajęte molestowaniem kosmyka moich brązowych włosów, lecz w końcu przesuwa dłoń w stronę mojej twarzy i chwyta mocno mój policzek.
 - Czy mamy umowę, Katy? 
            Już samo wypowiedzenie mojego imienia powoduje u niego chichot. Wciąż wpatruje się w moje oczy, żądając odpowiedzi. Otwieram usta by coś powiedzieć, lecz żadne słowa się z nich nie wydobywają.
            Chcę odmówić, powiedzieć, że nigdy nie zawrę umowy z tymi potwornymi kreaturami. Ma moc by wedrzeć się w moje sny, by kontrolować mnie tak jakbym była jakimś tresowanym pieskiem. Dlaczego nie mógłby mieć takiej mocy by wymusić na kimś obietnicę?
            A zresztą.. I tak nie jestem wstanie wypowiedzieć ani słowa.
            Jego spojrzenie wędruje w dół, w stronę moich ust. Poruszam nimi, wciąż próbując coś powiedzieć, lecz wydobywa się z nich jedynie powietrze. Czuję jak jego uścisk na moim policzku się wzmacnia, jego ostre pazury prawie przecinają moją delikatną skórę. Jedynym słyszalnym dźwiękiem opuszczającym moje gardło jest zdławiony jęk, kiedy zbyt mocno naciska paznokciem na mój policzek.
- A więc? – pyta, a ton jego głosu jest o wiele mniej przyjazny niż chwilę temu, wzrok wciąż ma wbity w moje usta.
            Nagle uczucie słabości zaczyna ogarniać mnie jakby ktoś zarzucił na mnie ciężką płachtę, razem z Laughing Jackiem obraz przed moimi oczami lekko  się rozmazuje i zakrzywia. Próbuję potrząsnąć głową, lecz to jedynie powoduje jeszcze większe mdłości.
            Nie wspominając o tym, że Laughing Jack wciąż trzyma mnie w żelaznym uścisku.
            Czuję jak moje ciało słabnie, a mięśnie się powoli rozluźniają. Mogę jedynie dostrzec rozmazane kolorowe plamy, wraz z ciemnym miejscem tuż przed moją twarzą. Słyszę jak warknął niskim głosem i wiem, że coś idzie nie po jego myśli.
- Szkoda, zaczynały mi się naprawdę podobać nasze wspólne chwile. Wygląda jednak na to, że po raz kolejny zostajemy rozdzieleni. Daję ci jeden dzień na podjęcie decyzji, Katy. Inaczej przyjdziemy po ciebie.


~~

- NIEEEE! – głośny krzyk przeszywa cały pokój, ale moje oczy wciąż są zamknięte. Rozbrzmiewa głośniej i głośniej, póki nie dociera do mnie, że to ja sama krzyczę. Siadam prosto na łóżku, moje ciało jest pokryte zimnym potem, a głowa obraca się we wszystkich kierunkach szukając jakiegoś śladu LJ.
- W porządku, Katy? – przenoszę wzrok na miejsce skąd usłyszałam pytanie i widzę jednego ze strażników siedzącego na krześle obok mojego łóżka. Zajmuje mi to moment by dotarło do mnie, że to co przed chwilą się wydarzyło było tylko snem. Nie,  to nie był sen.
            To raczej koszmar senny.
- Co się stało? – pytam, umysł wciąż mam zaćmiony kiedy patrzę w dół na swoje dłonie. Wszystko wydawało się być takie realne… Namiot cyrkowy, jego pazury dotykające mnie, moje ciało…
- Krzyczałaś bardzo głośno i rzucałaś się na łóżku, myśleliśmy, że masz kolejny taki sen jak parę dni temu. Obserwowałem cię przez chwilę i próbowałem wywnioskować co ci się może śnić, ale zaczęłaś się miotać coraz bardziej, więc cię obudziłem.
            Patrzę na tego faceta i przypominam sobie cały sen. Ten klaun znowu znalazł jakiś sposób by wedrzeć się do mojej głowy, tworząc koszmar w którym wszystko wydawało się być rzeczywistością. Jedno zdanie utkwiło mi w pamięci najbardziej: ,,Daję ci jeden dzień na podjęcie decyzji. Inaczej przyjdziemy po ciebie.”
            Co miał na myśli mówiąc, że „przyjdą po mnie”? Jeśli są w stanie przyjść tu i  mnie porwać to dlaczego proszą mnie o jakiś układ i o współpracę? Czuję kulę w gardle, kiedy przełykam ślinę i zbieram się by powiedzieć temu agentowi co widziałam i co się zdarzyło podczas mojego koszmaru.
- To była istna masakra.