niedziela, 21 lutego 2016

Chapter 11 ,,Self Defence"

Znowu muszę przeprosić za długi czas oczekiwania, ale mam ostatnio dużo zajęć dodatkowych, kursów i wyjazdów. Niemniej jednak postaram się z następnym rozdzialem wyrobic tak, by wstawić go w okolicach weekendu :D
I uprzedzam, już niedługo pojawi się Jeff.
Btw Zawsze jak gdzies pojawia się jakiś Azjata to ma na imię Lee. Zawsze. Why? XD

****
- Szach-mat! – Lee, jeden z żołnierzy przydzielonych do pilnowania mnie, przesuwa małą, czarną figurę szachową na to samo miejsce już od kilku partii z rzędu. Zamieram i unoszę ręce w poddańczym geście, prawie warcząc z frustracji.
- Niemożliwe! Twój pionek nie był na tym polu, zanim nie poszłam po coś do picia!
            Lee tylko głośno się śmieje i kręci głową, kiedy zastrzega, że nic nie zrobił. Mimo to, jestem pewna, że mam rację, on oszukiwał, jego figura była wcześniej w innym miejscu na szachownicy.
- Po prostu nie możesz znieść faktu, że wygrałem! Dobra, teraz ty zaczynasz tę partię.
            Krzyżuję ramiona w proteście, sygnalizując, że nie zamierzam dłużej grać, póki nie przyzna się, że oszukiwał. Czego się prawdopodobnie nigdy nie doczekam.
            Przez to, że nie mam właściwie niczego czym mogłabym zabić czas, odkąd wszystkie urządzenia elektryczne zostały zabrane z mojego pokoju, paru  agentów FBI grywa ze mną w szachy. Jednym z nich jest Lee. Grałam już w to kiedyś. Było to jednak bardzo dawno temu, więc wyszłam z wprawy.
            Po paru rundach, przypominam sobie wszystkie zasady, jednak nie jestem tak dobra jak moi przeciwnicy. Nie obchodzi mnie to jednak zbytnio. Ważne, że w ogóle mam z kim pogadać. Każdy dzień samotności zaczyna mi ciążyć, w mojej głowie pojawia się coraz częściej pytanie dlaczego spotkało to akurat mnie.
            Mam naprawdę dużo czasu na przemyślenia. Chcę znać odpowiedź na jedno jedyne pytanie ,,dlaczego?”. Ludzie z FBI nie umieli odpowiedzieć, ci zabójcy pewnie też by nie mogli… Mimo tego w mojej głowie formułuje się tysiące alternatywnych wersji odpowiedzi, przyprawiają mnie o ogromny ból głowy.
            Jest pośród nich jedna konkretniejsza myśl, która nie daje mi spać. Jest to świadomość, że ojciec Loli zajmował się szukaniem Creepypast. Co o nich wiedział? Dlaczego się tym zajmował?
- Lee? – pytam ostrożnie, zerkając na mężczyznę, który wpatrywał się w szachownicę, prawdopodobnie obmyślając  następny ruch.
- Co ojciec Loli wie o Creepypastach i dlaczego się nimi zajmował?  - Lee oczywiście wygląda na zaskoczonego tym pytaniem, jego brązowe tęczówki natychmiast kierują się na mnie. Po chwili odwraca powoli wzrok, jakby rozważał czy powiedzieć mi prawdę czy nie.
- Dobra, w porządku. Powiem ci. Ojciec Loli, Dirk, szukał Creepypast przez ostatnie trzy lata. Głównym powodem było poznanie anatomii ich ciał i tajemnicy nieśmiertelności. Wszystkiego czego się dowiedzieliśmy jest to, że eksperymentuje nad stworzeniem jakiegoś rodzaju leku bazując na swoich badaniach i ma nadzieje niedługo wypróbować go w praktyce na organizmach żywych.
            To sporo informacji do przetrawienia, muszę sobie to poukładać w głowie. Tak więc szukali tych Creepypast po to aby stworzyć jakiś lek, który przedłużyłby ludzkie życie? To brzmi sensownie…
- Jednakże… - kontynuuje Lee, przesuwając palcem po swoim policzku – Potrzebowali więcej danych na temat tych stworzeń, przez co odkryli, że były one czymś więcej niż myśleli. To punkt do którego zmierzamy. Wywnioskowali, że wszystkie Creepypasty mają za cel zabijanie ludzi, co wynikało już z samego brzmienia ich imion. Domagaliśmy się by zamiast leku, tworzono broń przeciwko tym istotom. To już wszystko co wiem.
            Tak więc… Tworzą oni broń by walczyć przeciwko Creepypastom. Jeśli zdążą na czas, mogłabym uniknąć niebezpieczeństwa… Kiedy mieliby ją udostępnić?
- Czy stworzenie tej broni powiodło się? – pytam Lee, skupiam na nim swój wzrok w oczekiwaniu na odpowiedz. Szczerze, nie sądzę by odpowiedź była twierdząca. Jeśli by udało się im zrobić ową broń, nie byłoby mnie tu. A skoro niby już praktycznie ją stworzyli to dlaczego wciąż jestem tu zamknięta pod ochroną?
- Nie. Jak na razie mają tylko trochę prototypowych wersji. Nic jeszcze nie jest w pełni skonstruowane.
            Aha! Więc jak na razie mają tylko prototypy! Jest cień prawdopodobieństwa, że zniknięcie moich przyjaciółek ma coś wspólnego z całą tą kampanią. To sprawa, że podświadomie cała kulę się ze strachu.
            Jeśli by to była prawda, to dlaczego chcieli porwać mnie albo moje przyjaciółki? Jaki mają cel by porwać MNIE?

*flashback*

,,-Znalazłeś to już?
- Oczywiście, że nie idioto. Gdybym to znalazł, nie prosiłbym Cię o pomoc.
- Tak więc zasady się zmieniają, musimy je wziąć tak czy inaczej.”

            Te zdania natychmiast przepływają mi przez umysł, kiedy przypominam sobie co mówili ci zabójcy w noc porwania. Czym było ,,to coś”? Czego oni do diabła szukają?
            Zaczynam naprawdę nienawidzić faktu, że cała ta sytuacja wynikła z ,,piwa nawarzonego przez kogoś innego”.
            Pamiętam czas, kiedy moje życie było takie proste… Wyjście na uczelnię, powrót do domu, jedzenie, spanie, jakieś wyjście czy impreza od czasu do czasu. Taki tryb życia był w porządku. Nie miałam pojęcia jak mało to doceniałam, dopóki tego nie straciłam.
- Chcesz żebym wykonał ruch za ciebie? – pyta Lee, a moje ręce automatycznie wracają na planszę szachową. Nie chce się poddać i natychmiast wyrzucam z głowy niepotrzebne w tej chwili rozważania.  Szybko skanuję wzrokiem ułożenie figur i kalkuluję, że mam naprawdę znikomą szansę na wygraną. Chyba że… Lee będzie grał  według moich zadad.
            Jednak to oznacza, ze muszę poświęcić króla. Nikt inny nie powstrzyma wieży lub konia by uderzyć, jeśli tylko nadarzyłaby się okazja.
            Zatrzymuję się na tym toku rozumowania, dłoń wciąż trzymam na gońcu, lecz wzrok skierowany mam na króla.
            Dociera do mnie coś…
            JA jestem królem.
            Jestem kompletnie bezbronna, polegam jedynie na FBI, podczas gdy sama nie mogę zrobić zupełnie nic. A przecież to ja jestem tą, wokół której kręci się cały ten ambaras.
            Lee w jakiś sposób wyczuwa mój niepokój. Wzdycha sprowadzając mnie tym samym na ziemię i zadaje pytanie:
- Co się stało?
            Moja dłoń wędruje do włosów, nie odłożyłam nawet figury na szachownicę.
- Muszę się sama bronić – szepczę, jednak nie na tyle głośno by Lee to usłyszał. Przysuwa się bliżej mnie, obraca głowę i nadstawia ucho, by dowiedzieć się co powiedziałam.
- Co mówiłaś? – pyta, lecz ja jedynie potrząsam głową.
- Muszę sama się chronić, Lee! Nie chcę stać odsunięta na bok, gdy wszyscy wokół mnie walczą! – wstaję z krzesła tak gwałtownie, że prawie przewracam stolik. Dłonie zaciśnięte w pieści lądują z głuchym odgłosem na blacie, a pionki szachowe drżą.
            Lee nie wydaje się być choćby w najmniejszym stopniu dotknięty moją akcją, jakby wiedział, że wybuch niedługo nastąpi.
- Celowo nie uczyliśmy cię niczego w ramach samoobrony. Chcieliśmy cię ukryć przed zabójcami, a nie przyprawiać o większy kłopot…
            Prawie warczę ze złości, jak mogli w ogóle o czymś takim pomyśleć? Nie jestem przecież głupia ani aż tak nieporadna! Tak, oczywiście, łamię zasady jakie surowo nakazali mi spełniać np. odpisywałam na maile itp., ale to nie znaczy, że nie dałabym sobie rady i zrobiłabym cos nieodpowiedniego i głupiego!
- To nie ma żadnego sensu! Muszę umieć się obronić; własnymi rękami lub bronią palną – wciąż patrzę na strażnika, próbując pokazać, że jestem bardziej gotowa niż myśli, by nauczyć się sztuki samoobrony.
- Większość ludzi zdobywa dużo pewności siebie, kiedy się uczą walczyć, czasem nawet aż za dużo, przez co przeceniają swoje możliwości. Stawiam jednak, że chcesz się nauczyć przynajmniej strzelać.  To w sumie będzie w fair w stosunku do ciebie.
            Uśmiecham się do niego, czując jak radość i poczucie zwycięstwa ogarniają mnie całą. Siadam z powrotem przy stoliku.
- No dobra, to gdzie skończyliśmy?
  
****

-Lewy narożnik, Katy! Celuj w lewy narożnik!
            Mocniej ściskam w dłoniach pistolet, przerażona, że mogę stracić nad nim kontrolę i może wyślizgnąć się z moich rąk. Przeładowuję broń. Kule szaleńczo wystrzeliwują z kabury prosto w postać namalowaną na tarczy.
            Nie trafiłam dokładnie tam gdzie chciałam, ale hej! Tym razem kule trafiły przynajmniej w postać. Wykonuję mały taniec radości i zerkam na instruktora, który kiwa głową z aprobatą.
- Dobrze się dziś spisałaś, Katy – mówi, uśmiechając się do mnie.
            Ćwiczę od wielu dni, staję się coraz lepsza w strzelaniu. Tyle dobrego, że pozwolili mi trzymać broń w moim pokoju. Mam jej użyć oczywiście tylko w ostateczności.
            Odwzajemniam uśmiech i zaczynam sprzątać sprzęt po ćwiczeniach przed pójściem do pokoju. Jestem naprawdę wykończona.
            Kiedy już przygotowałam się do snu, szybko wskakuję do łóżka i przykrywam się ciepłą kołdrą, odgradzając się od zimna panującego w pokoju. Wiercę się, szukając najwygodniejszej pozycji i powoli zasypiam.

~~~

,,All around the mulberry bush the monkey
Chased the weasel
The monkey thought it was all in fun
POP goes the weasel”

*,,Dookoła morwy gąszcz
Małpa gania za łasicą
Małpa myśli, że to tylko gra
BANG, łasicy brak”

            Co to do cholery było? Nieoczekiwanie zostaję sprowadzona na powrót w tamto miejsce karnawału ze snu sprzed paru dni.
            Jednak tym razem siedzę w namiocie na jednym z krzesełek na trybunach na wprost pustej sceny. Zanim zdążam zastanowić się o co chodzi, ktoś tuż obok mnie odzywa się.
- Naprawdę przyprawiasz mnie o zawrót głowy, Katy.
            Natychmiast obracam głowę do źródła znajomego głosu i widzę jak Laughing Jack leży obok mnie rozwalony na paru krzesełkach. Głowę opiera na dłoni zakończonej ostrymi szponami i spogląda na mnie ze złowrogim uśmiechem.
            Natomiast ja, błyskawicznie podskakuję, podnosząc się z miejsca i wydając z siebie wrzask zaskoczenia. Próbuję nieco zwiększyć dystans między mną, a czarno-białym klaunem.
            Jednak ponownie mam wrażenie, że jestem jak przytwierdzona do podłoża. Jego lodowato-zimne oczy patrzą w głąb moich, hipnotyzując mnie.
- Ej ej ej, nie tak szybko, słodziaku. Chcę sobie tylko z tobą uciąć małą pogawędkę. Chodź, usiądź tu obok mnie.
            Chcę potrząsnąć  głową, wykrzyczeć mu w twarz, że jest wariatem… Jednak wbrew sobie podchodzę do krzesła, na którym wcześniej siedziałam i tym razem siadam trochę bliżej sylwetki LJ.
            Moje ciało zachowuje się jakby nie było moje. Jakby było poza kontrolą mojej woli. Czy to jakaś moc, której na mnie użył? Jestem przerażona do szpiku kości. On ma nade mną całkowitą kontrolę.
- To po prostu smutne… Robię wszystko co w mojej mocy, by wywołać w tobie jakieś emocje, daję ci możliwość wyboru i nawet więcej czasu do zastanowienia przed podjęciem decyzji! Ale nie, Jack sobie poczeka…. A ty nawet nie myślałaś o tym by do mnie przyjść. Wiesz, nie jestem taki zły… - mruczy, wplatając parę szponiastych palców w moje brązowe włosy, bawiąc się nimi i owijając umiejętnie jedno pasmo wokół palca. - …Jeffrey jednakże jest złą osobą. Z dnia na dzień robi się coraz bardziej niecierpliwy. We dworze robi coraz większe piekło, każdemu każe się odpierdolić, ponieważ jakimś sposobem jesteś jego własnością.  Nie wiem jak on może tak twierdzić, nawet cię nie naznaczył ani nic…
            Słucham tego jednym uchem, bardziej skupiając się na znalezieniu drogi ucieczki.
            Jednak gdy słyszę jak zostaję nazwana czyjąś ,,własnością”, zaczynam się wkurzać. Myśli, że kim on kurwa jest? Nazywać mnie swoją własnością… Ja jestem panem sama sobie! Na pewno nie należę do tego żądającego nie wiadomo czego seryjnego zabójcy, który nie uchyli się przed niczym byle by tylko zadać mi jak największe cierpienie.  
- Tak czy inaczej, kochanie, daję ci ostatnią szanse byś udowodniła, że jesteś tak słodka na jaką wyglądasz. Poddaj się. Pozwól się zabrać do dworu, a nikomu nic się nie stanie. Jeśli wciąż będziesz odmawiać… Hm, powiedzmy, że to nie skończy się zbyt dobrze.
            Przełykam głośno ślinę, mój wzrok jest utkwiony w jego lodowato zimnym spojrzeniu, a jego władcza aura otacza nas niczym koc.
            Jego krzywy uśmiech robi się jeszcze dzikszy, gdy widzi strach wymalowany na mojej twarzy. Jakby wyczuwał to uczucie przerażenia formujące się powoli w moim ciele.
            Jego palce są zajęte molestowaniem kosmyka moich brązowych włosów, lecz w końcu przesuwa dłoń w stronę mojej twarzy i chwyta mocno mój policzek.
 - Czy mamy umowę, Katy? 
            Już samo wypowiedzenie mojego imienia powoduje u niego chichot. Wciąż wpatruje się w moje oczy, żądając odpowiedzi. Otwieram usta by coś powiedzieć, lecz żadne słowa się z nich nie wydobywają.
            Chcę odmówić, powiedzieć, że nigdy nie zawrę umowy z tymi potwornymi kreaturami. Ma moc by wedrzeć się w moje sny, by kontrolować mnie tak jakbym była jakimś tresowanym pieskiem. Dlaczego nie mógłby mieć takiej mocy by wymusić na kimś obietnicę?
            A zresztą.. I tak nie jestem wstanie wypowiedzieć ani słowa.
            Jego spojrzenie wędruje w dół, w stronę moich ust. Poruszam nimi, wciąż próbując coś powiedzieć, lecz wydobywa się z nich jedynie powietrze. Czuję jak jego uścisk na moim policzku się wzmacnia, jego ostre pazury prawie przecinają moją delikatną skórę. Jedynym słyszalnym dźwiękiem opuszczającym moje gardło jest zdławiony jęk, kiedy zbyt mocno naciska paznokciem na mój policzek.
- A więc? – pyta, a ton jego głosu jest o wiele mniej przyjazny niż chwilę temu, wzrok wciąż ma wbity w moje usta.
            Nagle uczucie słabości zaczyna ogarniać mnie jakby ktoś zarzucił na mnie ciężką płachtę, razem z Laughing Jackiem obraz przed moimi oczami lekko  się rozmazuje i zakrzywia. Próbuję potrząsnąć głową, lecz to jedynie powoduje jeszcze większe mdłości.
            Nie wspominając o tym, że Laughing Jack wciąż trzyma mnie w żelaznym uścisku.
            Czuję jak moje ciało słabnie, a mięśnie się powoli rozluźniają. Mogę jedynie dostrzec rozmazane kolorowe plamy, wraz z ciemnym miejscem tuż przed moją twarzą. Słyszę jak warknął niskim głosem i wiem, że coś idzie nie po jego myśli.
- Szkoda, zaczynały mi się naprawdę podobać nasze wspólne chwile. Wygląda jednak na to, że po raz kolejny zostajemy rozdzieleni. Daję ci jeden dzień na podjęcie decyzji, Katy. Inaczej przyjdziemy po ciebie.


~~

- NIEEEE! – głośny krzyk przeszywa cały pokój, ale moje oczy wciąż są zamknięte. Rozbrzmiewa głośniej i głośniej, póki nie dociera do mnie, że to ja sama krzyczę. Siadam prosto na łóżku, moje ciało jest pokryte zimnym potem, a głowa obraca się we wszystkich kierunkach szukając jakiegoś śladu LJ.
- W porządku, Katy? – przenoszę wzrok na miejsce skąd usłyszałam pytanie i widzę jednego ze strażników siedzącego na krześle obok mojego łóżka. Zajmuje mi to moment by dotarło do mnie, że to co przed chwilą się wydarzyło było tylko snem. Nie,  to nie był sen.
            To raczej koszmar senny.
- Co się stało? – pytam, umysł wciąż mam zaćmiony kiedy patrzę w dół na swoje dłonie. Wszystko wydawało się być takie realne… Namiot cyrkowy, jego pazury dotykające mnie, moje ciało…
- Krzyczałaś bardzo głośno i rzucałaś się na łóżku, myśleliśmy, że masz kolejny taki sen jak parę dni temu. Obserwowałem cię przez chwilę i próbowałem wywnioskować co ci się może śnić, ale zaczęłaś się miotać coraz bardziej, więc cię obudziłem.
            Patrzę na tego faceta i przypominam sobie cały sen. Ten klaun znowu znalazł jakiś sposób by wedrzeć się do mojej głowy, tworząc koszmar w którym wszystko wydawało się być rzeczywistością. Jedno zdanie utkwiło mi w pamięci najbardziej: ,,Daję ci jeden dzień na podjęcie decyzji. Inaczej przyjdziemy po ciebie.”
            Co miał na myśli mówiąc, że „przyjdą po mnie”? Jeśli są w stanie przyjść tu i  mnie porwać to dlaczego proszą mnie o jakiś układ i o współpracę? Czuję kulę w gardle, kiedy przełykam ślinę i zbieram się by powiedzieć temu agentowi co widziałam i co się zdarzyło podczas mojego koszmaru.
- To była istna masakra.

niedziela, 14 lutego 2016

Chapter 10 ,,The Aftermath"

Rozdziały miały być częściej, a jest tak samo jak wcześniej. Muszę ogarnąć dupę i wziąć się za to porządnie. :P

Pochyłą kursywą jest zapisany ,,sen" głównej bohaterki.
tlumacząc go, czułam się trochę tak, jakbym opisywała kuchnię lub rzeźnię Hannibala :') 

*****


 - Jak się czujesz, Katy? – przenoszę wzrok z tykającego miarowo zegara na starszą kobietę siedzącą na krześle przede mną i to na niej skupiam teraz uwagę. Moja dłoń natychmiast wędruje w kierunku głowy, gdzie czuję mocno owinięty bandaż zakrywający obrażenia na moim czole i te z tyłu głowy.
            Jest suchy, co oznacza, że rany już nie krwawią. Wydaję z siebie głęboki westchnienie pełne ulgi. Dociera do mnie nagle, że wciąż nie odpowiedziałam nic na pytanie tej babki. Obudziłam się zaledwie kilka godzin temu, leżałam w czymś w rodzaju pokoju lekarskiego. Bandaże mam owinięte wokół głowy, ręki i brzucha.
            Pamiętam jedynie jak wcisnęłam czerwony przycisk na ścianie, ale wszystko co działo się później jest osnute czarną mgłą. A teraz muszę rozmawiać z tą agentką FBI. Wygląda o wiele przyjaźniej, niż ci wszyscy faceci w garniturach, którzy zawsze mieli kamienną twarz niezależnie od okoliczności.
            Mam już doświadczenie w słuchaniu osób przychodzących do mnie by ogłosić nowe, okropne wiadomości. Akurat ta babka siedziała i czekała aż odpowiem jej typowym ,,wszystko w porządku”, zanim przejdzie do poważnych informacji.
- Mogło być lepiej – odpowiadam gorzko, będąc kompletnie szczera. Bo mogę. Nie ma potrzeby na siłę zgrywać twardej; przez to, że uciekłam  dwa razy zabójcom, wiedzą, że jestem taka. Kobieta jedynie kiwa głową, wciąż mając uśmiech na twarzy.
- Rozumiem to, naprawdę dużo przeszłaś.
            Ona to rozumie? ONA TO ROZUMIE? O czym ona do diabła mówi? Ona nigdy nie musiała uciekać mordercom, nigdy nie słyszała krzyków swoich uprowadzanych i zabijanych przyjaciół. Jak do cholery może w ogóle myśleć, że mnie rozumie?
            Kiedy ta rozmowa się skończy, ONA wróci do swojego domu, do męża, do dzieci, będzie mogła ich przytulić. Może kontaktować się z kim chce, rozmawiać z kim chce. Ja nie. Jej życie toczy się dalej, podczas gdy moje zatrzymało się w miejscu. Chcę jej to powiedzieć, chcę by odczuła, że jestem na nią zła przez to, że powiedziała iż mnie ,,rozumie”.
            Ale nie mogę.
            Dociera do mnie, że to był po prostu jej zły dobór słów, krzyczenie na nią nie zmieni mojej sytuacji. To nie jej wina, że tutaj jestem.
            Kiwam więc tylko głową, próbując się skupić na czymś innym, mimo że w moim pokoju nie ma teraz nic konkretnego na czym mogłabym skupić swoją uwagę.
- Jest coś co muszę ci powiedzieć.
            Spoglądam na kobietę, ciekawość odnośnie tego co ma mi do przekazania, przeważa szalę. Jednakże kiedy widzę wyraz jej twarzy, nie jestem pewna czy chcę usłyszeć nowe wieści.
            Mam rację, są złe.
- Przy ostatnim ataku, kiedy ten mężczyzna wyszedł z telewizora…
            Marszczę brwi na jej słowa. Skąd ona wie co się stało? Z pewnością nie mówiłam jeszcze nikomu przez kogo i jak otrzymałam te wszystkie rany i obrażenia.
- Twoja przyjaciółka Rayne. Została porwana parę minut przed tym jak on próbował zabrać i ciebie.
            I ponownie, mój świat rozpada się na milion małych kawałków. Porwano Rayne. Ostatnia z moich ocalałych przyjaciółek została uprowadzona. Ja będę następna.
            Próbuję coś powiedzieć, lecz z mojego gardła nie wydobywają się żadne słowa. Moje usta są wyschnięte na wiór, otwieram je i zamykam jak ryba wyjęta z wody. Zastanawiam się czy Rayne bała się wtedy tak samo jak ja, zastanawiam się czy również walczyła…
            Albo czy w ogóle miała szansę na jakąś walkę w swojej obronie.
            Wszystkie nadzieje na ucieczkę zabójcom na stałe prysły jak mydlana bańka.   Jeśli bez problemu mogą wejść do strzeżonego budynku to żadne miejsce nie jest już bezpieczne.
            Mam ochotę dać się ogarnąć uczuciu złości na tych ludzi, krzyczeć na nich, pytać czy zrobili naprawdę wszystko co w ich mocy by zapobiec tym wydarzeniom.
            Lecz wiem, że to robili.
- Co się stało? – pytam, krzyżując ręce na piersi i mając nadzieję, że to zmniejszy choć trochę ucisk w mojej klatce piersiowej. Jednak oczywiście, bez zmian.
            Oczy kobiety lekko się rozszerzają, wzdycha i zbiera się na odwagę by mi odpowiedzieć:
- Mamy nagranie… Kamery wtenczas wciąż działały. Chcesz zobaczyć video? – pyta z lekką niepewnością. Pewnie przez to, że to dziwne wobec mnie, że walczyłam przeciwko zabójcy wszystkim czym tylko mogłam, a teraz mam szansę zobaczyć całe zajście po raz kolejny. Tym razem z innym zakończeniem.
- Chcę to zobaczyć. – czuję jak determinacja powoli powraca do mnie. Siadam prosto, pokazując tej babce że ci zabójcy nie przerażają mnie. Oczywiście to tylko pozory, lecz chcę pokazać, że mogę być silna. A także chcę wiedzieć co dokładnie się wydarzyło, mieć pewność, że mój umysł nie spłatał mi figla, gdy widziałam kable wychodzące z TV.

****

            Stoję w pokoju sterowniczym, gdzie są nagrania z wszystkich kamer w budynku.
            Oglądam na małym monitorze video na którym z TV wysuwają się kable. Oplatają się wokół łydki mojej nic nie podejrzewającej, śpiącej przyjaciółki, Rayne, i zaczynają ściągać ją powoli w stronę krawędzi łóżka, dopóki dziewczyna się nie budzi.
            Mogę usłyszeć nawet jej krzyki i błagania o pomoc.
            Zmuszam się by obejrzeć nagranie do końca, patrzeć na to jak walczy z tym czymś, wszystkim co tylko ma pod ręką.  Zostaje gwałtownie ściągnięta z łóżka, a kolejny przewód zacieśnia się na jej nadgarstku. Próbuje je przegryźć, wciąż krzycząc po pomoc, która miała nigdy nie nadejść.
            Czuję się dziwnie oglądając to nagranie, przypominające film, realistyczny  horror. Nie mogę znieść widoku mojej przyjaciółki walczącej o przeżycie, płaczącej i błagającej o litość. Słyszę ją, dopóki kilka kabli nie zaciska się na jej ustach, szyi i biodrach.
            W końcu zostaje ,,wessana” w telewizor. Jej stopy zetknęły się z ekranem jakby były jedynie iluzją. Jej dłoń o szeroko rozpostartych palcach, rozpaczliwie wyciągnięta w kierunku drzwi, jako ostatnia znika w ekranie TV. Po tym zdarzeniu, pokój wydaje się być tak normalny jak przedtem.
            Przełykam ślinę i czuję gulę w gardle. Zakrywam usta dłońmi, to co widziałam było okropne. Ostatnia z moich ocalałych przyjaciółek została porwana. Jestem jedyną która została. Nie mogę już dłużej patrzeć na ekran, wyobrażenia porwanej Rayne wystarczająco oddziałały na mój umysł.
            Nie chcę o tym dłużej myśleć. NIE MOGĘ o tym dłużej myśleć. Jeśli chcę przeżyć, powinnam wrócić do normalnego trybu życia, muszę być silna, nawet jeśli jestem na skraju załamania nerwowego. Nie dam tym zabójcom satysfakcji, by widzieli mnie pogrążającą się w smutku i potoku własnych łez.
            Obracam się ku babce z którą wcześniej rozmawiałam, patrzę na nią nieco niewidzącym wzrokiem. Wyczuwałam na sobie jej wzrok od czasu do czasu, gdy oglądałam nagranie. Prawdopodobnie sprawdzała jak to znoszę i czy wszystko jest ok.
- Czy rodziny tych straconych strażników zostały powiadomione?
            Kobieta wydaje się być nieco zaskoczona moim pytaniem wyjętym spoza kontekstu sprawy. Nie chcę rozmawiać o swoich przyjaciółkach w tej chwili, to przyniesie mi tylko ból.
            Agentka tylko kiwa głową i posyła mi swój ciepły uśmiech, dziękując mi za moją troskę. Czuję się źle, to przeze mnie zginęli. Jeśli by mnie tu nie było, prawdopodobnie wciąż by żyli…
- Mam do ciebie parę pytań.

****

            Znów wiercę się i przewracam z boku na bok w łóżku, wewnątrz mojego małego pokoju. Wywiad ciągnął się przez kilka godzin, pytania dotyczyły w szczególności Bena i tego co do mnie mówił. Wiedzieli o wszystkim co się stało. W całym pokoju oraz na korytarzu zainstalowane były kamery, których pilnowali strażnicy, wpatrując się w nie uważnie. Przez to mogłam zobaczyć uprowadzenie Rayne.
            Powód dlaczego strażnik nie zainterweniował był prosty. Nie żył. Wisiał  na niewielkim przewodzie elektrycznym, który był opleciony ciasno wokół jego szyi.
            Jestem tak bardzo zmęczona, ale nie mogę zasnąć; boję się, coś złego się stanie tak jak ostatnio. Telewizor został usunięty z mojego pokoju, wraz z jakimikolwiek elektrycznymi rzeczami. To dla bezpieczeństwa, mówili. Wiem, że wiedzą coś więcej na temat Bena. Coś czego mi nie powiedzieli. I nigdy nie powiedzą.
            Gdy przekonuję siebie wystarczająco, że nic się nie stanie, pozwalam powiekom opaść, odpływając powoli w swoją podświadomość. 

~~
- Gdzie ja jestem? – pytam samą siebie.
            Stoję pośrodku terenu, który wygląda jak miejsce, gdzie odbywał się jakiś karnawał. Jednakże jest to teren mroczny, wyglądający na opuszczony od lat. Jedna z płacht namiotu cyrkowego jest podarta i brudna, a jej lewa strona wygląda na przeżartą przez mole lub jakieś inne insekty.
- Oh, cukiereczku, w końcu przyszłaś.
            Natychmiast się obracam i staję  twarzą w twarz z osobą z moich najgorszych koszmarów. To ten czarno-biały klaun. Wydaję z siebie cichy okrzyk przerażenia i zszokowana próbuję się cofnąć.
- Nie tak szybko. – chichocze i więzi w uścisku moje ramię. Jego palce o długich, ostrych szponach zaciskają się mocno na moim ciele, tak bym nie była w stanie uciec. Próbuję się wyrwać, jednak gdy moje spojrzenie spotyka się z jego, zamieram. Jakby w magiczny sposób moje mięsnie otrzymały wymuszenie by się rozluźnić, a cale ciało uspokoić.
- Mam ci coś do pokazania – mówi śpiewnie z nutą radości w głosie.
            Zaczyna ciągnąć mnie za sobą. Mam problemy z dotrzymaniem mu tempa, prawi potykam się o własne stopy. Dwukolorowy klaun dalej kieruje się ku wejściu do jednego z namiotów.
            Chcę krzyczeć, wyrwać się, lecz nie mogę. Nie tylko przez to, że boję się konsekwencji, ale przez to, że nie jestem w stanie uciekać. Użył na mnie jakiegoś rodzaju wpływu czy siły. Nie podoba mi się to.
            Zostaję gwałtownie wepchnięta do namiotu i niemalże ląduję boleśnie na ziemi, lecz w ostatniej chwili podpieram się rękami, łagodząc upadek. Czuję  jakiś płyn oraz coś gładkiego i miękkiego pod moimi dłońmi i kolanami. Tego rodzaju rzeczy są porozkładane na całej podłodze. Nie mogę jednak dostrzec co to dokładnie jest, w namiocie panuje zbyt duży mrok.
            Nagle do mojego nosa dociera zapach tak okropny, że nawet karaluchy by uciekały od niego gdzie pieprz rośnie. Chcę unieść dłoń i zasłonić nią usta i nos, by uchronić się przed dalszym wdychaniem tego paskudztwa, lecz dociera do mnie że mam rękę umazaną w jakimś nieokreślonym ,,płynie”, przez co żołądek wykręca mi się na drugą stronę i czuję mdłości.
            W tym momencie światła zostają zapalone, a ja mrużę oczy i unoszę ramię nad głowę by uchronić się przed ostrym, nagłym światłem wdzierającym się do moich oczu. Powoli rozwieram powieki, gdy już się przystosowuję do jasnego oświetlenia.
            Gdy widzę już co się wokół mnie znajduje, nie pragnę niczego innego niż ponownie zamknąć oczy i ich więcej nie otwierać. Wszędzie wokół mnie są… martwe ciała. Fragmenty ludzkich organów i wnętrzności są rozprowadzone po podłodze jak swego rodzaju malowidło. Wszelakie insekty gnieżdżą się w zdeformowanych trupach, które przedtem były zwykłymi, normalnymi ludźmi.
            Dociera do mnie nagle gdzie leżę, więc błyskawicznie podrywam się na równe nogi. Macham rękoma i otrzepuję ubranie, w panicznej chęci by się oczyścić.
- Podoba ci się to co widzisz? – słyszę kolejny chichot i rozglądam się. Dostrzegam tego dziwnego klauna obok trybuny, gdzie kilka krzeseł na przodzie jest zajętych przez…
            Są zajęte przez dzieci.
            Martwe dzieci.
            Wszystkie są mocno poturbowane. Jedno ma wnętrzności wylewające się i  zwisające z otwartej dziury w brzuchu, żołądek zaś jest wypchany watą cukrową. Głowa innego chłopca wygląda jak zbity wazon – fragmenty kości czaszki wystają z dziury, gdzie spoczywa mózg.
            To wygląda makabrycznie.
            Jestem jedynie w stanie patrzeć na klauna ze strachem, podczas gdy on uśmiecha się dziko od ucha do ucha. Wypuszczam głośno powietrze, gdy widzę, że się zbliża krokiem pokazującym, że domaga się respektu. Cofam się, a moje plecy zderzają się ze ścianą namiotu. Po chwili już jestem uwięziona między jego ciałem, a starą tkaniną.
- Posłuchaj mnie, Katy. Masz jeden dzień, by zgodzić się byśmy zabrali cię do nas, a nikomu nic się nie stanie, rozumiesz? Jeśli nie, skończysz tak jak ci wszyscy tu leżący ludzie, a wierz mi, oni wszyscy byli żywi, gdy ,,zabawiałem się” nimi.
            Nie pojmuję jak ten monochromatyczny facet może zmienić się z psychopatycznie chichoczącego klauna w prawdziwego, masowego mordercę w zaledwie kilka sekund.
- Oh, nie martw się, kochanie. Mam ci jeszcze mnóstwo rzeczy do pokazania.
            Zaczynam się czuć jak na haju, nie słucham już co do mnie mówi. Czuję się jakby moje ciało było ciągnięte gdzieś, jakby ktoś próbował mnie dosięgnąć i wyciągnąć stąd.
- Wygląda na to, że nasz czas dobiegł końca. Pamiętaj o naszym UKŁADZIE.
           
~~
            Gwałtownie siadam na łóżku, krzycząc głośno. Jestem cała zlana zimnym potem. Nagle wyczuwam czyjąś obecność obok mnie i obracam się, by ujrzeć jednego ze strażników. Klęczy przy moim łóżku. Nie ma okularów, przez co widzę jego zaniepokojoną twarz.
- W porządku? – pyta.
            Wolno kiwam głową, przezornie rozglądając się wokół i wypatrując jakichkolwiek oznak bytności czarno-białego klauna. Na szczęście nikogo tu nie ma. Więc to był tylko sen? Ale jak..?
            Nie jestem tym jednak zbytnio zaskoczona, skoro  na przykład widziałam jak Ben mógł sobie ot tak wyjść z cholernego telewizora. 
- Powiedz mi co się stało.

***

            Powiedziałam mu o wszystkim, każdy najmniejszy szczegół, który zapamiętałam ze swojego snu. Wkrótce zrozumiałam, że to nie był żaden wymysł. Nie, to było prawdziwe zdarzenie. Moje przeczucia się sprawdziły. Nie chcę by ktokolwiek za mnie ginął; jeśli tylko będę mogła, zapobiegnę temu.
- Wysłuchaj mnie, Katy. Zgodziliśmy się na tą pracę, widząc, że możemy skończyć w takiej sytuacji. Znamy niebezpieczeństwo i zagrożenia płynące z naszej pracy oraz wiemy, że możemy stracić życie. Jeśli nie bylibyśmy na to przygotowani, nie przyjęlibyśmy tej pracy. Ja… My robimy wszystko co w naszej mocy, by chronić cię, nawet kosztem naszych żyć. Więc nie waż się nawet myśleć o poddaniu się.
            Zaczynam czuć się nieco lepiej, po tym co powiedział do mnie ten gość. Uczucie zwątpienia i wahania przeradza się w determinację. Jestem zdecydowana by nie słuchać tych gróźb i dalej się ukrywać. Jednak jest jedna myśl, która uparcie nie daje mi spokoju.
            Jak do jasnej cholery miałabym się POJAWIĆ U NICH gdybym się na to zgodziła? Nie ma tu żadnych urządzeń elektrycznych, a jeśli umieliby przechodzić przez ściany czy coś to czemu po prostu mnie teraz nie zabiorą?
            Wyrzucam z głowy natłok myśli. Rozważanie tego tematu nie przyniesie mi nic dobrego. 

poniedziałek, 8 lutego 2016

Chapter 9 (ver 2) ,,...Do Przycisku Alamowego".

Sorry, sorry sorry, że z takim opóźnieniem. Ale to dwa rozdziały, dlatego tłumaczenie dłuzej szło... Postaram się ogarniać rodziały szybciej ;D

--UWAGA!---
Przy zakończeniu rozdziału 8 mogłaś wybrać opcję - pobiec do drzwi lub do przycisku alarmowego. Jesli nie wybrałaś, wróć do rodziału 8 i zdecyduj która opcja bardziej Ci odpowiada. 

rozdział 8 ------> http://carpenoctem-jeffthekiller.blogspot.com/2016/01/chapter-8-another-attack.html

OPCJA NR. 1 (DO DRZWI) -----------> http://carpenoctem-jeffthekiller.blogspot.com/2016/02/chapter-9-ver-1-do-drzwi.html

UWAGA!!!
Rodział zawiera wulgarny język, bądźcie przygotowani! 



******
           Chcę już podbiec do przycisku alarmowego, lecz nagle coś mnie powstrzymuje. Kątem oka dostrzegam jak coś… nie, raczej KTOŚ wychodzi wprost z telewizora. Wstrzymuję oddech, gdy powoli obracam się w kierunku TV. Nogi mam jak wrośnięte w ziemię, gdy jestem widzem tego niecodziennego spektaklu.
            Jakaś osoba wychodzi z telewizora…
            Kurwa, jakaś osoba wychodzi z pieprzonego telewizora!
            Gdy owa persona już stoi swobodnie na nogach, mam pełen wgląd na całą jego postać. Wygląda jak… Link! Jednak gdy unosi swoją głowę uwydatnia się jedna  pokaźna różnica pomiędzy nim, a bohaterem z gier mojego dzieciństwa. Ma czarne tęczówki ze śladami krwi spływającymi z jego oczu. Jego uśmiech wykrzywiony jest złośliwością, a na twarzy maluje się groźba i ostrzeżenie. Nie musiałam spoglądać na niego dwa razy by wiedzieć, że muszę uciekać.
            Nawet jeśli znajduje się tuż obok włącznika alarmu, podejmuję ryzyko i biegnę do wielkiego, czerwonego guzika na ścianie. Wygląda jakby nie spodziewał się tego, na jego twarzy malowało się zaskoczenie, widać że był skonfundowany. Nie mam jednak czasu by teraz o tym myśleć.
            Przeskakuję nad kablami, uważnie je omijając i wyciągam rękę w stronę przycisku.  Kiedy palcami w końcu dotykam guzika, czuję ulgę, lecz wiem, że to jeszcze nie jest koniec. Cały pokój zalewa jaskrawe czerwone światło.
            Dźwięk alarmu rozlega się w pokoju, a ja jestem naprawdę rada, że w ogóle zadziałał. Jednakże mój moment radości jest niezwykle krótki, bo nagle dostrzegam, że ten gość przybliża się do mnie, przeklinając pod nosem.
            Prawdopodobnie przez to, że dotknęłam przycisku i uruchomiłam alarm zanim to zauważył i mógł jakkolwiek zareagować.
            Szybko odskakuję do tyłu, schodząc mu z drogi i trafiam w stół. Chłopak mija mnie o cal, lecz przez moje potknięcie i tak ląduję na podłodze. Nie mam pojęcia jak szybko bym musiała wstać by ten chory typ nie zdążył położyć na mnie łap.
- Ty dziwko, a myślałem, że załatwimy to w wygodniejszy sposób. – warczy na mnie, a spojrzenie jego oczu spływających krwią spoczywa na mnie, przez co aż włosy stają mi dęba. Przełykam ślinę gdy zbliża się do mnie, krok za krokiem.
            Rozglądam się po pokoju, próbując znaleźć coś co mogłabym użyć jako broni. Jednak nie ma tu nic co mogłoby mi się przydać do walki z Link’o-wyglądającą postacią, która wyszła wprost z TV. Wtedy zaczynam krzyczeć głośno o pomoc. Przycisk alarmowy jest włączony, czemu nikt tak długo się nie pojawia?
- Nikt cię teraz nie ocali, Katy – warczy na mnie efl. Wykrzywia usta w uśmiechu, gdy wyczuwa strach ogarniający moje ciało. Widać że uwielbia patrzeć jak horror i przerażenie  wpływają na twarze ludzi, kiedy on sam, osobiście do nich przychodzi, by zabrać ich ze sobą. Chcę powiedzieć mu, że może i by poszli bez przymusu, ale tylko jeśli mieliby gwarancję przestrzelić ten sztucznie wyglądający łeb.
            Nie jestem w sumie jednak tego taka pewna…
            Robię jeszcze kilka kroków w tył, dopóki nie natrafiam plecami na coś chłodnego. Ściana. Cholera. Nie mam jak uciec, a morderca idzie po mnie, ze złością odsuwając stół i krzesła stojące mu na drodze.
            Unoszę ramiona zatrzymując je przed swoją twarzą w ramach ochrony, kiedy elf staje przede mną.
- Awww co się stało? Boisz się?
            Jego ręka prześlizguje się pomiędzy moimi wyciągniętymi ramionami, dłonią dosięga mojego policzka i ujmuje go mocnym chwytem. Zmusza mnie bym spojrzała na niego. Śmieje się cicho, gdy zamykam oczy, nie chcąc patrzeć na jego zdegenerowaną twarz.
- Mam dużo frajdy, bawiąc się tobą. Mam nadzieję, że zachowasz trochę świadomości, gdy już z tobą skończę.
            Na te słowa moje oczy szeroko się otwierają. Patrzę na niego ze wstrętem.
            Nagle mocne pukanie do drzwi przerywa naszą wspólną chwilę. Nie, nie brzmiało jak pukanie tylko raczej walenie.
- Katy! W porządku? Otworzymy drzwi najszybciej jak tylko się da!
            Nadzieja na ucieczkę przed zabójcą, wzrasta, kiedy słyszę głośne odgłosy przy drzwiach.  Jednak chłopak przede mną wydaje z siebie cichy chichot i kręci głową, mrucząc coś w stylu ,,głupi ludzie..”.
            Lecz przez jego chwilę rozproszenia, widzę szansę na ucieczkę. Bezpieczny teren jest tak blisko mnie, więc jestem skłonna zaryzykować. Wykonuję jeden prosty ruch i mocno kopię go kolanem w krocze. On na to wydaje z siebie głośne warknięcie pomieszane z jękiem.
            Wykorzystuję okazję by uciec, więc odskakuję od niego.
            A lepiej by było gdybym tego nie zrobiła…
            Nie zauważam niewielkiej kałuży wody na podłodze i wchodzę w nią. To nie byłby taki duży problem, gdyby nie sięgały do niej przecięte kawałki przewodów elektrycznych. Kiedy tylko kawałek skóry na mojej stopie styka się z taflą wody, czuję wysokie napięcie przepływające przez moje ciało.
            Czuję się tak, jakby tysiące małych szpilek wbijało się w każdy skrawek mojego ciała. Słyszę krzyk.. okropny, przeraźliwie okropny krzyk. Ból nie zanika, wciąż jest tak samo odczuwalny. Prąd przepływa od organu do organu, paraliżując wszystko na swojej drodze w moim ciele.
            Zanim zdążam temu wszystkiemu zapobiec, wewnątrz mnie tworzy się totalny chaos. Prąd nie znajduje ujścia z mojego ciała, przedostaje się więc przez skórę, zostawiając po sobie rany, które wkrótce przemienią się w ciemną spaloną, martwą tkankę.
            Widzę rozbłysk światła przed oczami, lecz nie mogę już widzieć dość wyraźnie. To wyglądało tak, jakby błysk był tylko w mojej wyobraźni, jakby przepłynął przez moje zwoje mózgowe. Próbuję desperacko skupić wzrok na jednym punkcie, jednak wysiłek ten jest zbyt duży.
            Aż w końcu… wolność.
            Ból zanika, opuszcza moje ciało zostawiając mnie stojącą na środku pokoju w kałuży wody. Widzę dym, lecz nie czuję nic. Nie mogę nawet poczuć swoich nóg, co skutkuje tym, że po chwili pokój wiruje przed moimi oczami, a ja bezwładnie opadam na podłogę.
            Czuję coś, lecz nie mam pojęcia co to jest. Parę kosmyków moich niegdysiejszych brązowych włosów opada mi na twarz, a ja zauważam, że są doszczętnie spalone, tak, że przybrały ciemny, praktycznie czarny odcień. Wtedy do mnie dociera – naprawdę zostałam porażona prądem.
            Chcę odetchnąć, lecz czuję ciężkość w klatce piersiowej i nie mogę nabrać powietrza do płuc. Chcę poruszyć się lecz nie mogę. Zaczynam panikować, lecz z czasem moja świadomość zaczyna się zacierać, aż nagle słyszę to:
- Kurwakurwakurwa, Slender mnie zabije! Powiedział, że mam wziąć je ŻYWE! Cholera! Odejdę zanim mnie tu ktoś zobaczy. Wymyślę jakąś wymówkę…
            Chcę obrócić głowę w kierunku tego gościa, lecz jakikolwiek ruch jest niemożliwy do wykonania.
            Czuję się jakbym była pod dywanem, który przypiera mnie do podłoża.
            W tym momencie drzwi się otwierają… Lecz niestety zbyt późno. Kroki zbliżają się do mnie, słyszę krzyki… Wszystko na darmo.
            Moje serce zostało porażone prądem, przepływ energii jak przy defibrylacji. Przez to wiem, że to już dla mnie koniec. Próbuję nabrać powietrza jeszcze raz, lecz w tym samym momencie moje oczy spowija czerń.
            Moja wymęczona dusza w końcu udaje się na spoczynek. 

******
A, no i napiszcie co sądzicie o sposobie tłumaczenia? Jest w miarę składnie? Da się czytać? :D

Chapter 9 (ver. 1) ,,...Do Drzwi"

Sorry, sorry sorry, że z takim opóźnieniem. Ale to dwa rozdziały, dlatego tłumaczenie dłuzej szło... Postaram się ogarniać rodziały szybciej ;D

--UWAGA!---
Przy zakończeniu rozdziału 8 mogłaś wybrać opcję - pobiec do drzwi lub do przycisku alarmowego. Jesli nie wybrałaś, wróć do rodziału 8 i zdecyduj która opcja bardziej Ci odpowiada.

rozdział 8 ------> http://carpenoctem-jeffthekiller.blogspot.com/2016/01/chapter-8-another-attack.html

OPCJA NR. 2 (DO PRZYCISKU ALARMOWEGO) ------> http://carpenoctem-jeffthekiller.blogspot.com/2016/02/chapter-9-ver-2-do-przycisku-alamowego.html

UWAGA!!!
Rodział zawiera wulgarny język, bądźcie przygotowani! 

*****

            Chcę już podbiec do drzwi, lecz nagle coś mnie powstrzymuje. Kątem oka dostrzegam jak coś… nie, raczej KTOŚ wychodzi wprost z telewizora. Wstrzymuję oddech, gdy powoli obracam się w kierunku TV. Nogi mam jak wrośnięte w ziemię, gdy jestem widzem tego niecodziennego spektaklu.
            Jakaś osoba wychodzi z telewizora…
            Kurwa, jakaś osoba wychodzi z pieprzonego telewizora!
            Gdy owa persona już stoi swobodnie na nogach, mam pełen wgląd na całą jego postać. Wygląda jak… Link! Jednak gdy unosi swoją głowę uwydatnia się jedna  pokaźna różnica pomiędzy nim, a bohaterem z gier mojego dzieciństwa. Ma czarne tęczówki ze śladami krwi spływającymi z jego oczu. Jego uśmiech wykrzywiony jest złośliwością, a na twarzy maluje się groźba i ostrzeżenie. Nie musiałam spoglądać na niego dwa razy by wiedzieć, że muszę uciekać.
            Natychmiast otwieram drzwi i wybiegam na korytarz. Nie mam czasu by oglądać się za siebie;  i tak słyszę jego kroki tuż za mną. Kątem oka dostrzegam dwa zdeformowane ciała strażników, leżących pod ścianą. Oboje mają kable oplecione wokół szyi.
- Wracaj tu, piękna. Chcę się tylko trochę ZABAWIĆ.
            Znów krzyczę wzywając pomocy w nadziei, że zwrócę w końcu czyjąś uwagę na to co tu się dzieje. Wtem prawie wywalam się, potykając się o kolejne ciało strażnika… Nie, to raczej nie wygląda na agenta FBI… Już nie. To krwawa masa kości i wnętrzności, rozprowadzona po białej, marmurowej posadzce w całym korytarzu.
            Muszę użyć całej swojej siły woli by powstrzymać się od wymiotów.  Moją jedyną myślą jest teraz tylko to by uciec przed tym dziwadłem. Widzę w oddali  wielkie czarne wrota i wiem, że mam przewalone.
            Te drzwi są zawsze zamykane ze względów bezpieczeństwa.
            Decyduję się wiec na nagły zwrot i chowam się w łazience. Chwytam szybkim ruchem klamkę, by wyhamować i zatrzasnąć za sobą drzwi. Używam całej siły by jak najszybciej zamknąć wrota, jednak czyjaś stopa krzyżuje moje plany.
            Wydaję z siebie jęk frustracji, kiedy napieram całym ciałem na drzwi, pchając z całej siły by ustąpiły i zamknęły się. Jednak dzieje się coś przeciwnego – wrota otwierają się na oścież, popychając mnie w tył na ścianę. Kolanami uderzam o brzeg wanny, zanim upadam w tył z głuchym odgłosem.
            Ból który czuję po upadku, sprawia, że czuję się jakbym miała złamany kręgosłup. Mimo to wciąż desperacko chcę uciec. Próbuję wyleźć z wanny, jednak czyjeś ciało ląduje na mnie, a jego waga uniemożliwia mi jakikolwiek ruch. Czuję jak ktoś mocno ściska moje nadgarstki w miejscach gdzie jest najbardziej wyczuwalne tętno. W końcu ośmielam się otworzyć oczy.
- No no no, moja droga, z bliska wyglądasz jeszcze piękniej. Ten dzisiejszy strój cholernie do ciebie pasuje.
            Widzę jak ten zielony elf szczerzy się do mnie. Jego uśmiech jest dziwny, przez co próbuję się mu wyrwać jeszcze gorliwiej niż przedtem. To nie wydaje się robić  na nim żadnego wrażenia, wciąż trzyma moje ręce w żelaznym uścisku. Wtedy przestaję próbować się oswobodzić, patrzę już tylko na niego z wściekłością i jadem, prawie sycząc na chłopaka z każdym wydawanym przez siebie oddechem.
- Oh, gdzież są moje maniery? Nawet nie miałem okazji się przedstawić. Nazywam się Ben Drowned, ale ty słoneczko, możesz mówić do mnie Ben.
            Znów się wyrywam próbując sprawić by przesunął się choćby o milimetr.
            Jednak jest zbyt silny.
- Wow, widzę już dlaczego jesteś ulubienicą Jeffa. To nie sprawiedliwe, że już nazywa cię swoją własnością, nie sądzisz? 
            Niewielka przestrzeń w wannie sprawia, że czuję się naprawdę niekomfortowo; tym bardziej, że siedzi na mnie ten elf. Warczę na niego i robię coś o czym nawet mi się wcześniej nie śniło, że to kiedykolwiek zrobię.
            Splunęłam na niego.
            Wyraz jego twarzy zmienia się momentalnie. Przechodzi od nagłego szoku do straszliwego wyglądu rodem z horroru.
            SMACK!
            Moja głowa odskakuje na prawo, kiedy mnie uderza. Mocno. Obracam twarz na powrót ku jego osobie, czekając obojętnie na kolejny akt deprawacji… dopóki nie dostrzegam zmiany wyrazu jego twarzy. Jego wzrok spoczywa na określonych partiach mojego ciała, a jego uśmiech rośnie i staje się dzikszy z każdą sekundą.
- To było głupie posunięcie, ślicznotko.
            Ponownie próbuję się oswobodzić, lecz on jedynie zaciska mocniej swoje ręce na moich ramionach i mocnym pociągnięciem unieruchamia je przy moim ciele. Jego twarz przybliża się do mojej. Strach paraliżuje mnie już całkowicie, gdy wyczuwam jego usta tuż obok mojego ucha. Jego przyspieszony i wypełniony czymś, jakby pożądaniem oddech, owiewa mój policzek.
- Wiesz… to, że Jeff nazywa cię swoją własnością, nie oznacza kurwa, że nie mogę zapoznać się z tobą bliżej jako pierwszy. Zaczniemy to już oficjalnie. Nie jest to zbyt najlepsze miejsce jak na mój gust, zrobimy to jakoś poza tym...
            Otwieram szerzej oczy gdy słyszę jego słowa. Co on planuje? Ok, ja już dobrze wiem co on kurwa planuje, nie chcę jednak tego przyjąć do wiadomości...
            Jego głowa zniża się coraz bardziej w kierunku mojej szyi. Na moim ciele pojawia się gęsia skórka, gdy jego ciepły oddech omiata moją delikatną skórę. Słyszę jak głośno wciąga powietrze, wdychając mój zapach. Przez to że opuścił głowę w dół, całe jego ciało także się poruszyło.  Podejmuję więc kolejną próbę ucieczki z jego ramion, wyrywam się z całą swoja mocą, krzycząc głośno; tym razem używam też także nóg.
            On sprawa wrażenie jakby się nie spodziewał czegoś takiego, bo natychmiast siada prosto, a poruszywszy się lekko uwolnił spod siebie przez przypadek moją nogę. Zaczynam kopać wszystko dookoła, on zaś szybko unika moich ciosów uśmiechając się złośliwie i patrząc na moje próby ucieczki.
- To nie polepszy w żaden sposób twojej sytuacji, skarbie.
            Słysząc to, zaczynam rzucać się jeszcze bardziej, próbując uderzyć go wszystkim czym tylko mogę. Jednak zamiast go walnąć, moja noga uderza w coś zupełnie innego. Kran. Nogą dotykam uchwytu i pchnę go ku górze, uruchamiając go.
            Natychmiast zostaję oblana zimną wodą. Lodowaty strumień rozpryskuje się na ciele Bena, zanim dosięga i mnie, mocząc moje ciało. Jednak na Bena działa to znacznie gorzej. Wydaje z siebie skwierczący, ten sam mechaniczny krzyk, który słyszałam gdy przecięłam wcześniej kable.
            Jego ciało zaczyna… migotać? Jego ręce wędrują do głowy, ściskając ją mocno, zanim cała jego postać znika jak zepsuty hologram.  Po paru sekundach słuchania tego okropnego dźwięku towarzyszącego znikaniu Bena, wszystko wraca do normy.
            Nie czuję już ciężaru jego ciała na moim, krople wody z prysznica spływają teraz centralnie na mnie. Rozglądam się w około, uważnie szukając jakichkolwiek oznak bytności Bena.
            Jednak odszedł.
            Wydaję z siebie głośne westchnięcie, jednak dociera do mnie, że to jeszcze nie koniec.  O nie. Próbuję wstać, jednak ból w dolnej części kręgosłupa praktycznie uniemożliwia mi jakikolwiek ruch. Determinacja by się stąd wydostać jednak przejmuje nade mną kontrolę i jakoś wytaczam się z wanny, poraniona i kompletnie mokra.
            Chwiejnie kieruję się w stronę wciąż otwartych drzwi. Ostatkiem sił wlokę się przez korytarz, do drzwi aż dostrzegam mój cel.
            Czerwony przycisk.
            Zbieram całą swoją energię, by pokonać te ostatnie parę kroków do włącznika alarmu. Wyciągam w jego kierunku rękę, jestem już tylko 10 centymetrów od niego i bycia bezpieczną.
            Dłonią dotykam w końcu przycisku i delikatnie go popycham. Cały korytarz zostaje natychmiast zalany ostrym, czerwonym światłem, a głośny dźwięk syren przeszywa powietrze. Osuwam się po ścianie, ból przeszywający moje ciało jest nie do opisania.
            Nie trwa to długo gdy ogromne, czarne wrota na końcu korytarza otwierają się wpuszczając do środka mnóstwo mężczyzn w ubraniach wojskowych i w kamizelkach kuloodpornych. Widzę jak podchodzą do mnie, krzycząc do innych by wezwali lekarza. Jeden z nich klęka przy mnie, pytając o coś czego nie rozumiem.
            Nie mogę nawet go usłyszeć.
            Oczy same mi się zamykają, nie jestem w stanie walczyć z opadającymi powiekami. Desperacko potrzebuję odpoczynku. Mogę jedynie myśleć o przeszłym wydarzeniu i o tym jak ponownie uciekłam zabójcom.
            Szczęście jest definitywnie po mojej stronie. 

*****
A, no i napiszcie co sądzicie o sposobie tłumaczenia? Jest w miarę składnie? Da się czytać? :D