niedziela, 24 kwietnia 2016

Chapter 13 ,,Stay"

Nie wyrobiłam się z tłumaczeniem, wiem, jestem okropna XD Mam teraz egzaminy (matura rozszerzona z polaka oraz karate), więc jakbym tłumaczyła drugi alternatywny rozdział to byście się obu doczekali pewnie na koniec maja. Wolę wiec dać teraz ten jeden z poprawnym wyborem i pójść z opowiadaniem dalej, a alternatywny przetłumaczę w wolnej chwili.
W tym drugim nie ma nic kluczowego. Streszczając krótko... Bohaterka wychodzi na korytarz, trafia na agenta FBI, Lee oraz innego, który karze jej wracać natychmiast do jej zabezpeiczonego pokoju. Lecz zabójcy dopadają ich przedwcześnie, w ferworze walki bohaterka otrzymuje cios w kark i tętnice, na skutek czego ginie. Z dialogu pod koniec rozdziału można się domyśleć, że odpowiedzialni są za to Hoodie&Masky:
,,-C-c-cholera! Slender będzie naprawdę w-wkurzony!"
.
A teraz... enjoy the show :3 Z góry przepraszam jeśli ktoś zniszczy sobie tym rozdziałem swoje własne wyobrażenie Jeffa :P

***

            Decyduję się pozostać w środku. Jeśli wyszłabym na zewnątrz, kto wie co mogłoby się stać? Może cały korytarz jest przepełniony trującym gazem czy czymś takim? Nie, jestem bezpieczna tu, w tym pokoju, tak długo jak drzwi pozostają zamknięte. 
            Prostuję się i staję twarzą do wejścia. Unoszę rękę, w której wciąż ściskam broń i celuję nią prosto w drewniane wrota. Czuję jak moje całe ciało drży w napięciu. Drugiej dłoni używam, by przytrzymać trzęsącą się rękę trzymającą pistolet.
            Wolno zwilżam językiem wargi i nadstawiam ucha, czujna by wyłapać dodatkowy dźwięk syren i każdy odgłos sygnalizujący, że ktoś zbliża się do drzwi. Czuję jak mój oddech robi się coraz bardziej przyspieszony, a serce obija się niekontrolowanie w mojej klatce piersiowej. Mam nadzieję, że nie połamie mi żeber.
            Całą uwagę skupiam na drzwiach, ignoruję małe kropelki potu pojawiające się na mojej skórze i spływające w dół twarzy.
            Nagle, w tej chwili jestem pewna, że klamka wolno się poruszyła. Zamieram w miejscu, skupiając się na małym, lśniącym uchwycie w drzwiach. Moje źrenice zwężają się, a mój palec jest teraz tak blisko spustu broni, że nawet najmniejszy ruch mógłby wypalić pocisk w wymierzonym kierunku.
            Nie słyszę krzyków, nie słyszę żadnych huków i łomotów, nie słyszę strzałów ani odgłosów szamotaniny. Wokół panuje cisza, nie słychać nic oprócz tego przeklętego alarmu awaryjnego.
            Klamka w drzwiach nagle znowu się porusza, przez co mrużę oczy; mam nadzieję, że to tylko moja wyobraźnia się ze mną zabawia.
            Jednakże po tym razie nie poruszyła się już więcej.
            Przygryzam usta rozważając czy poczekać cierpliwie na rozwój wydarzeń, czy kopnąć w drzwi, nie pierdolić się z tym i zacząć strzelać wszędzie dookoła. Napięte mięśnie zaczynają dawać o sobie znać, stoję w tej pozycji już zbyt długo. Przenoszę ciężar ciała z prawej nogi na lewą, by pozbyć się odrętwienia.
- Zamierzasz dalej tak stać i mnie kusić, bym wykonał pierwszy ruch, czy w końcu dotrze do ciebie, że stoję tu już od paru minut?
            Moje ciało momentalnie zamiera w miejscu, kiedy słyszę zachrypnięty głos tuż za mną. Czuję jak serce wali mi w nienaturalnie szybkim tempie, jestem zbyt zszokowana.
            Nie mam odwagi, by się obrócić, nie chcę upewniać się do kogo należy ten głos. Rad nierad MUSZĘ to zrobić. Głośno przełykam ślinę, przypominając sobie, że muszę oddychać. Urywany  oddech wydobywa się z mojej krtani, kiedy wolno odwracam głowę za siebie i zerkam przez ramię.
            Stoi tam On. Mężczyzna z moich koszmarów, mój najgorszy strach. Opiera się o ścianę i w przeciwieństwie do mnie wygląda na w pełni wyluzowanego. Twardymi opuszkami palców przesuwa po ostrym ostrzu lśniącego noża, a usta ma rozciągnięte w uśmiechu do granic możliwości.
            Jeffrey Woods.
            Wydaję z siebie cichy dźwięk zaskoczenia i obracam się całym ciałem w jego stronę. Broń natychmiast kieruję na wciąż uśmiechającego się zabójcę.
            On jednak nie wygląda na ani trochę wytrąconego z równowagi moją akcją, bo wciąż patrzy się  na mnie swoimi oczami bez powiek; przepełnione są czystą satysfakcją i ubawieniem.  
- Och głupiutka dziewczyno, co chcesz zrobić? Postrzelić mnie swoją zabaweczką? – w jego głosie wyraźnie odczuwam kpinę, jego oczy śledzą każdy mój ruch.
            Czuję jak wściekłość wypełnia całe moje ciało, kiedy w końcu mogę stanąć twarzą w twarz z mężczyzną, który przewrócił całe moje życie do góry nogami; który porwał i prawdopodobnie zabił moje przyjaciółki i to w jak najbardziej brutalny sposób; który zaatakował nas, śledził i męczył psychicznie przez wiele dni.
            Mocniej ściskam pistolet zimnymi i lekko wilgotnymi dłońmi; nie spuszczam oczu z postaci chłopaka przede mną.
            Nie chcę niczego więcej jak tylko przestrzelić tego skurwiela przez sam środek jego głowy, lecz najpierw chcę… odpowiedzi. Nie poprawka – nie ,,chcę” tylko MUSZĘ uzyskać odpowiedzi.
- Jak do cholery się tutaj dostałeś? – syczę przez zęby i próbuję jednocześnie kontrolować swoje drżące ze strachu kolana. Mam nadzieję, że on tego nie dostrzeże;  nie chcę by zobaczył, że okazuję jakieś oznaki słabości.
            Mam wrażenie, że zabójca lekko się skrzywił na to co powiedziałam; to znaczy na tyle ile pozwalała mu się skrzywić jego twarz z wyrytym na niej uśmiechem.
- Uważaj na język, Laleczko. Takie słowa  nie pasują do ciebie.
            Posyłam mu lodowate spojrzenie, wściekła przez to, że najpierw wpada znikąd wprost do mojego pokoju, a teraz śmie krytykować mój dobór słów. Prawie warczę na niego. Nie przejawiając już żadnych oznak strachu, mówię:
- Zadałam ci pytanie! Jak tu kurwa wszedłeś?!
            Zabójca jedynie przewraca oczami, a kilka lekkich, urywanych, szaleńczych chichotów wydostaje się z jego rozciętych  ust, zanim powraca wzrokiem do mojej osoby.
- Naprawdę mnie sobą zainteresowałaś. Nigdy nie grałem w chowanego na TYM poziomie.
            A to skurwiel! Nie odpowiedział na pytanie tylko zbacza z tematu, unikając jasnej odpowiedzi. Zaciskam zęby ze złości i przełykam ślinę.
- Jeśli nie odpowiesz mi teraz, strzelę! – krzyczę, a głos przepełniony mam złością i czystą furią.
            Nie mam pojęcia czy te pociski go zabiją, ani czy naprawdę jestem w stanie strzelić i zabić człowieka. Jednak jego nienawidzę bardziej niż jakąkolwiek osobę…
            Na moje słowa on jedynie zaczyna się śmiać, co wkrótce przeradza się w głośny atak śmiechu. Jest tak intensywny, że chłopak aż chwyta się za brzuch, a pomiędzy wybuchami śmiechu, łapie z trudem powietrze; widać to co powiedziałam jest dla niego cholernie zabawne.
            Patrzę na niego skonfundowana; nie wiem czy powinnam być wściekła czy przerażona przez to, że on stoi i skręca się ze śmiechu przeze mnie. Kiedy ostatnie cienie rozbawienia znikają , mężczyzna prostuje się, próbując zapanować nad kołtuńskim uśmieszkiem na swojej twarzy.
- Jesteś naprawdę urocza. A teraz chodźmy już do rezydencji, zanim ktoś nam tu przeszkodzi. Jestem już nieco zmęczony graniem w tę grę.
            Unoszę brwi, zmieszana. Nie wiem o co mu chodzi.
            Tymczasem chłopak lekko odpycha się od ściany ze swojej dotychczasowej pozycji i wtedy dociera do mnie najgorsza prawda o tym co zamierza zrobić.
            *krok*
            On próbuje wziąć mnie ze sobą.
            *krok*
            Natychmiast się cofam, aż plecami uderzam w drzwi. Nie myślałam, że są tak blisko mnie. Mężczyzna idzie wolnym krokiem, jego postać emanuje grozą. Jakby delektował się strachem, który stopniowo coraz bardziej wypełnia moje żyły. Szybko wymierzam w niego pistolet, a palec przesuwam bliżej spustu.
            *krok*
- Jesteś naprawdę wspaniałym widokiem dla moich oczu, wiesz o tym?
            Znowu krok; zbliża się coraz bardziej w moim kierunku. Przez jego słowa jeszcze intensywniej uświadamiam sobie co mógłby ze mną zrobić. Chce mnie porwać, dręczyć, torturować i prawdopodobnie zabije mnie po wszystkim w najbardziej sugestywny sposób.
            *krok*
            Nie waham się ani przez moment. Adrenalina przepływa przez moje ciało, kiedy naciskam spust. Nie mówię nic przed wystrzałem, słychać jedynie głośne ,,Bang!”. Oczy mam zaciśnięte; wiem, że nie spudłowałam, ale sama  myśl, że do kogoś strzeliłam powoduje, że mam ochotę się skulić w sobie.
            ‘…’
            Cały pokój jest pogrążony w straszliwej ciszy. Ośmielam się w końcu otworzyć oczy, mając nadzieję zobaczyć martwe ciało leżące u mych stóp. Jednak kiedy patrzę przed siebie, nie jest to widok, który pragnęłam ujrzeć.
            Naprzeciwko mnie jest on, Jeffrey Woods, stojący tam w pełnej krasie. Moje oczy skupiają się na czymś upiornym – w jego brzuchu jest zrobiona przeze mnie rana postrzałowa, barwiąca czerwienią już i tak pokryty krwią sweter.
            Mężczyzna zatrzymuje się, a jego wzrok kieruje się w dół i spoczywa dość obojętnie na jego ranie. Wygląda to tak jakby poddawał to ocenie; jakby zastanawiał się czy moja akcja jest bardziej aktem odwagi czy głupoty.
            Jednakże nie przez to, że go posłuchałam, zaczynam drżeć ze strachu. To przez fakt, że on nie okazał, że odczuł jakikolwiek ból. Jedynie stał w miejscu, nie wydając z siebie żadnego dźwięku ani reakcji pokazującej że czuje się źle, jest ranny, cierpiący…
            Jego wzrok momentalnie mknie ku moim oczom. Spojrzenie ma przepełnione furią, wściekłością i czystym złem, kiedy zaczyna iść do mnie już większymi krokami. Bardzo mu się to nie spodobało.
- Ty cholerna gówniaro – warczy przez zęby.
            Głośno przełykam ślinę, przerażona tym co się zaraz stanie. Szybko unoszę broń, tym razem celując w jego głowę i wypuszczam parę pocisków po kolei. Głośne strzały powodują ból głowy, świat prawie wiruje mi przed oczami. Wiem, że kilka razy nie trafiłam, ale wciąż strzelam, modląc się, by to wystarczyło do zatrzymania go.
            Przez cały czas nie słyszałam nic poza wystrzałami. Żadnych jęków bólu, warknięć pełnych złości czy krzyków. Ani nawet kroków…
            Nagle parę kliknięć rozlega się zamiast huku strzałów, kiedy naciskam spust raz za razem. Nie ma już pocisków w magazynku, jest pusty, musiałabym go ponownie naładować żeby działał.
            Wzrokiem mknę w kierunku zabójcy, a ostatnie pokłady wiary utrzymują mnie jeszcze w nadziei, że może jednak będzie leżał na ziemi, a krew będzie spływała na posadzkę z tych paru ran, które mu zadałam.
            Jednak kiedy powietrze robi się bardziej przejrzyste po dymie z prochu strzelniczego, a ja mogę dokładnie dostrzec co dzieje się dookoła, widzę, że przynajmniej w jednej rzeczy się nie myliłam. Dokładniej: ma on trochę ran na ciele z których wypływa krew, lecz mimo to… wciąż idzie w moim kierunku. Automatycznie szerzej otwieram powieki, nie wierząc w to co się dzieje.
            On wciąż idzie ku mnie, a ogień i furia w jego oczach są dwa razy większe niż przedtem. Wręcz czuję jakby grunt usuwał mi się spod nóg z każdym krokiem który on stawia; czuję się tak jakby przez niego ziemia miała się rozstąpić, a ja miałabym spaść w wypełnioną lawą przepaść.
            Nie mogę pojąć, że on wciąż jest w stanie utrzymać się na nogach i normalnie oddycha, po tym jak parę razy celnie w niego strzeliłam. Żaden człowiek by tego nie przeżył.
            Ale on nie jest człowiekiem.
            Nie waham się ani sekundy; wiem, że muszę wydostać się stąd jak najszybciej. Szczególnie gdy broń nie jest skuteczna w styczności z tym gościem. Mogę jedynie uciec, schować się i modlić o to by mnie nie znalazł. Tak jak za pierwszym razem.
            Mam przeczucie że tym razem będzie o wiele trudniej niż ostatnio.
            Odwracam się na pięcie i otwieram na oścież drzwi, prawie wyrywając je z zawiasów. Upuszczam broń i nie oglądając się za siebie wyskakuję na korytarz jak z procy. Moim oczom ukazuje się widok pourywanych ludzkich części ciała porozrzucanych na zabarwionej czerwienią posadzce.
            Biegnę prosto przez korytarz ku szeroko otwartym wielkim czarnym drzwiom na końcu. Biegnę tak szybko jak tylko mogę, nie myśląc o tym, że w każdej chwili mogę się poślizgnąć i upaść; czerwony płyn sprawił, że podłoga jest jeszcze bardziej śliska niż zwykle.
            Nie ma wokół mnie żadnej żywej duszy. W korytarzu jestem tylko ja, morderca  oraz te obszarpane i okaleczone ludzkie części. Słyszę odgłos zbliżających się kroków wyróżniających się na tle wyjącego alarmu, śledzących każdy mój ruch. Wiem, że muszę działać szybko.
            Gwałtownie skręcam i biegnę kolejnym korytarzem, gdzie ludzkie ciała są porozkładane na podłodze jak w masowym grobie. Uważam by nie nastąpić na czyjeś ciało, co jest trudne bo nie ma wokół na posadzce wolnej, czystej przestrzeni. Potykam się o coś; czuję coś miękkiego, śliskiego i gładkiego kolidującego z moją stopą.
            Chwieję się na nogach, desperacko próbując utrzymać się w pionie, lecz wkrótce upadam na mokrą podłogę z głośnym plaśnięciem. Próbuję podeprzeć się na dłoniach, lecz kiedy tylko moje ręce dotykają podłoża, niemożliwe jest to bym dała radę się podnieść.
            Przeszywający ból przepływa przez moje ramiona i całe ciało. Mimo to natychmiast próbuję znowu się podnieść. Lecz kiedy zbieram się do wstania, przenoszę ciężar ciała na jedną dłoń, która momentalnie protestuje co objawia się silnym bólem.
            Ignoruję to, chęć przeżycia jest silniejsza niż ból. Kiedy w końcu udaje mi się stanąć na nogi, próbuję biec szybciej i nie zwracać uwagi na obrzydliwie mdlące odgłosy ludzkich organów po których stąpam. Nie zachodzę zbyt daleko, czuję jak para silnych ramion zaciska się wokół mojej talii.   
            Natychmiast chcę się wyślizgnąć z uścisku, a wtedy zostaję uniesiona w górę i gwałtownie pchnięta na ścianę. Wydaję z siebie głośny jęk bólu. Zaciskam powieki, gdy moja głowa uderza w twardą powierzchnię. Para silnych rąk o twardej, szorstkiej skórze zaciska się na moim ciele, jedna jego dłoń jest umiejscowiona na mojej głowie, a druga na ramieniu.
            Moja głowa i reszta ciała zostaje uderzona o ścianę, jeszcze raz i jeszcze raz, znów i znów, z taką siłą że całe powietrze ulatuje z moich płuc.
- Nie. Odważysz. Się. Kurwa. Zrobić. Tego. Ponownie. NIGDY WIĘCEJ!
            Po wszystkim puszcza mnie, a ja osuwam się po ścianie jak bezwładna laleczka. Mam wrażenie, że mój mózg zamienił się w papkę. Moja podświadomość jest zamglona, tak samo jak wzrok. Czuję jak wojskowy but dociska mój nadgarstek do ziemi, powodując falę bólu rozprzestrzeniającą się na całe moje ciało.
- Chcesz żebym dalej wytrząsał z ciebie całe te gówniane przyzwyczajenia czy w końcu nauczysz się, że masz mnie słuchać?
            Jestem jedynie w stanie tylko cicho szlochać z bólu, podczas gdy nacisk jego nogi na bolące miejsce w moim nadgarstku zwiększa się.
- A więc?! – warczy patrząc niecierpliwie na moje ciało skulone w godnej pożałowania pozycji.  Wiem jaką odpowiedź chce usłyszeć, ale nie mogę mu tego powiedzieć, jeszcze mnie nie złamał.
- Idź do diabła ty potworna kreaturo!  - wyrzucam z siebie, wciąż płacząc z bólu.
            Jego stopa gwałtownie koliduje z moim brzuchem, a kontakt jest tak silny, że przewracam się na bok. Kolejne wściekłe kopnięcie ląduje na plecach; zaczyna okładać mnie kopniakami z siłą której mógłby pozazdrościć mu nawet Popeye*.
            Gdy w końcu przestaje, jestem cała pokryta krwią. Nie moją własną, mam nadzieję, tylko krwią z ciał którym usłana jest podłoga. Gardło mam pełne śliny; no, mam nadzieję, że to tylko ślina.
            Zabójca chwyta garść moich włosów tuż przy skórze, zmuszając mnie bym uniosła głowę, a jego oddech omiata moją skórę, gdy mówi:
- Wiesz co, Katy? To poniekąd wygląda znajomo… Ah, już pamiętam. Jedna z twoich przyjaciółek leżała w tej samej pozycji w której ty jesteś teraz. Jedyną różnicą jest to że twoje wnętrzności wciąż są na miejscu, wewnątrz twojego ciała.
            Kilka jego maniakalnych chichotów towarzyszy ostatniemu zdaniu.
            Pomijając ból promieniujący z każdego skrawka mojego ciała, czuję jak złość się we mnie gotuje. Jakby samo myślenie o jednej z moich przyjaciółek będącej martwą przez niego, napełniło mnie siłą. Momentalnie znów zaczynam się szarpać, próbując wyrwać się z jego uścisku, kopiąc we wszystko co jest w moim zasięgu, nawet jeśli to skutkuje jedynie marnotrawstwem energii.
 - Pieprze cię! – prawie krzyczę; nienawidzę faktu że jestem taka kompletnie bezradna.  
- Aż taka chętna?
            Zaczynam się wyrywać i szarpać jeszcze mocniej, ale to niczym nie skutkuje. Nigdy nie wydostałabym się z jego uścisku. Nie teraz, nie kiedyś, nigdy. Mogę jedynie wbijać wzrok w martwy korpus ciała leżący na przeciwko mnie, który jeszcze niedawno był żywym, oddychającym człowiekiem jak ja.
- Myślę, że już czas byś ,,poszła spać”.
            Łzy zbierają się w moich oczach, podczas gdy wzrok wciąż mam wbity w martwe ciało jakiegoś człowieka przede mną. Szepczę delikatnie:
- Przepraszam.
            Naprawdę czuję się winna i zobowiązana by przeprosić tych wszystkich ludzi, którzy umarli, chroniąc mnie. Czuję jak morderca zaciska dłoń na moich włosach jeszcze mocniej, zanim uderza mną w zimną, mokrą podłogę. Natychmiast mdleję.
            A więc, stało się faktem. 6 przyjaciółek wynajmujących razem do niedawna dom, przepadło.
            Właśnie zostałam porwana.

 ---------------------------------------------


*Popeye albo jakikolwiek zawodnik MMA :D Autorka przedobrzyła i tak, takie  kopniaki by zabiły bohaterke :P 

wtorek, 12 kwietnia 2016

~×~ Uwaga ~×~

Piszę tylko, że żyję i przepraszam za tak długie oczekiwanie na dalszą część. Przerwałam akurat w kluczowym momencie, ponadto w następnym rozdziale miał się pojawić tytułowy głowny bohater Jeff.. należy mi się solidny opierdziel za takie zwlekanie z tłumaczeniem.

Anyway... Zabieram się za to znów i postaram się wrzucić w miarę szybko (najpóźniej w następnym tygodniu). Mam dopiero przetłumaczone 3/4 jednego z dwóch rozdziałów także ten...

Spojlerując: będzie duuuużo krwi. :3


piątek, 11 marca 2016

Chapter 12 ,,Danger!"

Przepraszam x1000 za takie długie oczekiwanie na rozdział, ale naprawdę jestem mocno zabiegana. Szkoła, spanie, trening, spanie, szkoła, spanie, trening, spanie... I tak w kółko, nie mam czasu nawet dla siebie. 
Ale będę tłumaczyć, na pewno nie porzucę tego opowiadania ^^
PS w następnym rodziale już będzie jeden z głównych bohaterów - Jeff. Oczywiście... zależy też który rodział wybierzecie.. :D

***


- Spudłowałaś! Kolejny raz! – krzyczy na mnie mój trener i wskazuje na dziurę w tarczy, 30 cm od celu – jej środka. Mrużę oczy wpatrując się w kartonową figurę stojącą kilka metrów ode mnie, jakby to miało mi pomóc w lepszym celowaniu… Wiem, że to daremne, nie mam szczęścia od rana. Jedna myśl kołacze się w mojej głowie, to przeklęte zdarzenie wciąż daje o sobie znać.
~~,,Daję ci jeden dzień na podjęcie decyzji albo przyjdziemy po ciebie”.
            Nikt nie mógłby zredukować narastającego we mnie uczucia strachu i ucisku w brzuchu. Chcę sprawić bym mogła użyć tych lęków na swoją korzyść. Strzelić w tarczę z determinacją jaką mam dzięki nim, lecz jakimś sposobem nie jestem zdolna tego zrobić.
            Dziwne przeczucie narasta we mnie, zwiększa się moja czujność, nawet jeśli strażnik powiedział, że nie ma się o co martwić. No właśnie JEST się o co martwić. Nie wiem jeszcze tylko co to konkretnie jest. Mam nadzieje, że intuicja mnie zawodzi i moje przeczucie są złe, zaś ludzie z FBI mają rację, że nic nam nie grozi.
- PAF!
            Cholera! Znowu pudło. Wydaję z siebie głośne warknięcie pełne frustracji, a dłonie unoszę w kierunku głowy. Czuję nagłą potrzebę by przywalić łbem w ścianę. Potrząsam głową kilka razy, próbując skupić się na strzelaniu.
- Co z tobą, Katy? Mam wrażenie jakbyśmy się cofnęli do twojego pierwszego treningu – mój trener staje przede mną, a jego brązowe oczy domagają się wyjaśnień. Przewracam oczami wzdychając głośno, nie jest to jednak reakcja na jego osobę.
- Po prostu nie mogę wyrzucić z głowy tamtego snu. Mam wrażenie, że jego cień chodzi za mną gdziekolwiek bym się nie znalazła. Nie mogę się skoncentrować.
            Kładę pistolet na niewielkim stoliku obok mnie i opadam na dość niewygodne, drewniane krzesło. Mój instruktor przysuwa krzesło dla siebie i siada naprzeciwko mnie, pochylając się lekko, postawą okazując troskę.
- Posłuchaj, Katy. Wiem, że ta sytuacja jest w twoim odczuciu nieco kuriozalna*, ale musisz się skupić. Jeśli kiedykolwiek staniesz oko w oko z tym zabójcą, musisz zachować zimną krew i zebrać się w sobie by strzelić celnie. Inaczej wszystkie te treningi były robione na próżno.  – mówi, opierając łokcie na udach.
            Wiem, że ma rację, ale ja naprawdę nie mogę wyrzucić tego z głowy. Zbyt wiele dziwacznych rzeczy wydarzyło się ostatnio w moim pokręconym życiu, potrzebuję kogoś kto na powrót nauczy mnie myśleć normalnie. Ta zagmatwana sytuacja wyciąga ode mnie zbyt wiele energii, nie mogę już sobie z nią dłużej radzić.
- Wiesz co, Katy? Skończmy na dziś.
***

            Leżę w łóżku cały czas wiercąc się i przewracając z boku na bok by jakoś się ułożyć do snu. To jednak nie jest moim największym problemem, to nie przez to nie mogę zasnąć. Moje myśli znów szaleją, nie mogę się odpędzić od ich niszczącego oddziaływania.
            Wydaję z siebie jęk i zakrywam głowę poduszką w akcie desperacji, by choć trochę uspokoić mózg, lecz to w niczym nie pomaga. Przewracam się na plecy, decyduję się po prostu na patrzenie w sufit. Jestem wyczerpana nadmiernym myśleniem, pomimo zmęczenia nie mogę zasnąć.
            Skupiam się na oddychaniu, mając nadzieję że równomierny rytm przyniesie mi szybki sen, ale nawet to nie działa. Nigdy nie zasnę już normalnie, wiem to.  Wzdycham do siebie i znów się obracam. Leżę na boku i wpatruję się w białą ścianę naprzeciwko mnie.
            Nie mogę tego ogarnąć, gdy myślę ile ostatnio się wydarzyło. Jeszcze kilka tygodni temu byłam zwykłą szczęśliwą nastolatką mieszkającą w domu z dwiema przyjaciółkami. Miałam normalne życie takie jakie ma każda inna przeciętna dziewczyna.
            A teraz? Teraz jestem uziemiona w czymś w rodzaju bunkra, ukrywam się przed jakimiś nieludzkimi tworami o psychopatycznych skłonnościach i przerażających umiejętnościach. Znów główne pytanie wybija się ponad inne, to jedno, które zadaje sobie już chyba po raz tysięczny.
            Dlaczego?
            Wszystkie moje przyjaciółki odeszły, ślad po nich zaginął jakby zniknęły z powierzchni ziemi. Prawdopodobnie są teraz ostro torturowane, o ile nie są już martwe. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie bólu i cierpienia jakie odczuwają i przez jakie przechodzą; cierpienia które czeka także i mnie.
            Co jeśli spędzę tu resztę swojego życia chowając się w tej dziurze z gwardią strażników stojących mi nad głową? Co jeśli te ,,Creepypasty” nigdy nie zostaną złapane?
            Wtedy będę skazana na to miejsce na wieki, będę tu gnić do późnej starości. Nie zapomnieli by o mnie ot tak po prostu, jestem przecież dla nich w pewien sposób ważna. Mogę mieć jedynie nadzieję, że przez to, jeśli kiedykolwiek dostaną mnie w swoje ręce, okażą mi choć trochę litości.
            Nagle słyszę znajomy donośny, ostry dźwięk, przeszywający moje uszy i obijający się w mojej głowie. Podskakuję ze strachu, kiedy pokój przybiera czerwoną barwę od świateł alarmu. Dźwięk jest coraz głośniejszy z sekundy na sekundę, ale nie to jest niepokojące.
            Chwilę po włączeniu, alarm zamilkł.
            O Boże! Dlaczego włączono go i od razu wyłączono? Co się dzieje? Czy to ci zabójcy dostali się do środka? Czy to trening? Nie, wątpię w to, raczej powiedzieliby mi gdyby mieli zamiar zrobić trening praktyczny. Jest tylko jedna rzecz którą mogę teraz zrobić. Wysuwam się powoli spod kołdry i wychodzę z łóżka. Biegnę do niewielkiej komody w rogu pokoju i gwałtownie otwieram jedną z szuflad. Na jej dnie widzę znajomy przedmiot.
            Mój pistolet.
            Zaciskam na nim palce czując zimny metal na swojej skórze.  Mam spocone ręce, przez co odruchowo zaciskam mocniej dłoń na broni, kiedy sprawdzam czy jest naładowana. Oczywiście że jest, musiałam jednak mieć pewność.
            Dlaczego nikt nie przychodzi by powiadomić mnie co się dzieje? A może… nie został tam już nikt by do mnie przyjść? Stoję przez kilka minut w kompletnej ciszy, światła alarmowe mrugają do mnie nie pozostawiając żadnych zastrzeżeń, że jednak coś się wydarzyło.
            Co mam teraz zrobić? Mogę wyjść i sprawdzić co się stało, ale czy to dobry pomysł…? Mogę też zostać w środku, tu w pokoju, z pistoletem wycelowanym w drzwi i każdego kto spróbuje tu wejść, zamienić w krwawą masę na ziemi.  

  ZOSTAĆ

czy


WYJŚĆ Z POKOJU?

niedziela, 21 lutego 2016

Chapter 11 ,,Self Defence"

Znowu muszę przeprosić za długi czas oczekiwania, ale mam ostatnio dużo zajęć dodatkowych, kursów i wyjazdów. Niemniej jednak postaram się z następnym rozdzialem wyrobic tak, by wstawić go w okolicach weekendu :D
I uprzedzam, już niedługo pojawi się Jeff.
Btw Zawsze jak gdzies pojawia się jakiś Azjata to ma na imię Lee. Zawsze. Why? XD

****
- Szach-mat! – Lee, jeden z żołnierzy przydzielonych do pilnowania mnie, przesuwa małą, czarną figurę szachową na to samo miejsce już od kilku partii z rzędu. Zamieram i unoszę ręce w poddańczym geście, prawie warcząc z frustracji.
- Niemożliwe! Twój pionek nie był na tym polu, zanim nie poszłam po coś do picia!
            Lee tylko głośno się śmieje i kręci głową, kiedy zastrzega, że nic nie zrobił. Mimo to, jestem pewna, że mam rację, on oszukiwał, jego figura była wcześniej w innym miejscu na szachownicy.
- Po prostu nie możesz znieść faktu, że wygrałem! Dobra, teraz ty zaczynasz tę partię.
            Krzyżuję ramiona w proteście, sygnalizując, że nie zamierzam dłużej grać, póki nie przyzna się, że oszukiwał. Czego się prawdopodobnie nigdy nie doczekam.
            Przez to, że nie mam właściwie niczego czym mogłabym zabić czas, odkąd wszystkie urządzenia elektryczne zostały zabrane z mojego pokoju, paru  agentów FBI grywa ze mną w szachy. Jednym z nich jest Lee. Grałam już w to kiedyś. Było to jednak bardzo dawno temu, więc wyszłam z wprawy.
            Po paru rundach, przypominam sobie wszystkie zasady, jednak nie jestem tak dobra jak moi przeciwnicy. Nie obchodzi mnie to jednak zbytnio. Ważne, że w ogóle mam z kim pogadać. Każdy dzień samotności zaczyna mi ciążyć, w mojej głowie pojawia się coraz częściej pytanie dlaczego spotkało to akurat mnie.
            Mam naprawdę dużo czasu na przemyślenia. Chcę znać odpowiedź na jedno jedyne pytanie ,,dlaczego?”. Ludzie z FBI nie umieli odpowiedzieć, ci zabójcy pewnie też by nie mogli… Mimo tego w mojej głowie formułuje się tysiące alternatywnych wersji odpowiedzi, przyprawiają mnie o ogromny ból głowy.
            Jest pośród nich jedna konkretniejsza myśl, która nie daje mi spać. Jest to świadomość, że ojciec Loli zajmował się szukaniem Creepypast. Co o nich wiedział? Dlaczego się tym zajmował?
- Lee? – pytam ostrożnie, zerkając na mężczyznę, który wpatrywał się w szachownicę, prawdopodobnie obmyślając  następny ruch.
- Co ojciec Loli wie o Creepypastach i dlaczego się nimi zajmował?  - Lee oczywiście wygląda na zaskoczonego tym pytaniem, jego brązowe tęczówki natychmiast kierują się na mnie. Po chwili odwraca powoli wzrok, jakby rozważał czy powiedzieć mi prawdę czy nie.
- Dobra, w porządku. Powiem ci. Ojciec Loli, Dirk, szukał Creepypast przez ostatnie trzy lata. Głównym powodem było poznanie anatomii ich ciał i tajemnicy nieśmiertelności. Wszystkiego czego się dowiedzieliśmy jest to, że eksperymentuje nad stworzeniem jakiegoś rodzaju leku bazując na swoich badaniach i ma nadzieje niedługo wypróbować go w praktyce na organizmach żywych.
            To sporo informacji do przetrawienia, muszę sobie to poukładać w głowie. Tak więc szukali tych Creepypast po to aby stworzyć jakiś lek, który przedłużyłby ludzkie życie? To brzmi sensownie…
- Jednakże… - kontynuuje Lee, przesuwając palcem po swoim policzku – Potrzebowali więcej danych na temat tych stworzeń, przez co odkryli, że były one czymś więcej niż myśleli. To punkt do którego zmierzamy. Wywnioskowali, że wszystkie Creepypasty mają za cel zabijanie ludzi, co wynikało już z samego brzmienia ich imion. Domagaliśmy się by zamiast leku, tworzono broń przeciwko tym istotom. To już wszystko co wiem.
            Tak więc… Tworzą oni broń by walczyć przeciwko Creepypastom. Jeśli zdążą na czas, mogłabym uniknąć niebezpieczeństwa… Kiedy mieliby ją udostępnić?
- Czy stworzenie tej broni powiodło się? – pytam Lee, skupiam na nim swój wzrok w oczekiwaniu na odpowiedz. Szczerze, nie sądzę by odpowiedź była twierdząca. Jeśli by udało się im zrobić ową broń, nie byłoby mnie tu. A skoro niby już praktycznie ją stworzyli to dlaczego wciąż jestem tu zamknięta pod ochroną?
- Nie. Jak na razie mają tylko trochę prototypowych wersji. Nic jeszcze nie jest w pełni skonstruowane.
            Aha! Więc jak na razie mają tylko prototypy! Jest cień prawdopodobieństwa, że zniknięcie moich przyjaciółek ma coś wspólnego z całą tą kampanią. To sprawa, że podświadomie cała kulę się ze strachu.
            Jeśli by to była prawda, to dlaczego chcieli porwać mnie albo moje przyjaciółki? Jaki mają cel by porwać MNIE?

*flashback*

,,-Znalazłeś to już?
- Oczywiście, że nie idioto. Gdybym to znalazł, nie prosiłbym Cię o pomoc.
- Tak więc zasady się zmieniają, musimy je wziąć tak czy inaczej.”

            Te zdania natychmiast przepływają mi przez umysł, kiedy przypominam sobie co mówili ci zabójcy w noc porwania. Czym było ,,to coś”? Czego oni do diabła szukają?
            Zaczynam naprawdę nienawidzić faktu, że cała ta sytuacja wynikła z ,,piwa nawarzonego przez kogoś innego”.
            Pamiętam czas, kiedy moje życie było takie proste… Wyjście na uczelnię, powrót do domu, jedzenie, spanie, jakieś wyjście czy impreza od czasu do czasu. Taki tryb życia był w porządku. Nie miałam pojęcia jak mało to doceniałam, dopóki tego nie straciłam.
- Chcesz żebym wykonał ruch za ciebie? – pyta Lee, a moje ręce automatycznie wracają na planszę szachową. Nie chce się poddać i natychmiast wyrzucam z głowy niepotrzebne w tej chwili rozważania.  Szybko skanuję wzrokiem ułożenie figur i kalkuluję, że mam naprawdę znikomą szansę na wygraną. Chyba że… Lee będzie grał  według moich zadad.
            Jednak to oznacza, ze muszę poświęcić króla. Nikt inny nie powstrzyma wieży lub konia by uderzyć, jeśli tylko nadarzyłaby się okazja.
            Zatrzymuję się na tym toku rozumowania, dłoń wciąż trzymam na gońcu, lecz wzrok skierowany mam na króla.
            Dociera do mnie coś…
            JA jestem królem.
            Jestem kompletnie bezbronna, polegam jedynie na FBI, podczas gdy sama nie mogę zrobić zupełnie nic. A przecież to ja jestem tą, wokół której kręci się cały ten ambaras.
            Lee w jakiś sposób wyczuwa mój niepokój. Wzdycha sprowadzając mnie tym samym na ziemię i zadaje pytanie:
- Co się stało?
            Moja dłoń wędruje do włosów, nie odłożyłam nawet figury na szachownicę.
- Muszę się sama bronić – szepczę, jednak nie na tyle głośno by Lee to usłyszał. Przysuwa się bliżej mnie, obraca głowę i nadstawia ucho, by dowiedzieć się co powiedziałam.
- Co mówiłaś? – pyta, lecz ja jedynie potrząsam głową.
- Muszę sama się chronić, Lee! Nie chcę stać odsunięta na bok, gdy wszyscy wokół mnie walczą! – wstaję z krzesła tak gwałtownie, że prawie przewracam stolik. Dłonie zaciśnięte w pieści lądują z głuchym odgłosem na blacie, a pionki szachowe drżą.
            Lee nie wydaje się być choćby w najmniejszym stopniu dotknięty moją akcją, jakby wiedział, że wybuch niedługo nastąpi.
- Celowo nie uczyliśmy cię niczego w ramach samoobrony. Chcieliśmy cię ukryć przed zabójcami, a nie przyprawiać o większy kłopot…
            Prawie warczę ze złości, jak mogli w ogóle o czymś takim pomyśleć? Nie jestem przecież głupia ani aż tak nieporadna! Tak, oczywiście, łamię zasady jakie surowo nakazali mi spełniać np. odpisywałam na maile itp., ale to nie znaczy, że nie dałabym sobie rady i zrobiłabym cos nieodpowiedniego i głupiego!
- To nie ma żadnego sensu! Muszę umieć się obronić; własnymi rękami lub bronią palną – wciąż patrzę na strażnika, próbując pokazać, że jestem bardziej gotowa niż myśli, by nauczyć się sztuki samoobrony.
- Większość ludzi zdobywa dużo pewności siebie, kiedy się uczą walczyć, czasem nawet aż za dużo, przez co przeceniają swoje możliwości. Stawiam jednak, że chcesz się nauczyć przynajmniej strzelać.  To w sumie będzie w fair w stosunku do ciebie.
            Uśmiecham się do niego, czując jak radość i poczucie zwycięstwa ogarniają mnie całą. Siadam z powrotem przy stoliku.
- No dobra, to gdzie skończyliśmy?
  
****

-Lewy narożnik, Katy! Celuj w lewy narożnik!
            Mocniej ściskam w dłoniach pistolet, przerażona, że mogę stracić nad nim kontrolę i może wyślizgnąć się z moich rąk. Przeładowuję broń. Kule szaleńczo wystrzeliwują z kabury prosto w postać namalowaną na tarczy.
            Nie trafiłam dokładnie tam gdzie chciałam, ale hej! Tym razem kule trafiły przynajmniej w postać. Wykonuję mały taniec radości i zerkam na instruktora, który kiwa głową z aprobatą.
- Dobrze się dziś spisałaś, Katy – mówi, uśmiechając się do mnie.
            Ćwiczę od wielu dni, staję się coraz lepsza w strzelaniu. Tyle dobrego, że pozwolili mi trzymać broń w moim pokoju. Mam jej użyć oczywiście tylko w ostateczności.
            Odwzajemniam uśmiech i zaczynam sprzątać sprzęt po ćwiczeniach przed pójściem do pokoju. Jestem naprawdę wykończona.
            Kiedy już przygotowałam się do snu, szybko wskakuję do łóżka i przykrywam się ciepłą kołdrą, odgradzając się od zimna panującego w pokoju. Wiercę się, szukając najwygodniejszej pozycji i powoli zasypiam.

~~~

,,All around the mulberry bush the monkey
Chased the weasel
The monkey thought it was all in fun
POP goes the weasel”

*,,Dookoła morwy gąszcz
Małpa gania za łasicą
Małpa myśli, że to tylko gra
BANG, łasicy brak”

            Co to do cholery było? Nieoczekiwanie zostaję sprowadzona na powrót w tamto miejsce karnawału ze snu sprzed paru dni.
            Jednak tym razem siedzę w namiocie na jednym z krzesełek na trybunach na wprost pustej sceny. Zanim zdążam zastanowić się o co chodzi, ktoś tuż obok mnie odzywa się.
- Naprawdę przyprawiasz mnie o zawrót głowy, Katy.
            Natychmiast obracam głowę do źródła znajomego głosu i widzę jak Laughing Jack leży obok mnie rozwalony na paru krzesełkach. Głowę opiera na dłoni zakończonej ostrymi szponami i spogląda na mnie ze złowrogim uśmiechem.
            Natomiast ja, błyskawicznie podskakuję, podnosząc się z miejsca i wydając z siebie wrzask zaskoczenia. Próbuję nieco zwiększyć dystans między mną, a czarno-białym klaunem.
            Jednak ponownie mam wrażenie, że jestem jak przytwierdzona do podłoża. Jego lodowato-zimne oczy patrzą w głąb moich, hipnotyzując mnie.
- Ej ej ej, nie tak szybko, słodziaku. Chcę sobie tylko z tobą uciąć małą pogawędkę. Chodź, usiądź tu obok mnie.
            Chcę potrząsnąć  głową, wykrzyczeć mu w twarz, że jest wariatem… Jednak wbrew sobie podchodzę do krzesła, na którym wcześniej siedziałam i tym razem siadam trochę bliżej sylwetki LJ.
            Moje ciało zachowuje się jakby nie było moje. Jakby było poza kontrolą mojej woli. Czy to jakaś moc, której na mnie użył? Jestem przerażona do szpiku kości. On ma nade mną całkowitą kontrolę.
- To po prostu smutne… Robię wszystko co w mojej mocy, by wywołać w tobie jakieś emocje, daję ci możliwość wyboru i nawet więcej czasu do zastanowienia przed podjęciem decyzji! Ale nie, Jack sobie poczeka…. A ty nawet nie myślałaś o tym by do mnie przyjść. Wiesz, nie jestem taki zły… - mruczy, wplatając parę szponiastych palców w moje brązowe włosy, bawiąc się nimi i owijając umiejętnie jedno pasmo wokół palca. - …Jeffrey jednakże jest złą osobą. Z dnia na dzień robi się coraz bardziej niecierpliwy. We dworze robi coraz większe piekło, każdemu każe się odpierdolić, ponieważ jakimś sposobem jesteś jego własnością.  Nie wiem jak on może tak twierdzić, nawet cię nie naznaczył ani nic…
            Słucham tego jednym uchem, bardziej skupiając się na znalezieniu drogi ucieczki.
            Jednak gdy słyszę jak zostaję nazwana czyjąś ,,własnością”, zaczynam się wkurzać. Myśli, że kim on kurwa jest? Nazywać mnie swoją własnością… Ja jestem panem sama sobie! Na pewno nie należę do tego żądającego nie wiadomo czego seryjnego zabójcy, który nie uchyli się przed niczym byle by tylko zadać mi jak największe cierpienie.  
- Tak czy inaczej, kochanie, daję ci ostatnią szanse byś udowodniła, że jesteś tak słodka na jaką wyglądasz. Poddaj się. Pozwól się zabrać do dworu, a nikomu nic się nie stanie. Jeśli wciąż będziesz odmawiać… Hm, powiedzmy, że to nie skończy się zbyt dobrze.
            Przełykam głośno ślinę, mój wzrok jest utkwiony w jego lodowato zimnym spojrzeniu, a jego władcza aura otacza nas niczym koc.
            Jego krzywy uśmiech robi się jeszcze dzikszy, gdy widzi strach wymalowany na mojej twarzy. Jakby wyczuwał to uczucie przerażenia formujące się powoli w moim ciele.
            Jego palce są zajęte molestowaniem kosmyka moich brązowych włosów, lecz w końcu przesuwa dłoń w stronę mojej twarzy i chwyta mocno mój policzek.
 - Czy mamy umowę, Katy? 
            Już samo wypowiedzenie mojego imienia powoduje u niego chichot. Wciąż wpatruje się w moje oczy, żądając odpowiedzi. Otwieram usta by coś powiedzieć, lecz żadne słowa się z nich nie wydobywają.
            Chcę odmówić, powiedzieć, że nigdy nie zawrę umowy z tymi potwornymi kreaturami. Ma moc by wedrzeć się w moje sny, by kontrolować mnie tak jakbym była jakimś tresowanym pieskiem. Dlaczego nie mógłby mieć takiej mocy by wymusić na kimś obietnicę?
            A zresztą.. I tak nie jestem wstanie wypowiedzieć ani słowa.
            Jego spojrzenie wędruje w dół, w stronę moich ust. Poruszam nimi, wciąż próbując coś powiedzieć, lecz wydobywa się z nich jedynie powietrze. Czuję jak jego uścisk na moim policzku się wzmacnia, jego ostre pazury prawie przecinają moją delikatną skórę. Jedynym słyszalnym dźwiękiem opuszczającym moje gardło jest zdławiony jęk, kiedy zbyt mocno naciska paznokciem na mój policzek.
- A więc? – pyta, a ton jego głosu jest o wiele mniej przyjazny niż chwilę temu, wzrok wciąż ma wbity w moje usta.
            Nagle uczucie słabości zaczyna ogarniać mnie jakby ktoś zarzucił na mnie ciężką płachtę, razem z Laughing Jackiem obraz przed moimi oczami lekko  się rozmazuje i zakrzywia. Próbuję potrząsnąć głową, lecz to jedynie powoduje jeszcze większe mdłości.
            Nie wspominając o tym, że Laughing Jack wciąż trzyma mnie w żelaznym uścisku.
            Czuję jak moje ciało słabnie, a mięśnie się powoli rozluźniają. Mogę jedynie dostrzec rozmazane kolorowe plamy, wraz z ciemnym miejscem tuż przed moją twarzą. Słyszę jak warknął niskim głosem i wiem, że coś idzie nie po jego myśli.
- Szkoda, zaczynały mi się naprawdę podobać nasze wspólne chwile. Wygląda jednak na to, że po raz kolejny zostajemy rozdzieleni. Daję ci jeden dzień na podjęcie decyzji, Katy. Inaczej przyjdziemy po ciebie.


~~

- NIEEEE! – głośny krzyk przeszywa cały pokój, ale moje oczy wciąż są zamknięte. Rozbrzmiewa głośniej i głośniej, póki nie dociera do mnie, że to ja sama krzyczę. Siadam prosto na łóżku, moje ciało jest pokryte zimnym potem, a głowa obraca się we wszystkich kierunkach szukając jakiegoś śladu LJ.
- W porządku, Katy? – przenoszę wzrok na miejsce skąd usłyszałam pytanie i widzę jednego ze strażników siedzącego na krześle obok mojego łóżka. Zajmuje mi to moment by dotarło do mnie, że to co przed chwilą się wydarzyło było tylko snem. Nie,  to nie był sen.
            To raczej koszmar senny.
- Co się stało? – pytam, umysł wciąż mam zaćmiony kiedy patrzę w dół na swoje dłonie. Wszystko wydawało się być takie realne… Namiot cyrkowy, jego pazury dotykające mnie, moje ciało…
- Krzyczałaś bardzo głośno i rzucałaś się na łóżku, myśleliśmy, że masz kolejny taki sen jak parę dni temu. Obserwowałem cię przez chwilę i próbowałem wywnioskować co ci się może śnić, ale zaczęłaś się miotać coraz bardziej, więc cię obudziłem.
            Patrzę na tego faceta i przypominam sobie cały sen. Ten klaun znowu znalazł jakiś sposób by wedrzeć się do mojej głowy, tworząc koszmar w którym wszystko wydawało się być rzeczywistością. Jedno zdanie utkwiło mi w pamięci najbardziej: ,,Daję ci jeden dzień na podjęcie decyzji. Inaczej przyjdziemy po ciebie.”
            Co miał na myśli mówiąc, że „przyjdą po mnie”? Jeśli są w stanie przyjść tu i  mnie porwać to dlaczego proszą mnie o jakiś układ i o współpracę? Czuję kulę w gardle, kiedy przełykam ślinę i zbieram się by powiedzieć temu agentowi co widziałam i co się zdarzyło podczas mojego koszmaru.
- To była istna masakra.

niedziela, 14 lutego 2016

Chapter 10 ,,The Aftermath"

Rozdziały miały być częściej, a jest tak samo jak wcześniej. Muszę ogarnąć dupę i wziąć się za to porządnie. :P

Pochyłą kursywą jest zapisany ,,sen" głównej bohaterki.
tlumacząc go, czułam się trochę tak, jakbym opisywała kuchnię lub rzeźnię Hannibala :') 

*****


 - Jak się czujesz, Katy? – przenoszę wzrok z tykającego miarowo zegara na starszą kobietę siedzącą na krześle przede mną i to na niej skupiam teraz uwagę. Moja dłoń natychmiast wędruje w kierunku głowy, gdzie czuję mocno owinięty bandaż zakrywający obrażenia na moim czole i te z tyłu głowy.
            Jest suchy, co oznacza, że rany już nie krwawią. Wydaję z siebie głęboki westchnienie pełne ulgi. Dociera do mnie nagle, że wciąż nie odpowiedziałam nic na pytanie tej babki. Obudziłam się zaledwie kilka godzin temu, leżałam w czymś w rodzaju pokoju lekarskiego. Bandaże mam owinięte wokół głowy, ręki i brzucha.
            Pamiętam jedynie jak wcisnęłam czerwony przycisk na ścianie, ale wszystko co działo się później jest osnute czarną mgłą. A teraz muszę rozmawiać z tą agentką FBI. Wygląda o wiele przyjaźniej, niż ci wszyscy faceci w garniturach, którzy zawsze mieli kamienną twarz niezależnie od okoliczności.
            Mam już doświadczenie w słuchaniu osób przychodzących do mnie by ogłosić nowe, okropne wiadomości. Akurat ta babka siedziała i czekała aż odpowiem jej typowym ,,wszystko w porządku”, zanim przejdzie do poważnych informacji.
- Mogło być lepiej – odpowiadam gorzko, będąc kompletnie szczera. Bo mogę. Nie ma potrzeby na siłę zgrywać twardej; przez to, że uciekłam  dwa razy zabójcom, wiedzą, że jestem taka. Kobieta jedynie kiwa głową, wciąż mając uśmiech na twarzy.
- Rozumiem to, naprawdę dużo przeszłaś.
            Ona to rozumie? ONA TO ROZUMIE? O czym ona do diabła mówi? Ona nigdy nie musiała uciekać mordercom, nigdy nie słyszała krzyków swoich uprowadzanych i zabijanych przyjaciół. Jak do cholery może w ogóle myśleć, że mnie rozumie?
            Kiedy ta rozmowa się skończy, ONA wróci do swojego domu, do męża, do dzieci, będzie mogła ich przytulić. Może kontaktować się z kim chce, rozmawiać z kim chce. Ja nie. Jej życie toczy się dalej, podczas gdy moje zatrzymało się w miejscu. Chcę jej to powiedzieć, chcę by odczuła, że jestem na nią zła przez to, że powiedziała iż mnie ,,rozumie”.
            Ale nie mogę.
            Dociera do mnie, że to był po prostu jej zły dobór słów, krzyczenie na nią nie zmieni mojej sytuacji. To nie jej wina, że tutaj jestem.
            Kiwam więc tylko głową, próbując się skupić na czymś innym, mimo że w moim pokoju nie ma teraz nic konkretnego na czym mogłabym skupić swoją uwagę.
- Jest coś co muszę ci powiedzieć.
            Spoglądam na kobietę, ciekawość odnośnie tego co ma mi do przekazania, przeważa szalę. Jednakże kiedy widzę wyraz jej twarzy, nie jestem pewna czy chcę usłyszeć nowe wieści.
            Mam rację, są złe.
- Przy ostatnim ataku, kiedy ten mężczyzna wyszedł z telewizora…
            Marszczę brwi na jej słowa. Skąd ona wie co się stało? Z pewnością nie mówiłam jeszcze nikomu przez kogo i jak otrzymałam te wszystkie rany i obrażenia.
- Twoja przyjaciółka Rayne. Została porwana parę minut przed tym jak on próbował zabrać i ciebie.
            I ponownie, mój świat rozpada się na milion małych kawałków. Porwano Rayne. Ostatnia z moich ocalałych przyjaciółek została uprowadzona. Ja będę następna.
            Próbuję coś powiedzieć, lecz z mojego gardła nie wydobywają się żadne słowa. Moje usta są wyschnięte na wiór, otwieram je i zamykam jak ryba wyjęta z wody. Zastanawiam się czy Rayne bała się wtedy tak samo jak ja, zastanawiam się czy również walczyła…
            Albo czy w ogóle miała szansę na jakąś walkę w swojej obronie.
            Wszystkie nadzieje na ucieczkę zabójcom na stałe prysły jak mydlana bańka.   Jeśli bez problemu mogą wejść do strzeżonego budynku to żadne miejsce nie jest już bezpieczne.
            Mam ochotę dać się ogarnąć uczuciu złości na tych ludzi, krzyczeć na nich, pytać czy zrobili naprawdę wszystko co w ich mocy by zapobiec tym wydarzeniom.
            Lecz wiem, że to robili.
- Co się stało? – pytam, krzyżując ręce na piersi i mając nadzieję, że to zmniejszy choć trochę ucisk w mojej klatce piersiowej. Jednak oczywiście, bez zmian.
            Oczy kobiety lekko się rozszerzają, wzdycha i zbiera się na odwagę by mi odpowiedzieć:
- Mamy nagranie… Kamery wtenczas wciąż działały. Chcesz zobaczyć video? – pyta z lekką niepewnością. Pewnie przez to, że to dziwne wobec mnie, że walczyłam przeciwko zabójcy wszystkim czym tylko mogłam, a teraz mam szansę zobaczyć całe zajście po raz kolejny. Tym razem z innym zakończeniem.
- Chcę to zobaczyć. – czuję jak determinacja powoli powraca do mnie. Siadam prosto, pokazując tej babce że ci zabójcy nie przerażają mnie. Oczywiście to tylko pozory, lecz chcę pokazać, że mogę być silna. A także chcę wiedzieć co dokładnie się wydarzyło, mieć pewność, że mój umysł nie spłatał mi figla, gdy widziałam kable wychodzące z TV.

****

            Stoję w pokoju sterowniczym, gdzie są nagrania z wszystkich kamer w budynku.
            Oglądam na małym monitorze video na którym z TV wysuwają się kable. Oplatają się wokół łydki mojej nic nie podejrzewającej, śpiącej przyjaciółki, Rayne, i zaczynają ściągać ją powoli w stronę krawędzi łóżka, dopóki dziewczyna się nie budzi.
            Mogę usłyszeć nawet jej krzyki i błagania o pomoc.
            Zmuszam się by obejrzeć nagranie do końca, patrzeć na to jak walczy z tym czymś, wszystkim co tylko ma pod ręką.  Zostaje gwałtownie ściągnięta z łóżka, a kolejny przewód zacieśnia się na jej nadgarstku. Próbuje je przegryźć, wciąż krzycząc po pomoc, która miała nigdy nie nadejść.
            Czuję się dziwnie oglądając to nagranie, przypominające film, realistyczny  horror. Nie mogę znieść widoku mojej przyjaciółki walczącej o przeżycie, płaczącej i błagającej o litość. Słyszę ją, dopóki kilka kabli nie zaciska się na jej ustach, szyi i biodrach.
            W końcu zostaje ,,wessana” w telewizor. Jej stopy zetknęły się z ekranem jakby były jedynie iluzją. Jej dłoń o szeroko rozpostartych palcach, rozpaczliwie wyciągnięta w kierunku drzwi, jako ostatnia znika w ekranie TV. Po tym zdarzeniu, pokój wydaje się być tak normalny jak przedtem.
            Przełykam ślinę i czuję gulę w gardle. Zakrywam usta dłońmi, to co widziałam było okropne. Ostatnia z moich ocalałych przyjaciółek została porwana. Jestem jedyną która została. Nie mogę już dłużej patrzeć na ekran, wyobrażenia porwanej Rayne wystarczająco oddziałały na mój umysł.
            Nie chcę o tym dłużej myśleć. NIE MOGĘ o tym dłużej myśleć. Jeśli chcę przeżyć, powinnam wrócić do normalnego trybu życia, muszę być silna, nawet jeśli jestem na skraju załamania nerwowego. Nie dam tym zabójcom satysfakcji, by widzieli mnie pogrążającą się w smutku i potoku własnych łez.
            Obracam się ku babce z którą wcześniej rozmawiałam, patrzę na nią nieco niewidzącym wzrokiem. Wyczuwałam na sobie jej wzrok od czasu do czasu, gdy oglądałam nagranie. Prawdopodobnie sprawdzała jak to znoszę i czy wszystko jest ok.
- Czy rodziny tych straconych strażników zostały powiadomione?
            Kobieta wydaje się być nieco zaskoczona moim pytaniem wyjętym spoza kontekstu sprawy. Nie chcę rozmawiać o swoich przyjaciółkach w tej chwili, to przyniesie mi tylko ból.
            Agentka tylko kiwa głową i posyła mi swój ciepły uśmiech, dziękując mi za moją troskę. Czuję się źle, to przeze mnie zginęli. Jeśli by mnie tu nie było, prawdopodobnie wciąż by żyli…
- Mam do ciebie parę pytań.

****

            Znów wiercę się i przewracam z boku na bok w łóżku, wewnątrz mojego małego pokoju. Wywiad ciągnął się przez kilka godzin, pytania dotyczyły w szczególności Bena i tego co do mnie mówił. Wiedzieli o wszystkim co się stało. W całym pokoju oraz na korytarzu zainstalowane były kamery, których pilnowali strażnicy, wpatrując się w nie uważnie. Przez to mogłam zobaczyć uprowadzenie Rayne.
            Powód dlaczego strażnik nie zainterweniował był prosty. Nie żył. Wisiał  na niewielkim przewodzie elektrycznym, który był opleciony ciasno wokół jego szyi.
            Jestem tak bardzo zmęczona, ale nie mogę zasnąć; boję się, coś złego się stanie tak jak ostatnio. Telewizor został usunięty z mojego pokoju, wraz z jakimikolwiek elektrycznymi rzeczami. To dla bezpieczeństwa, mówili. Wiem, że wiedzą coś więcej na temat Bena. Coś czego mi nie powiedzieli. I nigdy nie powiedzą.
            Gdy przekonuję siebie wystarczająco, że nic się nie stanie, pozwalam powiekom opaść, odpływając powoli w swoją podświadomość. 

~~
- Gdzie ja jestem? – pytam samą siebie.
            Stoję pośrodku terenu, który wygląda jak miejsce, gdzie odbywał się jakiś karnawał. Jednakże jest to teren mroczny, wyglądający na opuszczony od lat. Jedna z płacht namiotu cyrkowego jest podarta i brudna, a jej lewa strona wygląda na przeżartą przez mole lub jakieś inne insekty.
- Oh, cukiereczku, w końcu przyszłaś.
            Natychmiast się obracam i staję  twarzą w twarz z osobą z moich najgorszych koszmarów. To ten czarno-biały klaun. Wydaję z siebie cichy okrzyk przerażenia i zszokowana próbuję się cofnąć.
- Nie tak szybko. – chichocze i więzi w uścisku moje ramię. Jego palce o długich, ostrych szponach zaciskają się mocno na moim ciele, tak bym nie była w stanie uciec. Próbuję się wyrwać, jednak gdy moje spojrzenie spotyka się z jego, zamieram. Jakby w magiczny sposób moje mięsnie otrzymały wymuszenie by się rozluźnić, a cale ciało uspokoić.
- Mam ci coś do pokazania – mówi śpiewnie z nutą radości w głosie.
            Zaczyna ciągnąć mnie za sobą. Mam problemy z dotrzymaniem mu tempa, prawi potykam się o własne stopy. Dwukolorowy klaun dalej kieruje się ku wejściu do jednego z namiotów.
            Chcę krzyczeć, wyrwać się, lecz nie mogę. Nie tylko przez to, że boję się konsekwencji, ale przez to, że nie jestem w stanie uciekać. Użył na mnie jakiegoś rodzaju wpływu czy siły. Nie podoba mi się to.
            Zostaję gwałtownie wepchnięta do namiotu i niemalże ląduję boleśnie na ziemi, lecz w ostatniej chwili podpieram się rękami, łagodząc upadek. Czuję  jakiś płyn oraz coś gładkiego i miękkiego pod moimi dłońmi i kolanami. Tego rodzaju rzeczy są porozkładane na całej podłodze. Nie mogę jednak dostrzec co to dokładnie jest, w namiocie panuje zbyt duży mrok.
            Nagle do mojego nosa dociera zapach tak okropny, że nawet karaluchy by uciekały od niego gdzie pieprz rośnie. Chcę unieść dłoń i zasłonić nią usta i nos, by uchronić się przed dalszym wdychaniem tego paskudztwa, lecz dociera do mnie że mam rękę umazaną w jakimś nieokreślonym ,,płynie”, przez co żołądek wykręca mi się na drugą stronę i czuję mdłości.
            W tym momencie światła zostają zapalone, a ja mrużę oczy i unoszę ramię nad głowę by uchronić się przed ostrym, nagłym światłem wdzierającym się do moich oczu. Powoli rozwieram powieki, gdy już się przystosowuję do jasnego oświetlenia.
            Gdy widzę już co się wokół mnie znajduje, nie pragnę niczego innego niż ponownie zamknąć oczy i ich więcej nie otwierać. Wszędzie wokół mnie są… martwe ciała. Fragmenty ludzkich organów i wnętrzności są rozprowadzone po podłodze jak swego rodzaju malowidło. Wszelakie insekty gnieżdżą się w zdeformowanych trupach, które przedtem były zwykłymi, normalnymi ludźmi.
            Dociera do mnie nagle gdzie leżę, więc błyskawicznie podrywam się na równe nogi. Macham rękoma i otrzepuję ubranie, w panicznej chęci by się oczyścić.
- Podoba ci się to co widzisz? – słyszę kolejny chichot i rozglądam się. Dostrzegam tego dziwnego klauna obok trybuny, gdzie kilka krzeseł na przodzie jest zajętych przez…
            Są zajęte przez dzieci.
            Martwe dzieci.
            Wszystkie są mocno poturbowane. Jedno ma wnętrzności wylewające się i  zwisające z otwartej dziury w brzuchu, żołądek zaś jest wypchany watą cukrową. Głowa innego chłopca wygląda jak zbity wazon – fragmenty kości czaszki wystają z dziury, gdzie spoczywa mózg.
            To wygląda makabrycznie.
            Jestem jedynie w stanie patrzeć na klauna ze strachem, podczas gdy on uśmiecha się dziko od ucha do ucha. Wypuszczam głośno powietrze, gdy widzę, że się zbliża krokiem pokazującym, że domaga się respektu. Cofam się, a moje plecy zderzają się ze ścianą namiotu. Po chwili już jestem uwięziona między jego ciałem, a starą tkaniną.
- Posłuchaj mnie, Katy. Masz jeden dzień, by zgodzić się byśmy zabrali cię do nas, a nikomu nic się nie stanie, rozumiesz? Jeśli nie, skończysz tak jak ci wszyscy tu leżący ludzie, a wierz mi, oni wszyscy byli żywi, gdy ,,zabawiałem się” nimi.
            Nie pojmuję jak ten monochromatyczny facet może zmienić się z psychopatycznie chichoczącego klauna w prawdziwego, masowego mordercę w zaledwie kilka sekund.
- Oh, nie martw się, kochanie. Mam ci jeszcze mnóstwo rzeczy do pokazania.
            Zaczynam się czuć jak na haju, nie słucham już co do mnie mówi. Czuję się jakby moje ciało było ciągnięte gdzieś, jakby ktoś próbował mnie dosięgnąć i wyciągnąć stąd.
- Wygląda na to, że nasz czas dobiegł końca. Pamiętaj o naszym UKŁADZIE.
           
~~
            Gwałtownie siadam na łóżku, krzycząc głośno. Jestem cała zlana zimnym potem. Nagle wyczuwam czyjąś obecność obok mnie i obracam się, by ujrzeć jednego ze strażników. Klęczy przy moim łóżku. Nie ma okularów, przez co widzę jego zaniepokojoną twarz.
- W porządku? – pyta.
            Wolno kiwam głową, przezornie rozglądając się wokół i wypatrując jakichkolwiek oznak bytności czarno-białego klauna. Na szczęście nikogo tu nie ma. Więc to był tylko sen? Ale jak..?
            Nie jestem tym jednak zbytnio zaskoczona, skoro  na przykład widziałam jak Ben mógł sobie ot tak wyjść z cholernego telewizora. 
- Powiedz mi co się stało.

***

            Powiedziałam mu o wszystkim, każdy najmniejszy szczegół, który zapamiętałam ze swojego snu. Wkrótce zrozumiałam, że to nie był żaden wymysł. Nie, to było prawdziwe zdarzenie. Moje przeczucia się sprawdziły. Nie chcę by ktokolwiek za mnie ginął; jeśli tylko będę mogła, zapobiegnę temu.
- Wysłuchaj mnie, Katy. Zgodziliśmy się na tą pracę, widząc, że możemy skończyć w takiej sytuacji. Znamy niebezpieczeństwo i zagrożenia płynące z naszej pracy oraz wiemy, że możemy stracić życie. Jeśli nie bylibyśmy na to przygotowani, nie przyjęlibyśmy tej pracy. Ja… My robimy wszystko co w naszej mocy, by chronić cię, nawet kosztem naszych żyć. Więc nie waż się nawet myśleć o poddaniu się.
            Zaczynam czuć się nieco lepiej, po tym co powiedział do mnie ten gość. Uczucie zwątpienia i wahania przeradza się w determinację. Jestem zdecydowana by nie słuchać tych gróźb i dalej się ukrywać. Jednak jest jedna myśl, która uparcie nie daje mi spokoju.
            Jak do jasnej cholery miałabym się POJAWIĆ U NICH gdybym się na to zgodziła? Nie ma tu żadnych urządzeń elektrycznych, a jeśli umieliby przechodzić przez ściany czy coś to czemu po prostu mnie teraz nie zabiorą?
            Wyrzucam z głowy natłok myśli. Rozważanie tego tematu nie przyniesie mi nic dobrego.