poniedziałek, 8 lutego 2016

Chapter 9 (ver. 1) ,,...Do Drzwi"

Sorry, sorry sorry, że z takim opóźnieniem. Ale to dwa rozdziały, dlatego tłumaczenie dłuzej szło... Postaram się ogarniać rodziały szybciej ;D

--UWAGA!---
Przy zakończeniu rozdziału 8 mogłaś wybrać opcję - pobiec do drzwi lub do przycisku alarmowego. Jesli nie wybrałaś, wróć do rodziału 8 i zdecyduj która opcja bardziej Ci odpowiada.

rozdział 8 ------> http://carpenoctem-jeffthekiller.blogspot.com/2016/01/chapter-8-another-attack.html

OPCJA NR. 2 (DO PRZYCISKU ALARMOWEGO) ------> http://carpenoctem-jeffthekiller.blogspot.com/2016/02/chapter-9-ver-2-do-przycisku-alamowego.html

UWAGA!!!
Rodział zawiera wulgarny język, bądźcie przygotowani! 

*****

            Chcę już podbiec do drzwi, lecz nagle coś mnie powstrzymuje. Kątem oka dostrzegam jak coś… nie, raczej KTOŚ wychodzi wprost z telewizora. Wstrzymuję oddech, gdy powoli obracam się w kierunku TV. Nogi mam jak wrośnięte w ziemię, gdy jestem widzem tego niecodziennego spektaklu.
            Jakaś osoba wychodzi z telewizora…
            Kurwa, jakaś osoba wychodzi z pieprzonego telewizora!
            Gdy owa persona już stoi swobodnie na nogach, mam pełen wgląd na całą jego postać. Wygląda jak… Link! Jednak gdy unosi swoją głowę uwydatnia się jedna  pokaźna różnica pomiędzy nim, a bohaterem z gier mojego dzieciństwa. Ma czarne tęczówki ze śladami krwi spływającymi z jego oczu. Jego uśmiech wykrzywiony jest złośliwością, a na twarzy maluje się groźba i ostrzeżenie. Nie musiałam spoglądać na niego dwa razy by wiedzieć, że muszę uciekać.
            Natychmiast otwieram drzwi i wybiegam na korytarz. Nie mam czasu by oglądać się za siebie;  i tak słyszę jego kroki tuż za mną. Kątem oka dostrzegam dwa zdeformowane ciała strażników, leżących pod ścianą. Oboje mają kable oplecione wokół szyi.
- Wracaj tu, piękna. Chcę się tylko trochę ZABAWIĆ.
            Znów krzyczę wzywając pomocy w nadziei, że zwrócę w końcu czyjąś uwagę na to co tu się dzieje. Wtem prawie wywalam się, potykając się o kolejne ciało strażnika… Nie, to raczej nie wygląda na agenta FBI… Już nie. To krwawa masa kości i wnętrzności, rozprowadzona po białej, marmurowej posadzce w całym korytarzu.
            Muszę użyć całej swojej siły woli by powstrzymać się od wymiotów.  Moją jedyną myślą jest teraz tylko to by uciec przed tym dziwadłem. Widzę w oddali  wielkie czarne wrota i wiem, że mam przewalone.
            Te drzwi są zawsze zamykane ze względów bezpieczeństwa.
            Decyduję się wiec na nagły zwrot i chowam się w łazience. Chwytam szybkim ruchem klamkę, by wyhamować i zatrzasnąć za sobą drzwi. Używam całej siły by jak najszybciej zamknąć wrota, jednak czyjaś stopa krzyżuje moje plany.
            Wydaję z siebie jęk frustracji, kiedy napieram całym ciałem na drzwi, pchając z całej siły by ustąpiły i zamknęły się. Jednak dzieje się coś przeciwnego – wrota otwierają się na oścież, popychając mnie w tył na ścianę. Kolanami uderzam o brzeg wanny, zanim upadam w tył z głuchym odgłosem.
            Ból który czuję po upadku, sprawia, że czuję się jakbym miała złamany kręgosłup. Mimo to wciąż desperacko chcę uciec. Próbuję wyleźć z wanny, jednak czyjeś ciało ląduje na mnie, a jego waga uniemożliwia mi jakikolwiek ruch. Czuję jak ktoś mocno ściska moje nadgarstki w miejscach gdzie jest najbardziej wyczuwalne tętno. W końcu ośmielam się otworzyć oczy.
- No no no, moja droga, z bliska wyglądasz jeszcze piękniej. Ten dzisiejszy strój cholernie do ciebie pasuje.
            Widzę jak ten zielony elf szczerzy się do mnie. Jego uśmiech jest dziwny, przez co próbuję się mu wyrwać jeszcze gorliwiej niż przedtem. To nie wydaje się robić  na nim żadnego wrażenia, wciąż trzyma moje ręce w żelaznym uścisku. Wtedy przestaję próbować się oswobodzić, patrzę już tylko na niego z wściekłością i jadem, prawie sycząc na chłopaka z każdym wydawanym przez siebie oddechem.
- Oh, gdzież są moje maniery? Nawet nie miałem okazji się przedstawić. Nazywam się Ben Drowned, ale ty słoneczko, możesz mówić do mnie Ben.
            Znów się wyrywam próbując sprawić by przesunął się choćby o milimetr.
            Jednak jest zbyt silny.
- Wow, widzę już dlaczego jesteś ulubienicą Jeffa. To nie sprawiedliwe, że już nazywa cię swoją własnością, nie sądzisz? 
            Niewielka przestrzeń w wannie sprawia, że czuję się naprawdę niekomfortowo; tym bardziej, że siedzi na mnie ten elf. Warczę na niego i robię coś o czym nawet mi się wcześniej nie śniło, że to kiedykolwiek zrobię.
            Splunęłam na niego.
            Wyraz jego twarzy zmienia się momentalnie. Przechodzi od nagłego szoku do straszliwego wyglądu rodem z horroru.
            SMACK!
            Moja głowa odskakuje na prawo, kiedy mnie uderza. Mocno. Obracam twarz na powrót ku jego osobie, czekając obojętnie na kolejny akt deprawacji… dopóki nie dostrzegam zmiany wyrazu jego twarzy. Jego wzrok spoczywa na określonych partiach mojego ciała, a jego uśmiech rośnie i staje się dzikszy z każdą sekundą.
- To było głupie posunięcie, ślicznotko.
            Ponownie próbuję się oswobodzić, lecz on jedynie zaciska mocniej swoje ręce na moich ramionach i mocnym pociągnięciem unieruchamia je przy moim ciele. Jego twarz przybliża się do mojej. Strach paraliżuje mnie już całkowicie, gdy wyczuwam jego usta tuż obok mojego ucha. Jego przyspieszony i wypełniony czymś, jakby pożądaniem oddech, owiewa mój policzek.
- Wiesz… to, że Jeff nazywa cię swoją własnością, nie oznacza kurwa, że nie mogę zapoznać się z tobą bliżej jako pierwszy. Zaczniemy to już oficjalnie. Nie jest to zbyt najlepsze miejsce jak na mój gust, zrobimy to jakoś poza tym...
            Otwieram szerzej oczy gdy słyszę jego słowa. Co on planuje? Ok, ja już dobrze wiem co on kurwa planuje, nie chcę jednak tego przyjąć do wiadomości...
            Jego głowa zniża się coraz bardziej w kierunku mojej szyi. Na moim ciele pojawia się gęsia skórka, gdy jego ciepły oddech omiata moją delikatną skórę. Słyszę jak głośno wciąga powietrze, wdychając mój zapach. Przez to że opuścił głowę w dół, całe jego ciało także się poruszyło.  Podejmuję więc kolejną próbę ucieczki z jego ramion, wyrywam się z całą swoja mocą, krzycząc głośno; tym razem używam też także nóg.
            On sprawa wrażenie jakby się nie spodziewał czegoś takiego, bo natychmiast siada prosto, a poruszywszy się lekko uwolnił spod siebie przez przypadek moją nogę. Zaczynam kopać wszystko dookoła, on zaś szybko unika moich ciosów uśmiechając się złośliwie i patrząc na moje próby ucieczki.
- To nie polepszy w żaden sposób twojej sytuacji, skarbie.
            Słysząc to, zaczynam rzucać się jeszcze bardziej, próbując uderzyć go wszystkim czym tylko mogę. Jednak zamiast go walnąć, moja noga uderza w coś zupełnie innego. Kran. Nogą dotykam uchwytu i pchnę go ku górze, uruchamiając go.
            Natychmiast zostaję oblana zimną wodą. Lodowaty strumień rozpryskuje się na ciele Bena, zanim dosięga i mnie, mocząc moje ciało. Jednak na Bena działa to znacznie gorzej. Wydaje z siebie skwierczący, ten sam mechaniczny krzyk, który słyszałam gdy przecięłam wcześniej kable.
            Jego ciało zaczyna… migotać? Jego ręce wędrują do głowy, ściskając ją mocno, zanim cała jego postać znika jak zepsuty hologram.  Po paru sekundach słuchania tego okropnego dźwięku towarzyszącego znikaniu Bena, wszystko wraca do normy.
            Nie czuję już ciężaru jego ciała na moim, krople wody z prysznica spływają teraz centralnie na mnie. Rozglądam się w około, uważnie szukając jakichkolwiek oznak bytności Bena.
            Jednak odszedł.
            Wydaję z siebie głośne westchnięcie, jednak dociera do mnie, że to jeszcze nie koniec.  O nie. Próbuję wstać, jednak ból w dolnej części kręgosłupa praktycznie uniemożliwia mi jakikolwiek ruch. Determinacja by się stąd wydostać jednak przejmuje nade mną kontrolę i jakoś wytaczam się z wanny, poraniona i kompletnie mokra.
            Chwiejnie kieruję się w stronę wciąż otwartych drzwi. Ostatkiem sił wlokę się przez korytarz, do drzwi aż dostrzegam mój cel.
            Czerwony przycisk.
            Zbieram całą swoją energię, by pokonać te ostatnie parę kroków do włącznika alarmu. Wyciągam w jego kierunku rękę, jestem już tylko 10 centymetrów od niego i bycia bezpieczną.
            Dłonią dotykam w końcu przycisku i delikatnie go popycham. Cały korytarz zostaje natychmiast zalany ostrym, czerwonym światłem, a głośny dźwięk syren przeszywa powietrze. Osuwam się po ścianie, ból przeszywający moje ciało jest nie do opisania.
            Nie trwa to długo gdy ogromne, czarne wrota na końcu korytarza otwierają się wpuszczając do środka mnóstwo mężczyzn w ubraniach wojskowych i w kamizelkach kuloodpornych. Widzę jak podchodzą do mnie, krzycząc do innych by wezwali lekarza. Jeden z nich klęka przy mnie, pytając o coś czego nie rozumiem.
            Nie mogę nawet go usłyszeć.
            Oczy same mi się zamykają, nie jestem w stanie walczyć z opadającymi powiekami. Desperacko potrzebuję odpoczynku. Mogę jedynie myśleć o przeszłym wydarzeniu i o tym jak ponownie uciekłam zabójcom.
            Szczęście jest definitywnie po mojej stronie. 

*****
A, no i napiszcie co sądzicie o sposobie tłumaczenia? Jest w miarę składnie? Da się czytać? :D

2 komentarze:

  1. Ya~y! Wybrałam dobrze i żyje!!!
    *ale zaciesz*
    Ale fajny rozdział! Serce mi wali, jestem cała zdenerwowana i zestresowana. I staram się wyrównać oddech.
    Teraz o Twoim sposobie tłumaczenia: czy da się czytać?! Czyta się epicko! Naprawdę ogromny szacun, wyrabiasz się z tłumaczeniem w miarę szybko i zawsze jest genialnie napisane *.* czyli- tak, da się czytać i tak, jest składne :)
    A teraz idę czytać drugą wersję rozdziału :3

    OdpowiedzUsuń
  2. Jest! Dobrze :D naprawdę super tłumaczysz!

    OdpowiedzUsuń